SHISEIDO Lacquer Rouge - Lakier do ust Deep Coral RD314

Lacquer Rouge marki Shiseido to intensywność, trwałość, lustrzany blask i pielęgnacja w jednym. Pomadka w formie lakieru, która łączy w sobie wszystko to, czego poszukuję w produktach do ust. Shiseido stworzyło genialny kosmetyk, który oczarował mnie od pierwszej aplikacji.

SHISEIDO Lacquer Rouge

Zamknięta w niepozornym, czarnym opakowaniu, kształtem przypominającym tradycyjną pomadkę. Po odkręceniu naszym oczom ukazuje się precyzyjny aplikator zakończony miękką, malutką gąbeczką, która idealnie rozprowadza kolor. Efekt zachwyca głębią, intensywnością i lustrzanym blaskiem. 
Na pochwałę zasługują walory pielęgnacyjne, bo te są odczuwalne po każdorazowej aplikacji. Pomadka nie podkreśla suchych skórek, nie wchodzi w załamania, nie wychodzi poza kontur ust, trwa niezmiennie w miejscu, w którym została nałożona. Cudownie kremowa konsystencja nawilża usta i otula intensywnym kolorem na kilka godzin. 
Bez jedzenia i picia Lacquer Rouge wytrzyma na ustach ok 5-6 godzin, co uważam za świetny wynik. W międzyczasie kolor może nieco zblednąć i zetrzeć się od środka, ale usta są wciąż mięciutkie i idealnie gładkie.

SHISEIDO Lacquer Rouge

Odcień RD314 czyli Deep Coral to rzeczywiście deep coral - głęboki, nasycony, z domieszką pomarańczki i brązu. Bardzo twarzowy, dzienny kolor. Wystarczą dosłownie dwa pociągnięcia precyzyjnego aplikatora, by usta pokryły się lśniącą, lakierową taflą. 
No cóż... mam ochotę na więcej :)

SHISEIDO Lacquer Rouge

Ufam, że zachęciłam Was do przyjrzenia się ofercie Shiseido. Moim zdaniem te lakiery są trochę niedoceniane i mało popularne, a zdecydowanie zasługują na uwagę. Kupicie je w perfumeriach Douglas, czy Sephora lub w drogeriach internetowych. Koszt to 115zł za 6ml.


Jak Wam się podoba?


Moja garderoba. Wiosenne nowości w szafie

Zza chmur nieśmiało wygląda słońce, które daje nadzieję, że już niedługo skończy się ta ponura, zimowa aura i zawita piękna, kwiecista wiosna. Pierwsze promienie zawsze napawają mnie ogromnym optymizmem i dodają mega energii. Człowiekowi aż chce się żyć! Ufam, że za kilka dni, tygodni, zrzucimy ciepłe, wierzchnie okrycia, zastępując je lżejszymi ramoneskami lub kardiganami. Nadejście wiosny zawsze powoduje chęć zmian, dla mnie to taki świeży start - z nadzieją patrzę w przyszłość i łudzę się, że przyniesie same pozytywne emocje. 
W oczekiwaniu na wiosnę zrobiłam też mały przegląd zawartości szafy i okazało się - jak co roku - że brakuje w niej kilku elementów. W ogóle to kobieca ( czytaj: moja ) garderoba jest nader dziwnym zjawiskiem. Kiedy ją otwieram, nie mamy CO na siebie włożyć, natomiast kiedy kupuję kolejne ciuchy, nie mam GDZIE ich włożyć. Ot, taki paradoks. Dlatego zamiast iść w ilość, warto iść w jakość i kupować tylko ubrania potrzebne i warte naszej uwagi.


Żeby nie być gołosłowną. Mniej więcej rok temu opublikowałam post, w którym przedstawiłam Wam jakie elementy garderoby planuję kupić. W budowaniu własnej szafy pomaga mi rozsądek oraz świadomość, że nie wszystko pasuje zarówno do mojego stylu życia, ale też figury, czy wieku. Nie spisuję listy na kartce, bo zawsze mam ją w głowie. Wiem, czego mi brakuje i kupuję tylko to, co jest niezbędne. Musicie też wiedzieć, że nie jestem minimalistką i nigdy nią nie będę, lubię mieć wybór, niczym nieograniczone możliwości, jednak zauważyłam także, że im więcej ciuchów w szafie, tym mniejszą ich ilość noszę na co dzień. Zazwyczaj stawiam na sprawdzone elementy i kombinacje, łącząc ze sobą tylko te, które lubię i w których dobrze się czuję. Reszta leży i zbiera kurz.

