Mój makijaż kiedyś i dziś - jak zmieniał się na przestrzeni lat?

Mój makijaż kiedyś i dziś - jak zmieniał się na przestrzeni lat?

No i stało się, dziś obchodzę kolejne urodziny. Mam wrażenie, że po przekroczeniu magicznego progu trzech dziesiątek, wskazówki zegara z roku na rok biegną coraz szybciej. Nie to, że się martwię, ale mogłyby trochę zwolnić:). Jako, iż to wyjątkowy dla mnie dzień, ten post również będzie nieco inny.
Ostatnio przeglądałam swoje zdjęcia z przeszłości... to były jeszcze te czasy, kiedy klisza w aparacie miała 36 klatek i żeby obejrzeć, co się napstrykało, trzeba było je wywołać. Młodsze z moich Czytelniczek zastanawiają się pewnie... ale jak to? A ja Wam powiem, że to miało nawet swój urok. Teraz zdjęcia zalegają wszędzie, tylko nie tam, gdzie ich miejsce, czyli w albumach, a to dzięki nim można w każdej chwili wrócić wspomnieniami do wyjątkowych chwil, powspominać stare czasy, ewentualnie pośmiać się z tego, jak się wyglądało :D

Mój makijaż kiedyś i dziś - jak zmieniał się na przestrzeni lat?

Co widzę na zdjęciach?

Dziewczynę bez brwi ;D.

Serio.

Moje naturalne są jasne, a do tego dość rzadkie, dlatego niemal niewidoczne dla postronnego obserwatora. Kiedy miałam naście lat modnym wówczas było albo przerysowane podkreślenie czarną kredką, w czym mistrzyniami były starsze panie, albo nadmierne wyskubywanie, w wyniku czego twarz nabierała wiecznie zdziwionego wyrazu. Dam sobie rękę uciąć, że większość z Was miała w przeszłości burzliwy romans z pęsetą. Ja również, na szczęście udało mi się wyrwać z tego toksycznego związku. Gdy odkryłam, że pełniejsze brwi są ładniejsze od niepozornego szlaczka z kilku włosków, zaczęło się mozolne doprowadzanie ich do stanu wyjściowego. Aktualnie nie wyobrażam sobie makijażu bez podkreślenia brwi i nie ukrywam, że duży wpływ na tę zmianę miały blogi kosmetyczne. To tam odkryłam, że twarz z brwiami wygląda lepiej, niż bez nich :D. 

Jako nastolatka nie miałam większych problemów z cerą. Gehenna zaczęła się krótko po odstawieniu antykoncepcji hormonalnej, co zresztą opisywałam na blogu <<o tutaj>>. Za młodu prawie w ogóle nie używałam podkładu, a jeśli nawet, to musiał być mocno matujący, bo błysk jest ble i przynajmniej dwa tony za ciemny, standard ;). Jak sobie teraz przypominam, to chyba była i zresztą nadal jest, cecha większości młodych dziewcząt... dobrać za ciemny podkład, żeby ukryć drobne mankamenty. No tak, wiadomo przecież, że twarz w kolorze dojrzałej pomarańczki jest mniejszą niedoskonałością i zdecydowanie mniej rzuca się w oczy, niż pryszcz na czole ;D.
Jak jest teraz? Odkąd stan mojej cery uległ znacznej poprawie, idealny podkład to ten, którego nie widać... dosłownie. Nie znoszę mocno kryjących, matujących formuł. Najchętniej decyduję się na te, które tylko delikatnie wyrównają koloryt i strukturę. Dość długo romansowałam z podkładami mineralnymi, ale ostatnio coraz częściej wybieram te tradycyjne, kremowe. I oczywiście w odpowiednim kolorze... jeśli mam ochotę na brąz, używam do tego pudru, nigdy podkładu ;)

A wracając do błysku... bo to chyba największa metamorfoza, o której muszę tu wspomnieć. Gdyby ktoś jeszcze kilka lat temu powiedział mi, że nie dość że polubię lekkie podkłady, które nie zrobią mi na twarzy maski, to jeszcze kupię! kosmetyk przeznaczony do nadania dodatkowego blasku, pomyślałabym, że co najmniej postradał zmysły. Ale to prawda i co więcej, naprawdę doceniam to, co robi z moją twarzą rozświetlacz... a jeśli do tego ma piękne, cieszące oczy tłoczenie, to przechodzę w wyższy stan świadomości, występujący po zażyciu jakiejś używki, czyt. jestem na kosmetycznym haju :)

Na koniec zostawiłam kosmetyk, do którego dojrzewałam najdłużej. Pomadka, bo o niej mowa, najlepiej w intensywnym kolorze, to obecnie moje małe uzależnienie. Nie tylko lubię jej używać ale, przede wszystkim, kupować. I nie ważne, że mam 10 w odcieniu różu, 11-sta ma nieco inny. I jest mi potrzebna. Najlepiej na już. Ot, kobiece fanaberie ;) Tak że ten...

Mój makijaż kiedyś i dziś - jak zmieniał się na przestrzeni lat?
Mój makijaż kiedyś i dziś - jak zmieniał się na przestrzeni lat?


Pośmiałyśmy się, a teraz na poważnie. Otóż, dorastałam w czasach, gdy większość kosmetycznego asortymentu, jaki można było znaleźć w sklepach, należał do marek Celia, Lirene, Constance Carroll... ktoś pamięta jeszcze Constance Carroll?? Ostatnio ponownie natknęłam się na tę markę, ponoć nadal funkcjonuje i ma się świetnie! Nie znałam wielkich i popularnych firm, ani perfumerii. Ba, ja nawet Internetu nie miałam. W moim rodzinnym domu nigdy się nie przelewało, dlatego jedynymi kosmetykami, do jakich miałam swobodny dostęp, były kosmetyki mojej mamy, a i tu nie było szerokiego wyboru. Między innymi dlatego szanuję teraz każdą złotówkę, a kosmetyki, na które mnie stać i które kupuję, mają dla mnie wartość nie tylko materialną. Przyznaję, że trochę zachłysnęłam się tym dobrobytem, wciąż chciałam więcej i więcej. Na szczęście w porę przyszło opamiętanie, przewartościowałam priorytety... są rzeczy ważne i ważniejsze, aczkolwiek jestem wdzięczna losowi, że mogę pozwolić sobie na spełnianie kosmetycznych zachcianek. Dziękuję też za ludzi, których spotkałam na swojej drodze, dziękuję za zrozumienie i wsparcie, które od nich otrzymuję, dziękuję za wszystko, co dla mnie robią. Bez nich, nie byłabym tym, kim jestem i nie miałabym tego, co mam. Dziękuję!


Mój makijaż kiedyś i dziś - jak zmieniał się na przestrzeni lat?