Z ubiegłorocznej listy kupiłam m.in. białe Conversy, które dość długo były priorytetem. Szalenie podobają mi się jako uzupełnienie wiosennej szafy, pasują niemal do wszystkiego, dlatego nosiłam je z ogromną przyjemnością i wiem, że to był trafiony zakup. Wpadły też karmelowa torba, długi kardigan oraz kilka bluzek, bo tych nigdy za dużo, zwłaszcza latem. Część mojej listy nie doczekała się realizacji, dlatego uzupełniam ją w tym roku. 
Ostatnie tygodnie to przede wszystkim zakupy odzieżowe. Tym sposobem do mojej szafy trafiło kilka fajnych elementów, które od dawna planowałam kupić. Pomyślałam, że pokażę Wam o jakie nowości wzbogaciła się moja garderoba, choć nie znajdziecie w nich szalonych kolorów, czy faktur... wszystko stonowane, aczkolwiek znajdą się też typowo wiosenne printy. Zapraszam więc na mały przegląd wiosennych nowości w mojej szafie.


Na początek dwie rzeczy, które trafiły do mnie najwcześniej. Kilka tygodni temu skusiłam się na sukienkę oraz wełniany sweterek. Sukienkę kupiłam w Reserved i zdaje mi się, że była to nowa kolekcja, więc jest szansa, że jeszcze ją dorwiecie. Urzekła mnie ciekawym printem oraz subtelną elegancją. Świetnie sprawdzi się zarówno wiosną do ramoneski, dłuższego swetra oraz żakietu, ale ze względu na niezbyt grubą tkaninę, założę ją także latem. Sweterek natomiast to jest mój obecny ulubieniec. Uwiódł mnie wycięciem odsłaniającym plecy (na zdjęciu widzicie tył), które nie jest zbyt głębokie, a jednak fajnie je eksponuje. Jest szalenie miły w dotyku i znakomicie się nosi. Kupiłam go w sklepie internetowym The Odder Side


A tu już same świeżynki. Wszystkie zakupione w tym tygodniu, w sklepach stacjonarnych. 


Długo szukałam fajnego płaszcza, najlepiej jasnego, o prostym, nieco oversizowym kroju. W sieciówkach wybór jest duży, ale wszystkie wyglądają praktycznie tak samo, nie wyróżniając się niczym szczególnym. Ten, który widzicie kupiłam w Reserved. W promocji. Wisiał samotnie na wieszaku, z dużą obniżką. Prosty, niemal surowy prochowiec... córka śmieje się, że wyglądam w nim jak Sherlock Holmes :). Żeby go trochę ożywić w Stradivariusie dokupiłam do niego kolorową, trochę folkową chustę. Kolejne nowości to idealnie leżące, a to rzadko się zdarza, jeansy ( Bershka ) z dodatkiem elastanu, dzięki czemu fajnie dopasowują się do sylwetki, podkreślając to i owo oraz białe, klasyczne buty sportowe marki Reebok


W sklepie Stradivarius kupiłam uroczego pasiaka, bo pasków nigdy za wiele oraz idealnie skrojoną koszulę jeansową, natomiast piękna kwiecista bluzka koszulowa pochodzi ze sklepu Bershka.


Na chwilę obecną to już wszystkie wiosenne nowości. Moja garderoba nieco odżyła, choć planuję jeszcze kilka zakupów. Marzę o idealnym garniturze, białej koszuli, ołówkowej spódnicy, chciałabym także elegancką marynarkę, więc jeśli wiecie gdzie mam szukać, dajcie koniecznie znać.

A jak Wasze szafy dziewczyny? Planujecie wiosenne zakupy, czy już je poczyniłyście? Pochwalcie się swoimi nowościami.