Korzystając z okazji, chciałabym również podziękować Wam, za to, że ze mną jesteście, za wszystkie pogawędki, wiadomości prywatne, inspirujące i motywujące komentarze. Ściskam ;)



Grown Alchemist, Deep Cleansing Facial Masque

Grown Alchemist, Deep Cleansing Facial Masque

Wypielęgnowana i promienna skóra jest naszą największą ozdobą, dlatego każda chwila, którą jej poświęcamy, nie jest chwilą straconą.  Moja, jak wiecie, jest mocno problematyczna, ale robię co w mej mocy, by dbać o nią najlepiej jak umiem, czego konsekwencją jest systematyczna, ponadprogramowa  pielęgnacja w postaci maseczek. Staram się, by były zróżnicowane pod względem właściwości i żongluję sobie nimi, w zależności od potrzeb mojej skóry. Jako, iż w moich zbiorach zabrakło ukierunkowanej na oczyszczanie, skusiłam się na Deep Cleansing Facial Masque, australijskiej marki Grown Alchemist, znanej z produkcji kosmetyków organicznych, o precyzyjnie dobranych składach bazujących na ekstraktach roślinnych. 

Grown Alchemist, Deep Cleansing Facial Masque

Deep Cleansing Facial Masque (75 ml/139 zł) to  oczyszczająco - ujędrniająca maska na bazie białej glinki. Jej działanie ukierunkowane jest na intensywną detoksykację, zwiększenie jędrności i napięcia skóry, przywracanie utraconych wartości odżywczych oraz wspomaganie mechanizmów naprawczych. Dzięki zawartości wyciągu z ginko biloby, wykazuje silne działanie przeciwstarzeniowe i regenerujące. Formuła maseczki zawiera ponadto bogaty w antyoksydanty wyciąg z nasion żurawiny, wyciąg z wąkroty azjatyckiej zwiększający gęstość tkanki skórnej, wyciąg z kiełków pszenicy, czyli nieocenione źródło witamin A, E, D i nienasyconych kwasów tłuszczowych, odpowiadających za przywrócenie skórze elastyczności i nawilżenia oraz oczywiście drobno zmieloną glinkę białą, która ma działanie oczyszczające, ściągające, zwężające pory i ujędrniające.


Maseczka zamknięta jest w aluminiowej tubie, z zamykaniem na klik. Konsystencją przypomina typowe kosmetyki na bazie glinki, tak więc mamy tu białą, gęstą masę o dość przyjemnym aromacie. Jeśli używacie maseczek, w których pierwsze skrzypce gra glinka, to z pewnością wiecie w jaki sposób zastygają na twarzy. Najczęściej po kilku minutach tworzy się na naszej buzi charakterystyczna skorupa uniemożliwiająca chociażby swobodną komunikację :D. Zawsze w takich przypadkach ratuję się spryskując twarz hydrolatem lub wodą termalną. W przypadku maski Grown Alchemist sprawa wygląda tak, że owszem zastyga, ale zupełnie inaczej. Początkowo jest biała, a w miarę upływu czasu zmienia się w niemal przeźroczystą i na pierwszy rzut oka niewidoczną. Stopień zestalenia nie jest tak uciążliwy, buzia nie sztywnieje nam na kamień :). Maseczka nie kruszy się i świetnie się zmywa. Zazwyczaj używam jej dwa razy w tygodniu, na ok 20 minut. 

Grown Alchemist, Deep Cleansing Facial Masque

Markę Grown Achemist dopiero poznaję. Na początku września skusiłam się na małe zamówienie, a na pierwszy ogień poszły szampon i odżywka do włosów oraz maseczka do twarzy. Na temat zestawu do pielęgnacji moich kosmyków niewiele jeszcze mogę powiedzieć, bo w użyciu jest od niedawna, ale maskę zdążyłam już całkiem dobrze przetestować i co najważniejsze! bardzo polubić. Każde kolejne użycie generuje zadowolenie i utwierdza mnie w przekonaniu, że dokonałam dobrego wyboru. Nie bez powodu  maska Deep Cleansing Facial Masque okrzyknięta została mianem hitu, z pewnością na to zasłużyła.

Po spłukaniu jej z twarzy moim oczom ukazuje się wyraźnie jaśniejsza i cudnie odświeżona skóra. Jestem zachwycona tym, w jaki sposób działa, bo to, że działa, nie ulega wątpliwości. Skóra jest gładsza, świetnie oczyszczona, jędrniejsza, a jej koloryt delikatnie wyrównany. Wygląda tak, jakby w ciągu tych kilkunastu minut, ubyło jej kilkanaście lat - zero zmarszczek, zero przebarwień, zero podrażnień, a wszelkie niedoskonałości zniwelowane. Efekt jest spektakularny. Szkoda, że moja skóra nie wygląda tak zawsze, aczkolwiek pozostaje mi wierzyć, że regularne seanse, pozwolą nieco zbliżyć się do ideału :). Na ten moment jestem totalnie oczarowana. 

Grown Alchemist, Deep Cleansing Facial Masque

Maseczkę kupiłam on-line na stronie Pell.pl, gdzie oprócz asortymentu Grown Alchemist znajdziecie takie marki jak Alpha-h, Alterna, Rodial, czy The Different Company, także warto zerknąć.


Jak często sięgacie po maseczki? Używacie, czy zapominacie o tym kroku?



Estée Lauder, Pure Color Envy Sculpting Gloss - 350 Tempting Melon

Estée Lauder, Pure Color Envy Sculpting Gloss - 350 Tempting Melon

Nie jestem 'błyszczykowa'. Zdecydowanie bardziej gustuję w tradycyjnych pomadkach, a jeśli mają matowe wykończenie, to jestem w raju. No ale kobieta, jak to kobieta... lubi mieć wybór, zwłaszcza w kwestii makijażu, dlatego ochoczo z niego korzystam. Błyszczyki mają tę przewagę, że są mało kłopotliwe w aplikacji, nie wymuszają użycia konturówki, a umalowanie ust zajmuje kilka sekund. Co więcej, pięknie wyglądają solo, ale też mogą służyć do podbicia koloru pomadki. 

Pure Color Envy Sculpting Gloss to wiosenna nowość koncernu Estée Lauder. Po ogromnym sukcesie Pure Color Envy Sculpting Lipstick, marka poszła krok dalej, tworząc gamę delikatnych błyszczyków i trwałych lakierów do ust, zaprojektowanych do samodzielnego stosowania lub na pomadkę. Ta nowość wyjątkowo zwróciła moją uwagę... i nie bez znaczenia były szalenie eleganckie, kobiece opakowania, bez przepychu, a jednak z klasą. Dbałość o detale zawsze przyciąga wzrok :)

Estée Lauder, Pure Color Envy Sculpting Gloss - 350 Tempting Melon
Estée Lauder, Pure Color Envy Sculpting Gloss - 350 Tempting Melon

Modelujący usta błyszczyk zamknięty został w smukłej fiolce o pojemności 5,8 ml. Spośród dostępnych opcji wykończenia, znajdziecie zarówno kremowe, jak i błyszczące, a nowa ulepszona formuła dzięki zastosowaniu ekskluzywnego kompleksu nawilżającego i kwasu hialuronowego, wygładza, zmiękcza i pielęgnuje usta niczym balsam. Wygodna struktura współgra z naturalnym kształtem ust, optycznie go modelując, a precyzyjny aplikator w formie łopatki zapewnia równomierną aplikację.