Urban Decay, Baza pod cienie do powiek Original

Są takie produkty, bez których my kobiety nie potrafimy się obejść, które ułatwiają nam wykonanie codziennego makijażu i których brak wróży kłopoty, zwłaszcza jeśli zależy nam na wielogodzinnej, nienagannej prezencji. Dla mnie takim kosmetykiem jest baza pod cienie do powiek i jestem pewna, że te z Was które mają problem z tłustą, opadającą powieką, doskonale mnie w tej kwestii rozumieją. 
Rolowanie się cieni, zbijanie się koloru w załamaniu powieki, lub - co gorsza - spłynięcie misternie wykonanego makijażu już kilkadziesiąt minut od aplikacji, potrafi nieźle zepsuć mi humor, dlatego tym bardziej cieszę się, że wymyślono tak genialny produkt, jakim jest baza. Dziś opowiem Wam o jednym z najbardziej rozpoznawalnych produktów w tej kategorii, a mianowicie o kultowej Eyeshadow Primer Potion marki Urban Decay.

Urban Decay, Baza pod cienie do powiek Original
Urban Decay, Baza pod cienie do powiek Original

Urocza, fioletowa tubka, którą widzicie na zdjęciach to najnowsza wersja bazy Urban Decay. Mamy tu więc wspomnianą plastikową tubkę, z której możecie wycisnąć kosmetyk oraz aplikator zakończony gąbeczką przypominający te z błyszczyków do ust. Osobiście zawsze korzystam z samej tubki, ponieważ taka opcja jest dla mnie wygodniejsza, tym bardziej, że i tak koniecznym jest wklepanie bazy opuszkiem palca, by równomiernie ją rozprowadzić. Wystarczy dosłownie odrobina, gdyż nadmiar utworzy widoczną warstwę. Baza świetnie stapia się ze skórą, a dzięki lekkiej, nieklejącej konsystencji, doskonale pokrywa całą powiekę subtelną  powłoką. Już kilka sekund od aplikacji możecie rozpocząć wykonywanie makijażu.

Wersja Original, bo taką posiadam, jest w neutralnym, beżowym odcieniu, więc sprawdzi się u większości z Was, dodatkowo fajnie wyrównuje koloryt powieki, niwelując drobne zaczerwienienia, czy żyłki. 
Jeśli chodzi o jej właściwości to z całą stanowczością stwierdzam, że jest to produkt wart swojej ceny. Baza Urban Decay sprawia, że aplikacja oraz blendowanie cieni staje się wręcz banalną czynnością. Poszczególne kolory z łatwością się łączą i trwają na powiece w nienaruszonym stanie przez cały dzień. Mój egzemplarz miał swoją próbę generalną podczas wykonywania makijażu sylwestrowego, który bez problemów przetrwał całą noc tańców i swawoli, co przy mojej tłustej powiece jest nie lada wyczynem i prawdziwą szkołą przetrwania. Tak więc podstawowy egzamin zdany na szóstkę. Nie zauważyłam także, by baza UD powodowała przesuszenie, czy podrażnienie powiek. Dodatkowo świetnie podbija kolor cieni, które nie blakną w trakcie noszenia. Jak widać same plusy.

Urban Decay, Baza pod cienie do powiek Original
Urban Decay, Baza pod cienie do powiek Original

Baza pod cienie do powiek Urban Decay dostępna jest w perfumeriach Sephora w cenie 99zł za 10ml. Oczywiście zalecam skorzystanie z licznych akcji rabatowych, które pomogą zdecydowanie obniżyć tę kwotę. Śmiem sądzić, że będziecie z niej zadowolone, a wysoka wydajność oraz genialne właściwości, zrekompensują poniesione koszty:) 

Używacie bazy pod cienie? Macie swoją ulubienicę, czy nadal poszukujecie tej jedynej?