Odcień 350 Tempting Melon to przepiękny brzoskwiniowo - różowy błyszczyk, pozbawiony jakichkolwiek drobinek, niezwykle komfortowy w noszeniu i łatwy w obsłudze. Na plus świetny aplikator, który dzięki niewielkiemu zagłębieniu na środku, pozwala na regulowanie ilości i koloru, a wąska końcówka umożliwia dokładne obrysowanie konturu ust. Konsystencja gęsta, kremowa, ale nie musicie obawiać się nadmiernej lepkości. Błyszczyk cudownie nawilża usta, co odczuwam nawet, gdy kolor zupełnie zniknie, choć ten jest wyjątkowo, jak na ten rodzaj kosmetyku, trwały. Spokojnie wytrzyma 2 godziny, natomiast w miarę upływu czasu po prostu blednie i traci początkowy blask. Bezpośrednio po aplikacji wygląda niesamowicie - usta są lśniące, pokryte wielowymiarowym kolorem i obłędnie gładkie. Bajka :)

Estée Lauder, Pure Color Envy Sculpting Gloss - 350 Tempting Melon
Estée Lauder, Pure Color Envy Sculpting Gloss - 350 Tempting Melon

Błyszczyk Pure Color Envy Sculpting Gloss bardzo szybko zaskarbił sobie moją sympatię i często gości na ustach. Pokochałam ten lustrzany blask, który w subtelny i elegancki sposób sprawia, że wyglądają niezwykle apetycznie :)



Aktualna pielęgnacja cery, cz.2 - wieczór | Mokosh, Resibo, Mincer Pharma, Organique, Sylveco, Mixa, Sephora

Aktualna pielęgnacja cery, cz.2 - wieczór | Mokosh, Resibo, Mincer Pharma, Organique, Sylveco, Mixa, Sephora

Tak jak obiecałam, zapraszam Was na kolejny wpis poświęcony mojej aktualnej pielęgnacji. W poprzednim opisywałam produkty, których używam rano <<KLIK KLIK>>, natomiast dziś przybliżę kosmetyki, które dbają o moją skórę wieczorem. Z uwagi na fakt, że mam skórę mocno przetłuszczającą się, najwięcej uwagi skupiam na dokładnym oczyszczeniu. Między innymi dlatego zdecydowałam się na wieloetapowy demakijaż, który pozwala utrzymać skórę w ryzach. Zastosowanie kilku produktów daje mi pewność, że na twarzy nie będą zalegały pozostałości makijażu, czy innych zanieczyszczeń. Ponadto dbam o odpowiednie nawilżenie, odżywienie oraz, z racji na wiek, prewencyjne działania opóźniające efekty starzenia się skóry. Przede wszystkim zależy mi na tym, by kosmetyki które stosuję, miały wartościowe składy, a ich działanie nie było zbyt agresywne. Zestaw, którego aktualnie używam w większości składa się z produktów, które znam i chętnie do nich wracam, ale znajdzie się też kilka świeżynek :) Zapraszam.

Aktualna pielęgnacja cery, cz.2 - wieczór | Mokosh, Resibo, Mincer Pharma, Organique, Sylveco, Mixa, Sephora

Wieczorna pielęgnacja zawsze zaczyna się od oczyszczenia skóry. Na początek demakijaż oczu. Bardzo długo stosowałam jedynie płyn micelarny, ale ostatnio skusiłam się na małą buteleczkę dwufazowego płynu do demakijażu Sephora i muszę przyznać, że zrobił na mnie ogromne wrażenie. Czytałam, że dziewczyny są z niego zadowolone, dlatego musiałam sama sprawdzić, czy zauważę różnicę. Z racji tego, że mój codzienny makijaż nie jest szczególnie mocny, zazwyczaj wystarczał mi micel, ale ciekawość wzięła górę :D. I tak, z całą pewnością warto zwrócić na niego uwagę, zwłaszcza jeśli lubicie dwufazówki lub mocno malujecie oczy. Ten płyn zmyje wszystko za jednym pociągnięciem, bez pocierania. Pięknie rozpuszcza makijaż. Pozostawia delikatną oleistą powłokę, ale co istotne, nie szczypie w oczy!, więc o żadnym dyskomforcie nie ma mowy. Ten płyn kupicie w dwóch pojemnościach, więc na początek można spróbować tej mniejszej, tym bardziej, że kosztuje naprawdę niewiele, a działaniem wyróżnia się na tle innych jemu podobnych.

Po zmyciu oczu przystępuję do demakijażu całej twarzy. Tu, już od wielu, wielu miesięcy, wkracza do akcji płyn micelarny Mixa, aktualnie jest to Optymalna Tolerancja, ale miałam chyba już wszystkie rodzaje i wszystkie świetnie wywiązują się z powierzonej im roli. Jak pisałam wyżej, długo stosowałam go także do oczu i nigdy mnie nie podrażnił, nie uczulił, oczy nie szczypały. Jak używać micel wie każda kobieta, więc nie napiszę nic odkrywczego. Po prostu wylewam go na wacik kosmetyczny i przecieram twarz do momentu, w którym wacik pozostaje czysty. Najczęściej wystarczają dwa. Płyn micelarny Mixa to mój zdecydowany ulubieniec i już nie wyobrażam sobie nie mieć go w zapasie. Cenię go za doskonałą jakość i przystępną cenę. Robi świetną robotę, nie wysusza skóry i cudnie domywa skórę, dlatego w zasadzie nie szukam niczego innego. Gorąco polecam :)

Po wstępnym oczyszczeniu twarzy, pora na produkt, który zadziała gruntownie. Tu, w zależności od potrzeb, zamiennie stosuję dwa kosmetyki, o zgoła odmiennej konsystencji. Pierwszym jest mydło Savon Noir, Organique, a drugim Tymiankowy żel, Sylveco. Obydwa to stali bywalcy mojej łazienki, obydwa pojawiły się już na blogu. Nazwy są podlinkowane, więc wystarczy kliknąć, by przeczytać pełną recenzję. Używam ich od bardzo dawna i niech to będzie najlepszą rekomendacją. Czasem skuszę się na jakąś nowość, ale ostatecznie i tak wracam do tego duetu. Mydło Organique to dość nietypowe myjadło, któremu warto dać szansę szczególnie jeśli szukacie mało agresywnego, acz skutecznego oczyszczenia skóry. Długofalowe efekty są zachwycające, cera jest jaśniejsza, nieskalana zaskórnikami, czy nadmiernie rozszerzonymi porami. Używany regularnie działa niczym peeling enzymatyczny. Bajka :) Natomiast żel Sylveco to taniutki, naturalny produkt, który nie wysusza, nie podrażnia, świetnie oczyszcza. Bardzo lubię i chętnie wracam. 