Konkurs - zostało 2 dni! Serdecznie zapraszam


Ach, wreszcie wyszło słońce! Przed obiadem wybraliśmy się na długi spacer do lasu, naładowaliśmy baterie, odpoczęliśmy, teraz relaksujemy się przy pysznej kawie celebrując spokojny wieczór. Ufam, że Twoja niedziela upłynęła równie przyjemnie, a żeby jeszcze bardziej Ci ją umilić przychodzę z postem przypominającym o trwającym na moim blogu konkursie :)

Konkurs trwa od dwóch tygodni i za 2 dni dobiegnie końca, więc to ostatni moment, aby wziąć w nim udział. Moim zdaniem nagroda jest bardzo fajna i warto spróbować, tym bardziej, że to doskonały sposób by odkurzyć i odświeżyć skórę po zimie.  Jeszcze raz gorąco zapraszam  klik klik :)



Pozdrawiam serdecznie i życzę słonecznego tygodnia :)


Ministerstwo Dobrego Mydła, Odżywczy mus do ciała Len i Konopie

Jesień i zima to trudny okres dla mojej skóry, która lubi się przesuszać, zwłaszcza na łydkach i łokciach. Codzienna porcja balsamu jest niezbędna, jednak od czasu do czasu serwuję jej dodatkowy, regeneracyjny i treściwy kompres, działający niczym plaster. Takim plastrem jest Odżywczy mus do ciała Len i Konopie wytwarzany przez małą, rodzinną manufakturę mydlarską - Ministerstwo Dobrego Mydła. Jest to niewielka firma specjalizująca się w ręcznym wyrabianiu mydeł oraz kosmetyków, założona przez dwie siostry, które dzięki ciężkiej pracy, dobrym surowcom i rzemiośle, osiągnęły niezwykły sukces na polskim rynku. 

Ministerstwo Dobrego Mydła, Odżywczy mus do ciała Len i Konopie

Mus do ciała Len i Konopie ( ok 120ml / 42zł ) to produkt w pełni naturalny, przygotowywany w całości ręcznie z nierafinowanych olejów i maseł roślinnych, z myślą o skórze suchej, szorstkiej i atopowej. Olej z konopii zawierający ok. 75% niezbędnych nienasyconych kwasów tłuszczowych głęboko odżywia skórę uelastyczniając naskórek i łagodząc podrażnienia, natomiast olej lniany zmiękcza i działa przeciwzapalnie. Puszysty, organiczny mus do ciała po brzegi wypakowany naturalnymi antyoksydantami, składnikami nawilżającymi i regenerującymi, a także witaminą E, koi i przywraca barierę ochronną skóry.

W związku z tym iż jest to produkt naturalny, należy zużyć go w ciągu 6 miesięcy od daty produkcji lub 3 miesiące od otwarcia. Najlepiej przechowywać go z dala od światła i wysokiej temperatury.

Ministerstwo Dobrego Mydła, Odżywczy mus do ciała Len i Konopie
Ministerstwo Dobrego Mydła, Odżywczy mus do ciała Len i Konopie

Otwarcie produktu spowodowało, że momentalnie przeniosłam się do lasu, gdzie zewsząd czuć aromat świeżego drzewa. Nie wiem jak najbardziej precyzyjnie określić to, co czuję... wiecie jak pachnie dopiero co ścięte, wilgotne drewno? Dokładnie taki sam aromat - absolutnie odurzający, intensywny - ulatnia się ze słoiczka. Od razu uprzedzam, że nie jest to zapach z rodzaju delikatnych, subtelnych i z pewnością nie wszystkim przypadnie do gustu, aczkolwiek miłośniczki mocnych, wibrujących, ziołowo-leśnych wonności, będą nim zachwycone. 

Słoiczek wykonany z ciemnego szkła, z białą etykietą wygląda wręcz minimalistycznie, surowo i według mnie, super komponuje się z filozofią marki. Nie ma tu krzykliwości, ferii barw, nic nie odwraca naszej uwagi od zawartości... bo ta zdecydowanie broni się sama.

Konsystencja to zbity, puszysty mus, który dość łatwo się nabiera i pod wpływem ciepła rozpuszcza się, tworząc coś w rodzaju olejku. Uwielbiam wcierać go tuż po kąpieli, gdy skóra jest rozgrzana i wilgotna, dzięki czemu serwuję jej aromatyczny, odżywczy masaż. Zazwyczaj aplikuję go jedynie na te partie ciała, które są przesuszone - u mnie zwyczajowo są to łydki, kolana i łokcie. Mus sprawia, że niemal natychmiast skóra odzyskuje miękkość i elastyczność, przestaje się łuszczyć i wygląda po prostu zdrowo. Nie używam go na całe ciało, gdyż po pierwsze - za szybko by się skończył, a po drugie - jest zbyt treściwy. Jak już napisałam wyżej, traktuję go jak odżywczy plasterek na szorstką i suchą skórę, więc jeśli lubicie taką pielęgnację, koniecznie skuście się to cudo :)

Ministerstwo Dobrego Mydła, Odżywczy mus do ciała Len i Konopie

Musy od Ministerstwa Dobrego Mydła dostępne są w dwóch wersjach: Len i Konopie oraz Szafran. Obydwa w tej samej cenie i pojemności. Chciałabym jeszcze wypróbować Szafranu i z pewnością się na niego skuszę. Na Instagramie dziewczyny obwieściły niedawno radosną nowinę, że pracują nad śliwkowym peelingiem do ciała, nie mogę się doczekać :). Cały asortyment możecie podejrzeć tutaj


Co sądzicie o musach MDM? Miałyście już przyjemność je poznać?



Guerlain, KissKiss Roselip - Balsam koloryzujący do ust R329 Crazy Bouquet

KissKiss Roselip to gwiazda jesiennej kolekcji Bloom of Rose Fall 2015. Guerlain stworzył balsam koloryzujący do ust, który łączy w sobie efekt kolorystyczny z walorami pielęgnacyjnymi - kusząco podkreśla usta, a dzięki wzbogaceniu olejkiem różanym, stają się miękkie i jedwabiście gładkie, niczym świeże płatki. 
Ostatnio na moich ustach gościły najczęściej maty, więc taki delikates jest miłą odmianą od wysuszających, intensywnych kolorystycznie formuł. Delikatna, niezwykle kobieca czerwień w odcieniu R329 Crazy Bouquet przywędrowała do mnie prosto z Wrocławia od cudownej Agnieszki:*. 

Guerlain, Kisskiss Roselip - Balsam koloryzujący do ust R329 Crazy Bouquet

KissKiss Roselip onieśmiela swoją elegancją. Odziany w wytworną, biało-złotą kreację, jest jak perła wśród innych pomadek. Sam balsam to połączenie olejku jojoba, ultradelikatnych olejków i ekstraktu z róży, które niczym odżywczy koktajl wygładzają usta, chronią oraz zapewniają maksymalny komfort noszenia, a zawartość kwasu hialuronowego nawilża usta i dodaje im objętości, podkreślając ich naturalne piękno.

Wśród jesiennej kolekcji znajdziecie 6 odcieni - od zupełnie neutralnego poprzez romantyczne róże, aż do kuszących czerwieni - zainspirowanych delikatnymi barwami pączków róż, dających naturalne, apetyczne wykończenie.

Guerlain, Kisskiss Roselip - Balsam koloryzujący do ust R329 Crazy Bouquet
Guerlain, Kisskiss Roselip - Balsam koloryzujący do ust R329 Crazy Bouquet
Guerlain, Kisskiss Roselip - Balsam koloryzujący do ust R329 Crazy Bouquet
Guerlain, Kisskiss Roselip - Balsam koloryzujący do ust R329 Crazy Bouquet