Na koniec procesu oczyszczania tonizuję skórę. Rano służy mi do tego tonik Yonelle, natomiast wieczorem spryskuję twarz hydrolatem marki Mokosh - Werbena, który przeznaczony jest dla skór tłustych, mieszanych z tendencją do niedoskonałości. Stworzony na bazie krystalicznej wody źródlanej nawilża i odświeża skórę. Buteleczka zawiera atomizer... według mnie mgiełka jest zbyt obfita, ale nie leje się strumieniem :). Jak na razie jestem na tak. Hydrolat stosuję także do rozcieńczenia glinkowych maseczek, a jeśli aplikuję gotowce, których kluczowym składnikiem jest glinka, spryskuję nim twarz, by nie zastygła na skorupę. Świetnie sprawdza się też do odświeżenia skóry w ciągu dnia. Produkt, jak widać, wielofunkcyjny :)

Aktualna pielęgnacja cery, cz.2 - wieczór | Mokosh, Resibo, Mincer Pharma, Organique, Sylveco, Mixa, Sephora

Dokładnie oczyszczona skóra jest idealnie przygotowana do kolejnego etapu wieczornej pielęgnacji, a mianowicie kremy i sera. Tak na marginesie, bardzo lubię ten moment i naprawdę cały rytuał sprawia mi ogromną przyjemność. W przeciwieństwie do poranka, który często oznacza pośpiech i mocno okrojony czas, wieczorem można na spokojnie zająć się potrzebami swojej skóry. Dlatego bez wyrzutów sumienia zamykam się w łazience i ochoczo wcieram, wklepuję i smaruję. :)

Wracając do meritum.

Pod oczy ląduję Korygujący krem marki Mokosh - Zielona herbata. Używam go od niedawna, dlatego moja opinia to tylko wstępne odczucia, ale zapowiada się naprawdę dobrze. Najważniejsze, że nie jest to leciutki kremik, gdyż zdecydowanie preferuję bardziej odżywcze formuły. Po aplikacji pozostaje delikatna, lekko tłusta warstwa, która pielęgnuje tę wrażliwą okolicę twarzy. Oprócz uroczego opakowania, ma też rewelacyjny skład oparty na wyciągu z alg, kofeinie, ekstrakcie z zielonej herbaty i olejach: sezamowym, arganowym i kokosowym. Zarówno konsystencja, jak i zapach bardzo na plus, dlatego jestem dobrej myśli. Na pewno wrócę z pełną recenzją.

Twarz pielęgnuję dwoma produktami. Przez ostatnie dwa miesiące używałam serum z witaminą C, Mincer Pharma, który miał rozjaśnić i ożywić poszarzałą i zmęczoną skórę. Szykuję dla Was opis całej serii VitaC Infusion, dlatego nie zdradzę wszystkiego... napiszę tylko, że jeśli Wasza skóra lubi kosmetyki z witaminą C i dobrze na nią reaguje, to z pewnością warto zainteresować się tym produktem. Początkowo nie zachwycił mnie jakoś szczególnie, ale w miarę upływu czasu, dostrzegłam pozytywny wpływ na skórę, która wygląda po prostu lepiej i bardziej promiennie. W trakcie testowania tego serum ograniczyłam nieco stosowanie innych produktów, czasem wspomagałam je kremem lub serum Resibo, jednak ostatnio poczułam, że pora wrócić do niego na dobre, gdyż właściwości nawilżające i odżywcze serum Mincer Pharma były już niewystarczające. Ogrzewanie i zmienne warunki atmosferyczne robią swoje :). Serum Naturalnie Wygładzajace, marki Resibo to wyjątkowo skoncentrowane, oleiste serum do każdego typu cery, w tym normalnej, dojrzałej oraz z problemami trądzikowymi. Tak wszechstronne zastosowanie możliwe jest dzięki wyjątkowemu składowi, opartemu na specjalnie wyselekcjonowanych komponentach. Jest to produkt z gatunku tych działających od razu. Już pierwsze zastosowanie przynosi spektakularne efekty, a im dalej, tym lepiej. Skóra jest niesamowicie miękka, sprężysta, świetlista i cudownie nawilżona. Ponadto zauważyłam, że serum wpływa na przyspieszenie gojenia drobnych ranek, czy krostek i zapobiega powstawaniu nowych. Cudo, mówię Wam <3

Aktualna pielęgnacja cery, cz.2 - wieczór | Mokosh, Resibo, Mincer Pharma, Organique, Sylveco, Mixa, Sephora

Oprócz opisanej porannej i wieczornej pielęgnacji podstawowej, stosuję również produkty, które mają ją wspomóc, jak chociażby maseczki i peelingi, ale to już temat na odrębny wpis. Na co dzień używam zestawu, który miałyście okazję poznać i na chwilę obecną jestem zadowolona. Zastanawiam się jedynie nad jakimś bardziej odżywczym kremem dziennym, ale nie ma pośpiechu. W razie potrzeby ratuję się kropelką serum Resibo i też daje radę. Mocno kusi mnie także słynny olejek do demakijażu Resibo i wiem, ze prędzej czy później w końcu się spotkamy :/D


Co myślicie na temat zaprezentowanego zestawu? Mocno różni się od Waszego? Jakich produktów używacie podczas wieczornej pielęgnacji? 



Aktualna pielęgnacja cery, cz.1 - poranek | Yonelle, Fridge, Mincer Pharma

Aktualna pielęgnacja cery, cz.1 - poranek | Yonelle, Fridge, Mincer Pharma

Dobranie pielęgnacji, która będzie służyła skórze, jest nie lada wyzwaniem. Zadania nie ułatwia fakt, że wybór jest przeogromny, co nierzadko skutkuje mętlikiem w głowie. Ostatni post przedstawiający moją pielęgnację, ukazał się już dawno temu, dlatego postanowiłam go zaktualizować, tym bardziej, że nastąpiło wiele zmian. Po pierwsze, niemal całkowicie porzuciłam drogeryjne produkty, na rzecz tych naturalnych, co z perspektywy czasu uważam za rozsądne posunięcie. Jeśli decyduję się na kupno kosmetyku w drogerii lub perfumerii, to zawsze dokładnie analizuję skład pod kątem potencjalnie drażniących substancji. Moja skóra, przez lata przyzwyczajona do chemii, na początku trochę kaprysiła, ale z miesiąca na miesiąc reagowała i wyglądała coraz lepiej. Oczywiście, nie udało mi się pozbyć wszystkich niedoskonałości i biorąc pod uwagę jej specyfikę, pewnie nigdy to nie nastąpi, ale jest poprawa i to znaczna. 

Jak więc wygląda aktualna pielęgnacja mojej cery? Dziś pokażę produkty, których używam o poranku...  wieczorną przedstawię w kolejnym poście. 