Balsam koloryzujący Guerlain to nie jest pomadka, która przetrwa na ustach od rana do wieczora. Ba! Prawdziwym wyzwaniem jest dla niej nawet kilka godzin, ale nie można jej odmówić dwóch rzeczy: uroku oraz walorów pielęgnacyjnych, a te zdecydowanie rekompensują kiepską trwałość. Z drugiej strony nikt nie obiecywał nam, że będzie niezniszczalna. W końcu to tylko balsam, który ma apetycznie podkreślić usta, zaakcentować je, a przy okazji pielęgnować. I tak jest. Już po nałożeniu czuć moc olejków, które otulają usta warstwą ochronną, odżywiają je i wyraźnie nawilżają nawet wtedy, gdy po kolorze nie ma już śladu. 
KissKiss Roselip może być świetną alternatywą dla dziewczyn, które lubią kolor na ustach, ale źle czują się w matowych lub kremowych formułach. Odcień Crazy Bouquet to bezdrobinkowa, ponętna, niezwykle kobieca czerwień, która błyszczy na ustach niczym lśniąca tafla. Intensywność można stopniować, w zależności od efektu, jaki chcemy osiągnąć i zawsze można to zrobić bez pomocy lusterka, dlatego jest to genialna opcja do szybkich poprawek w ciągu dnia.

Ja jestem nią oczarowana!

Guerlain, Kisskiss Roselip - Balsam koloryzujący do ust R329 Crazy Bouquet

Jak Wam się podoba? Lubicie takie delikatne formuły, czy wolicie coś mocniejszego?



Lniana maska do włosów, Sylveco

Lniana maska do włosów Sylveco ciekawiła mnie od kiedy pojawiła się w sprzedaży z dwóch powodów. Otóż chciałam się przekonać, jak na moich kosmykach sprawdzi się tak nietypowe połączenie: ekstrakt z nasion lnu, który wprost uwielbiają, z olejem kokosowym, który nigdy nie był ich ulubieńcem, a ponadto mam do marki zaufanie i z zainteresowaniem przyglądam się jej szybkiemu rozwojowi. Gustowne, minimalistyczne opakowania, dobre, proste składy i przystępność cenowa powodują, że Sylveco stanowi mocną konkurencję dla innych producentów kosmetyków naturalnych. 
Byłabym hipokrytką twierdząc, że składy są dla mnie najważniejsze i maniakalnie je czytam, eliminując tym samym wszystko, co zawiera chociażby najmniejszą ilość chemii, silikonów i tym podobnych. To nie to. Ja po prostu lubię testować nowości, a do kilku marek pałam szczególną sympatią :).

Lniana maska do włosów, Sylveco

Uroczy, plastikowy słoiczek skrywa w sobie 150ml maski o subtelnym, niemal niewyczuwalnym aromacie i konsystencji lekkiego musu, niezbyt gęstą, ale też nie przelewa się przez palce i nie spływa z włosów podczas aplikacji. Dodatkowo mamy kartonik, na którym umieszczone są wszystkie istotne informacje. Całość wygląda bardzo estetycznie i zdecydowanie zachęca do zakupu. 

Lniana maska Sylveco ( ok 25zł ) to produkt hipoalergiczny, przeznaczony do pielęgnacji włosów suchych, zniszczonych i łamliwych. Bogactwo składników odżywczych i nawilżających, pozwala szybko poprawić ich wygląd i kondycję. Olej kokosowy zwiększa nawilżenie końcówek, zapobiega także ich rozdwajaniu się, a związki śluzowe, zawarte w nasionach lnu, powlekają i chronią włosy, znakomicie je wygładzając.

Jak wiecie moje kosmyki nie są suche, aczkolwiek ogrzewanie i zmienne temperatury spowodowały ich osłabienie i gorszą kondycję, stały się kapryśne i łatwo się puszyły, dlatego skusił mnie bogaty, wiele obiecujący skład.


Skład: Woda, Ekstrakt z nasion lnu, Alkohol cetylowy, Olej kokosowy, Cukier, Gliceryna, Olej z pestek winogron, Kwas stearynowy, Panthenol, Glukozyd decylowy, Oleinian glicerolu, Kwas mlekowy, Guma guar, Witamina E, Benzoesan sodu, Betaina kokamidopropylowa


Lniana maska do włosów, Sylveco

Producent sugeruje dwa sposoby aplikacji: na umyte włosy na 2 minuty lub jako kompres regenerujący na pół godziny przed myciem.