Aktualna pielęgnacja cery, cz.1 - poranek | Yonelle, Fridge, Mincer Pharma

Jak za moment się przekonacie, moja poranna pielęgnacja jest bardzo skromna. Bynajmniej nie dlatego, że jestem leniem :D, aczkolwiek lubię pospać. Po prostu rano nie potrzebuję więcej, wystarczy delikatne oczyszczenie i porządna dawka nawilżenia. W ogóle, to musicie wiedzieć, że w ostatnich miesiącach mocno okroiłam liczbę używanych kosmetyków. Można powiedzieć, że to taki eksperyment... chciałam zobaczyć, jak zareaguje moja skóra. I zobaczyłam. Na chwilę obecną wiem, że brakuje mi lekkiego serum pod krem dzienny, albo bardziej odżywczej formuły samego kremu. Ale o tym za chwilę.

Poranek zaczynam od oczyszczenia skóry. W tym celu służy mi enzymatyczna bio-pianka Yoshino Pure & CareYonelle. Ta seria jest świeżynką w asortymencie marki, więc jeśli do tej pory kojarzyłyście Yonelle wyłącznie z kosmetykami stricte pielęgnacyjnymi, czas to zmienić ;).  Pianka ma postać spienionego kremu, jest treściwa i szalenie wydajna. Świetnie oczyszcza skórę, a kompleks aktywnych enzymów z mocznikiem, delikatnie złuszcza i pielęgnuje. Bardzo lubię używać jej właśnie rano, kiedy potrzebuję jedynie odświeżenia i przygotowania skóry do aplikacji kremu.

Po oczyszczeniu skóry, przychodzi pora na tonizowanie. Pamiętam, że kiedyś pomijałam ten krok sądząc, że nic nie wnosi. Błąd. To jeden z najważniejszych produktów, którego zadaniem jest przywrócenie skórze właściwego pH. Pominięcie go często kończy się podrażnieniem skóry. Aktualnie używam bioaktywnego toniku rewitalizującego Yonelle, który przeznaczony jest dla cer tłustych i mieszanych. Wśród nowej serii znajdziecie także coś dla sucharków i wrażliwców - esencjonalny tonik kojący. Ten produkt stosuję od nied, więc na ostateczne opinie jeszcze za wcześnie. Z pewnością wrócę z pełną recenzją. Czasem zamiennie spryskuję twarz Regulującym mistem z mącznicy lekarskiej JMO, który powolutku sięga dna. Nie jest to mój ulubieniec, ale że nie lubię wyrzucać pieniędzy w błoto, to tak zużywam go sobie powolutku :D. 

Aktualna pielęgnacja cery, cz.1 - poranek | Yonelle, Fridge, Mincer Pharma

Oczyszczona i stonizowana skóra jest gotowa na kremy. Najpierw nakładam ten pod oczy. Od kilku tygodni używam kremu rozświetlającego VitaC Infusion, marki Mincer Pharma, który dostałam w prezencie, wraz z innymi kosmetykami  z tej samej linii - serum i nawilżającą mikrodermabracją. Muszę przyznać, że trio spisało się naprawdę nieźle! Być może nie są to spektakularne efekty, ale jeśli Wasza skóra potrzebuje zastrzyku energii i lubi witaminę C, to warto się skusić. Wracając do kremu pod oczy... leciutki i aksamitny, super się wchłania pozostawiając ledwie wyczuwalną, acz przyjemnie otulającą warstewkę. Fajnie współgra z korektorem. Nie roluje się, nie podrażnia. Naprawdę bardzo ciekawy kosmetyk. Nie zauważyłam by skóra pod oczami stała się jaśniejsza i myślę, że z większymi zasinieniami sobie nie poradzi, ale za to przynosi ulgę, nawilża i poprawia sprężystość skóry.

Ostatnim krokiem porannej pielęgnacji jest krem do twarzy. Skusiłam się wreszcie na przetestowanie czegoś z asortymentu polskiej marki Fridge, produkującej kosmetyki w 100% naturalne, bez konserwantów, alkoholu i związków syntetycznych. Na pierwszy rzut zamówiłam 1.2 Water Coat oraz kilka próbek ;). Krem stworzony jest do skóry potrzebującej silnego nawilżenia i rzeczywiście - nawilżenie jest mega. Ponadto kremik posiada cudowny skład, naturalne filtry, jest niezwykle przyjemny w aplikacji, a przez konieczność trzymania go w lodówce, staje się pobudzającym odżywczym kompresem. Bez zarzutu spisuje się także jako baza pod podkład. Jednak, na okres jesienny jest dla mnie zbyt lekki, dlatego czasem ratuję się serum Resibo. Zużyję go z przyjemnością, aczkolwiek potrzebuję bardziej odżywczej formuły. Na pewno poświęcę mu osobny post, bo idea Fridge zasługuje na uwagę, krem sam w sobie na ten moment pozostawia niedosyt... być może potrzebuje więcej czasu, zobaczymy. Spośród próbek, które sobie zamówiłam, ogromne wrażenie zrobił na mnie krem 1,1, jak widać nie bez powodu okrzyknięto go mianem bestsellera. Ma dokładnie taką konsystencję, jaką lubię - treściwą i bogatą, ale moja skóra spija go do ostatniej kropelki. W tej chwili to jest mój typ nr.1 i jeśli zdecyduję się na zakupy, to będzie to Face the cream :)

Aktualna pielęgnacja cery, cz.1 - poranek | Yonelle, Fridge, Mincer Pharma

Tak wygląda moja aktualna pielęgnacja. Ciekawa jestem czego Wy używacie. Jakie kosmetyki budzą Was o poranku? Znacie produkty, które przedstawiłam?



- 49% w Drogerii Rossmann, czyli co kupiłam podczas promocji?

Co by nie mówić, promocja -49% to super okazja do uzupełnienia braków w kosmetyczce. Zdaję sobie sprawę z tego, że regularne ceny w drogeriach stacjonarnych są mocno zawyżone i te same produkty można kupić taniej on-line, no ale odpada wtedy możliwość obejrzenia wszystkiego z bliska i nasze wybory są oparte na intuicji.  Dlatego skorzystałam, tym bardziej, że potrzebowałam kilku kosmetyków. Do promocji w Rossmannie podeszłam na spokojnie i kupiłam w zasadzie tylko to, co zaplanowałam. Wiem, że zdjęcia mogą mówić co innego :D, ale musicie wziąć poprawkę na to, że mam w domu 16-letnią pannicę, więc zakupy w większości rozejdą się na dwie twarze i 40 paznokci:)

Ok, to lecimy. 

- 49% w Drogerii Rossmann, czyli co kupiłam podczas promocji?
- 49% w Drogerii Rossmann, czyli co kupiłam podczas promocji?

Na pierwszy ogień, od 30.09 do 05.10 poszły szminki, błyszczyki, kredki do ust, lakiery i odżywki do paznokci. Prawdę mówiąc ten etap mogłabym spokojnie pominąć, jednak odezwała się lakierowa miłość Klaudii. Tradycyjnie postawiłyśmy na sprawdzone lakiery marek Wibo i Lovely...właściwie to moja rola polegała na zawiezieniu, dotrzymaniu towarzystwa i zapłaceniu... tak że ten :). Na osłodę przytuliłam dwie kredki do ust Lovely, które zbierają mnóstwo pozytywnych opinii i dziewczyny mocno je chwalą. Ku końcowi miał się też żel do usuwania skórek Sally Hansen, a że świetnie się u nas sprawdza, to uzupełniłyśmy zapas. 

- 49% w Drogerii Rossmann, czyli co kupiłam podczas promocji?

Drugi etap promocji 06.10 - 11.10 obejmował tusze, cienie do oczu, kredki i eyelinery. Tu zakupy były skromne, bo i potrzeby niewielkie. Skusiłam się jedynie na nowość marki Rimmel: Magnif'eyes Double Ended Shadow+Liner. Kolorki, które wybrałam to 002 Kissed By A Rose Gold i 005 Pink & Purple Rain. Pierwsza to cudne połączenie miedzianego kremowego cienia i brązowej, miękkiej kredki, a druga to róż z głębokim fioletem. Jestem bardzo ciekawa, jak się sprawdzą, co prawda pierwsze testy wypadły obiecująco, ale na ostateczną opinię jeszcze za wcześnie. Regularna cena tych kredek to ok 35 zł. 

- 49% w Drogerii Rossmann, czyli co kupiłam podczas promocji?
- 49% w Drogerii Rossmann, czyli co kupiłam podczas promocji?

Aktualnie, jeszcze do 17.10  trwa ostatnia część promocji, podczas której kupicie taniej podkłady, pudry, pudry brązujące, rozświetlacze, róże i korektory do twarzy. Na ten etap najbardziej czekałam, bo pilnie potrzebowałam nowego podkładu i korektora. Pozwoliłam sobie również na małe zachcianki :). 
Ostatecznie kupiłam trzy podkłady:

  • True Match, L'Oreal
  • Healthy Mix, Bourjois
  • Face Finity All Day Flawless 3in1, Max Factor

Korektory też sztuk trzy, pierwszy z poniższej listy sprawdzony i niezawodny do rozświetlania skóry pod oczami, dwa pozostałe to dla mnie nowości, ale czytając Wasze recenzje, jestem dobrej myśli.

  • Lumi Magique, L'Oreal
  • Perfect Match, L'Oreal
  • Liquid Camuflage, Catrice

Ponadto uzupełniłam zapas bibułek matujących Wibo, które są moim must have i uratowały niejeden makijaż. Normalnie kosztują grosze, a na promocji są prawie za darmo. Jeśli Wasza skóra lubi nadmiernie błyszczeć, to koniecznie wypróbujcie tych bibułek - rewelacyjnie zbierają sebum bez naruszania makijażu. Naprawdę super!
Na koniec zostały zachcianki... ale spokojnie, tylko dwie :). Pierwsza to słynna paleta Wibo, 3 Steps do konturowania twarzy, będąca połączeniem bronzera, różu i rozświetlacza. Jestem nią bardzo mile zaskoczona. Paletka jest solidna, a kolory wewnątrz niezwykle uniwersalne. Myślę, że ją polubię, zwłaszcza że to fajna, kompaktowa opcja na wyjazdy. Ostatnim zakupem są perełki rozświetlające Shimmer In Pearls, marki Wibo. 



No i koniec. Nie wiem, czy moje zakupy są duże, czy małe... starałam się kupić tylko to, czego potrzebuję. Pochwalicie się Waszymi zdobyczami? Kupiłyście co planowałyście, czy raczej omijacie Rossmanna szerokim łukiem?



Wytwórnia Mydła | Cukrowy peeling do ciała Werbena - Cytryna

Wytwórnia Mydła | Cukrowy peeling do ciała Werbena - Cytryna

Dziś, po wielu pochmurnych i deszczowych dniach, wreszcie wyszło słońce <3. Nie przepadam za taką jesienią, dlatego umilam sobie ten gorszy okres, jak tylko mogę. W ruch poszły rozgrzewające herbaty, świece zapachowe i cięższe, otulające formuły kosmetyków. Wyjątkowo mocno doceniam wieczorne rytuały pielęgnacyjne... uwielbiam zaszyć się w łazience, gdzie czekają na mnie odprężające i relaksujące aromaty. Zresztą która z nas tego nie lubi? My, kobiety jesteśmy tak zabiegane, że każda minuta, którą poświęcamy tylko i wyłącznie sobie, jest na wagę złota. Dlatego tak istotne jest, by korzystać z takiej możliwości najczęściej, jak tylko się da. Zachęcam Was Kochane, by rozpieszczanie siebie nie było luksusem, ale rutyną :)
O kilku tygodni moim towarzyszem jest Cukrowy peeling do ciała, niewielkiej manufaktury specjalizującej się w ręcznie wytwarzanych kosmetykach. Wytwórnia Mydła, bo tak brzmi jej nazwa to marka młoda, ale ogromna pasja i zaangażowanie jej twórczyni, sprawia że wróżę jej szybki progres. W asortymencie Wytwórni znajdziecie produkty tylko i wyłącznie naturalne, bez zbędnej chemii i ulepszaczy, bogate w substancje odżywcze.

Wytwórnia Mydła | Cukrowy peeling do ciała Werbena - Cytryna

Cukrowy peeling do ciała Werbena - Cytryna ( 250g/32zł ) KLIK to produkt, który docenicie za cudowne właściwości pielęgnacyjne. Całkowicie naturalny, zawierający w swoim składzie cukier trzcinowy, nasiona truskawki i mnóstwo odżywczych olei, między innymi olej z pestek czereśni, winogronowy, makadamia, czy olej arbuzowy. Ale to nie wszystko, bo znajdziecie w nim także masło shea, które słynie ze wspaniałego działania regenerującego, ochronnego i uelastyczniającego skórę. Peeling posiada absolutnie urzekający i orzeźwiający aromat, który nie znika w chwilę po użyciu, ale otula nasze ciało na długie godziny. Podobnie jak ochronna, lekko tłusta warstwa, która zostaje po osuszeniu ciała. Bardzo, bardzo lubię, gdy po zastosowaniu peelingu, moja skóra jest delikatnie natłuszczona, ale nie oblepiona, a ten peeling daje taki właśnie efekt. 
Właściwości złuszczające produktu są więcej niż zadowalające, aczkolwiek bogactwo cukru i nasion jest na tak wysokim poziomie, iż konsystencja jest dość zbita, a sam produkt lubi się nadmiernie osypywać. Sposobem na to jest aplikowanie w niewielkich ilościach, na lekko zwilżone ciało. U mnie fajnie się też sprawdza stawianie go wieczkiem do góry, by oleje nie osiadły na spodzie tylko połączyły się z drobinami ścierającymi. A te są naprawdę zacne... więc jeśli preferujecie porządne zdzieraki, to z całą pewnością będziecie usatysfakcjonowane :)

Wytwórnia Mydła | Cukrowy peeling do ciała Werbena - Cytryna

Stosowanie tego produktu to znakomity sposób na relaks po ciężkim dniu. Nic tak nie pobudza mojej skóry, jak odprężający i  regenerujący masaż. A jeśli dorzucić do tego piękny, smakowity aromat, to jestem kupiona :) 



Sylveco, Tymiankowy żel do mycia twarzy

Sylveco, Tymiankowy żel do mycia twarzy

O tym produkcie wspominałam już na blogu. Pojawił się między innymi w ulubieńcach, ponadto nie szczędziłam mu pochwał w komentarzach, czy podczas rozmów z innymi użytkowniczkami. Pomyślałam więc, że najwyższa pora opisać go dokładniej. O czym mowa? Oczywiście o Tymiankowym żelu do mycia twarzy, polskiej marki Sylveco. Przypuszczam, że większość z Was, jak nie wszystkie, słyszała tę nazwę:) Wizytówką Sylveco jest zawartość naturalnych, nieprzetworzonych chemicznie surowców oraz ekstraktów roślinnych, z których powstają kosmetyki przyjazne dla człowieka i środowiska. Ogromną zaletą asortymentu są przystępne ceny, proste, zielone składy, delikatność i gwarancja wysokiej skuteczności. 
W swojej kosmetyczce posiadam kilka produktów marki, które na stałe się w niej rozgościły... jednym z nich jest właśnie bohater dzisiejszego wpisu.

Sylveco, Tymiankowy żel do mycia twarzy

W ofercie marki znajdziecie dwie wersje żelu: rumiankowy i tymiankowy. Miałam obydwa i zdecydowanie bardziej przypadła mi do gustu ta druga. Sprawdziła się na tyle dobrze, że właśnie kupiłam kolejną, nawet nie wiem którą już, buteleczkę. Tym sposobem po raz kolejny postawiłam na sprawdzony produkt i pomimo, iż lubię testować nowości i nie odmawiam sobie urozmaicenia, to prędzej czy później wracam do żelu Sylveco.

Za co tak bardzo go polubiłam? Przede wszystkim za skuteczne, acz delikatne działanie. Produkt świetnie oczyszcza moją skórę z resztek makijażu oraz sebum. Najczęściej stosuję go podczas wieczornego demakijażu, po wstępnym przemyciu twarzy płynem micelarnym. Żel nie wysusza mojej skóry i pozostawia uczucie dogłębnej czystości. Regularnie używany poprawia prezencję skóry, łagodzi podrażnienia i zmniejsza ilość zaskórników. 
Ogromną zaletą jest jego prosty skład, wzbogacony olejkiem i ekstraktem z tymianku, które posiadają właściwości przeciwzapalne i kojące, znajdziemy w nim także kwas jabłkowy o działaniu wygładzającym i rozjaśniającym oraz łagodny środek myjący, który nie podrażnia nawet wrażliwej skóry. Co ważne, produkt jest całkowicie wegański, nietestowany na zwierzętach

Wiem, że dość kontrowersyjny jest jego zapach, który albo się kocha, albo nienawidzi. Początkowo trudno było mi sobie wyobrazić aromat, który dotąd znałam jedynie z kuchennych eksperymentów kulinarnych, w produkcie do mycia twarzy. I tak... bez wątpienia jest to tymianek. Mocny aromat może odpychać... powiedzmy to sobie szczerze - nie pachnie różami, ale mi nie przeszkadza czerpać przyjemności z jego działania. Duży plus za poręczne opakowanie z pompką, którą w razie konieczności, można zablokować. Fajna opcja, tym bardziej, że żel jest dość wodnisty i rozlanie groziłoby małą katastrofą <3

Sylveco, Tymiankowy żel do mycia twarzy
Sylveco, Tymiankowy żel do mycia twarzy

Tymiankowy żel do mycia twarzy kupicie w zależności od miejsca za 15-20zł, jego pojemność to 150 ml. Pomimo, iż niewielki, to całkiem wydajny... codziennie używany wystarczy na ok 2 miesiące. Nieźle, prawda? 


Jestem bardzo ciekawa czy znacie żele Sylveco i którą wersję sobie upodobałyście. Dajcie znać w komentarzach :) 



Max Factor Creme Puff Blush | Seductive Pink, Lavish Mauve

Niezależnie od tego jaki makijaż wykonuję i ile mam na niego czasu, kosmetykiem, którego nigdy nie pomijam jest róż do policzków. Działa niczym magiczna różdżka, która jednym, subtelnym dotknięciem odmienia twarz, nadając jej promienności i świeżości. Dobrze dobrany odcień różu, to najłatwiejszy sposób na podkreślenie urody... wystarczy kilka ruchów pędzlem, by usunąć zmęczenie, ożywić cerę i nadać  jej zdrowego blasku.

Max Factor Creme Puff Blush | Seductive Pink, Lavish Mauve

Creme Puff Blush marki Max Factor to gama sześciu cudnych, mozaikowych róży. Wybrać jeden to naprawdę karkołomne zadanie, bowiem wszystkie prezentują się doskonale i niewątpliwie przyciągają wzrok swoją nietuzinkową formą. Plastikowe, dość niepozorne aczkolwiek solidne opakowanie, skrywa 1,5 g kosmetyku, który zachwyca nie tylko kolorystyką, ale i aksamitną, idealnie zmieloną kompozycją pigmentów, nadających policzkom satynowy, lekko rozświetlający rumieniec. Róż daje delikatny efekt, dlatego nawet niewprawna ręka nie zrobi sobie nim krzywdy. Nasycenie można stopniować dokładając kolejne warstwy, bez obawy o plamy tudzież niejednolite pokrycie. 

Max Factor Creme Puff Blush | Seductive Pink, Lavish Mauve
Max Factor Creme Puff Blush | Seductive Pink, Lavish Mauve

15 Seductive Pink to mieszanka różu i brzoskwini, z dodatkiem złota. Miękkość kosmetyku pozwala precyzyjnie połączyć wszystkie odcienie, tworząc naturalną lśniącą taflę. Na pierwszy rzut oka wydaje się być mocno napigmentowany, jednak łatwość z jaką się blenduje, czyni zeń propozycję idealną na co dzień.

20 Lavish Mauve to absolutnie urzekające zestawienie podobne do 15-stki, aczkolwiek bardziej neutralne, delikatne, z odrobiną fioletu. Doskonale sprawdzi się na bladych cerach, które potrzebują zaledwie muśnięcia kolorem. Moim zdaniem jest to najbardziej uniwersalny odcień z całej szóstki, dający efekt promiennej i wypoczętej cery. 

Max Factor Creme Puff Blush | Seductive Pink, Lavish Mauve
Max Factor Creme Puff Blush | Seductive Pink, Lavish Mauve

Creme Puff Blush nie jest kosmetykiem, który wytrzyma calutki dzień, zwłaszcza jeśli tak jak ja, jesteście posiadaczkami cery tłustej lub macie nawyk częstego dotykania twarzy, ale zdecydowanie warto dać mu szansę. Regularna cena to ok 50 zł i przyznam, że to nie mało, jednak!... od czego mamy promocje? Już niedługo startuje tydzień twarzowy w Rossmannie, być może to sprzyjająca okoliczność, by przyjrzeć się bliżej uroczym mozaikom Max Factor :)



Maska do włosów tłustych Pat&Rub

Przetłuszczające się włosy i wrażliwa skóra głowy to połączenie, które potrafi dać w kość. Sama niejednokrotnie się przekonałam, że to co służy kosmykom, w przypadku skalpu kompletnie się nie sprawdza, dlatego wciąż szukam kompromisu. Niestety, moje włosy rzadko idą na ustępstwa :)
Nie przesadzę jeśli napiszę, że największym odkryciem i jednocześnie hitem, okazała się być maska oczyszczająca włosy i skórę głowy marki Phenome, która skutecznie niczym peeling, bez naruszania struktury włosów, usuwała nadmiar sebum i pozostałości środków do stylizacji, pozostawiając je pięknie odbite u nasady, sypkie i szalenie miękkie, a ponadto przedłużała ich świeżość. Podczas stosowania wspomnianej przekonałam się, jak ważne, a tak często pomijane, jest dogłębne oczyszczanie skóry głowy i jakie wspaniałe efekty przynosi. 

Maska do włosów tłustych Pat&Rub to produkt, który skusił mnie obiecanym działaniem. Jej głównym zadaniem jest regulacja wydzielania sebum, łagodzenie podrażnień i odżywienie oraz wzmocnienie kosmyków. Zazwyczaj dosyć sceptycznie podchodzę do tego typu deklaracji, ale lubię markę, więc zaufałam. Czy słusznie?

Maska do włosów tłustych Pat&Rub

Maska zamknięta została w plastikowym opakowaniu o pojemności 225ml, które jest wygodne, a dodatkowo można kontrolować stan zużycia. Po odkręceniu wieczka, naszym oczom ukazuje się szarawe błotko, przypominające tradycyjne glinkowe maski do twarzy, o całkiem miłym aromacie i przyjemnej, zbitej, nie za rzadkiej konsystencji, która nie przecieka przez palce i nie spływa z włosów. 

Producent zaleca, by aplikować ją na suche lub zwilżone włosy, delikatnie wmasować, a po 10-20 minutach umyć je szamponem. Kompozycja oparta jest na zielonej glince, która regeneruje, pobudza krążenie i odżywia. W składzie umieszczono także wzmacniające ekstrakty z łopianu i skrzypu, łagodzący ekstrakt z mydlnicy, proteiny pszeniczne odpowiadające za regenerację oraz mnóstwo witamin, między innymi witaminę E, B3 i B6, B5 i witaminę C.

Maska do włosów tłustych Pat&Rub

I tu przechodzimy do meritum, czyli działania. Pomimo doskonałej na pierwszy rzut oka konsystencji, maska jest niezwykle uciążliwa w aplikacji. Bardzo ciężko dotrzeć z nią do skóry głowy, a to właśnie na tym obszarze chciałam się skupić. O wiele łatwiej się z nią pracuje na lekko zwilżonych włosach, choć też bez rewelacji. Konieczne jest dobieranie kolejnej porcji, co niestety przekłada się na niską wydajność kosmetyku. Maskę pozostawiałam na włosach kilkanaście minut, następnie myłam je szamponem. Niestety nie mogę napisać, iż odkryłam antidotum na wszystkie moje problemy... prawda jest taka, że maska nie wyróżnia się niczym szczególnym, a efekty nie wywołały tańca radości. Ot, maska jak maska. Co prawda, włosy po wyschnięciu były delikatnie odbite u nasady i przyjemnie sypkie, ale ten stan nie trwał zbyt długo, a przynajmniej nie dłużej, niż przy innych, których miałam okazję używać. Zabrakło efektu woow :). Najbardziej liczyłam na obiecane przedłużenie świeżości i ograniczenie przetłuszczania, jednak nic takiego się nie zadziało. Co prawda nie podrażniła mojego skalpu, ale też nie oczyściła go, jak mi obiecano :)

Maska do włosów tłustych Pat&Rub

Konkludując. Moim zdaniem maska do włosów tłustych Pat&Rub to kosmetyk, do którego z pewnością nie wrócę. Moja czupryna potrzebuje produktu, który dogłębnie je oczyści, dlatego na niezagrożonym pierwszym miejscu wciąż pozostaje Phenome. 


Aktualnie trwające zamieszanie medialne wokół marki skutkuje licznymi akcjami rabatowymi, dlatego jeśli chciałybyście sprawdzić działanie maski na swoich włosach, to jest szansa, że upolujecie ją dużo taniej. Standardowo jej cena wynosi ok 75zł, przy czym ja kupiłam ją za połowę tej kwoty w perfumerii Sephora.



Instagram mix | Wrzesień 2016

Hej, gdzie się podział wrzesień?? Nie wiem jak Wam, ale mi dosłownie śmignął niczym strzała i nawet się nie obejrzałam, a tu już październik :). Wrzesień był przyjemny z wielu powodów, dlatego nie obraziłabym się wcale, gdyby potrwał jeszcze chwilę. 


1. Jeszcze lato 2. Ze spaceru 3. Figowelove 4. Detale 


5, 6. Niedziela 7. Omlet zawsze spoko 8. Puszczam oko >3


9. Poranne przyjemności 10. #selfie 11. Plan na wieczór 12. Drożdżówki z malinami


13, 14, 15. Kosmetyczne nowości września ;) - Wytwórnia mydła, Mokosh, Grown Alchemist, Fridge


Na blogu było równie przyjemnie...


Ministerstwo Dobrego Mydła | Orkisz i Węgiel
Dermalogica Age Smart, Multivitamin Power Recovery Masque
Organique, Anti - Age | Szampon i maska do włosów zniszczonych i farbowanych
Insta - Matte Smashbox, Szybki sposób na matowe usta
Oczyszczanie twarzy z John Masters Organics | Regulujący zestaw z mącznicy lekarskiej
Dobre i tanie | Essence, Konturówka do ust 07 Cute Pink

We wrześniu polecałam Wam również 10 inspirujących kont na Instagramie, które warto obserwować oraz ogłosiłam mały konkurs, który zorganizowałam wspólnie z Wytwórnią Mydła. Do wygrania są peeling do ciała i dwa dowolnie wybrane mydełka. Zabawa trwa do 15 października, a więc macie jeszcze chwilę na to, aby wziąć w niej udział. W poście z konkursem znajdziecie też rabat na zakupy w sklepie Wytwórni Mydła ;) Zapraszam klik klik 



Witam październik, miesiąc szczególnie mi bliski... ufam, że nie zawiedzie ;) A jak Wam minął wrzesień? Wydarzyło się coś fajnego?