Przetestowałam obydwa i to ten drugi sposób okazał się dla moich włosów lepszy. Jako 2-minutowa odżywka bardzo obciążała i powodowała nieestetyczną utratę objętości, włosy szybciej się przetłuszczały, wyglądały dosyć smętnie. 
Postanowiłam zatem spróbować drugiej możliwości i zaaplikowałam ją na lekko zwilżone włosy na pół godziny przed umyciem. Żeby spotęgować jej działanie założyłam foliowy czepek, podgrzałam włosy suszarką i owinęłam ręcznikiem. Następnie umyłam włosy, a na zakończenie nałożyłam niewielką ilość odżywki. I to było to! Już podczas spłukiwania maski z włosów, dało się wyczuć ich miękkość, a po wysuszeniu pięknie błyszczały, były elastyczne i sypkie, delikatnie pogrubione i uniesione u nasady. Zauważyłam też fajną puszystość... nie mylić z puchem :). Jak widać olej kokosowy nie jest tu bez przyczyny i producent miał swój cel umieszczając go w składzie.

Na jedną aplikację wystarczy niewielka ilość maski, dlatego pomimo stosunkowo niewielkiej pojemności, jest całkiem wydajna. Należy także pamiętać, by bardzo dokładnie wypłukać ją z włosów, gdyż jej bogaty, odżywczy skład może obciążyć i usztywnić włosy. 

Lniana maska do włosów, Sylveco
Lniana maska do włosów, Sylveco

Z całą pewnością lniana maska do włosów Sylveco to produkt, któremu warto dać szansę, więc jeśli natraficie na asortyment marki, zerknijcie w jej stronę łaskawym okiem. Myślę, że będziecie zadowolone :)

A jeśli już ją znacie, koniecznie podzielcie się swoją opinią.



Co kupić w Rossmannie? 4 tanie produkty marki własnej

Rossmann to prawdopodobnie najbardziej popularna drogeria w Polsce. Oprócz wielu znanych marek kosmetycznych, oferuje również szeroki wybór produktów marki własnej, wśród których znalazłam kilku ulubieńców stale goszczących w mojej kosmetyczce. Niestety nie wszystkie mam aktualnie na stanie, dlatego dziś przedstawię 4 produkty, do których wracam i które mogłabym Wam polecić. 

Co zatem kupić w Rossmannie?

Co kupić w Rossmannie? 4 tanie produkty marki własnej

Isana Med, Szampon z mocznikiem 5%

Wiecie już, że szampon to produkt  na którym oszczędzam, ale to zdaje się jeden z najtańszych, jakiego miałam okazję używać i co najciekawsze - jeden z ulubionych. Zazwyczaj kupuję go w promocji za niecałe 3zł! za butelkę o pojemności 200ml. Dzięki zawartości mocznika i prowitaminy B5 intensywnie pielęgnuje włosy, nawilża je i wzmacnia. Dla mnie szczególnie istotne jest, by szampon którego używam dobrze oczyszczał kosmyki, a przy tym nie podrażniał wrażliwej i skłonnej do przesuszenia skóry głowy. Isana Med gwarantuje mi i jedno i drugie. Ponadto świetnie radzi sobie z olejami. Bezpośrednio po umyciu włosy są nieco szorstkie, ale ja i tak zawsze aplikuję odżywkę, więc nie zwracam na to uwagi. Produkt nie zawiera silikonów, barwników i parabenów. 


Isana Hair, Suchy szampon do włosów

Standardowa cena tego szamponu to ok 10zł, ale - po raz kolejny - zawsze korzystam z promocji i kupuję go z niecałe 6zł za 200ml. Suchy szampon to produkt, który koniecznie muszę mieć w swoich zapasach, a po przetestowaniu większości dostępnych na rynku, najczęściej wracam do Isany. Próbowałam słynnych szamponów Batiste, w różnych wersjach i niespecjalnie mnie zachwyciły, a tu mam wszystko czego oczekuję od produktu tego typu. Na temat suchego szamponu Isana opublikowałam kiedyś post, w którym pokazywałam efekt przed i po, dlatego wszystkich chętnych odsyłam właśnie do niego. Nie będę po raz kolejny rozpisywała się na temat jego właściwości, po prostu - świetnie odświeża i unosi włosy, nie przesusza, dobrze wyczesany nie bieli, jest tani i łatwo dostępny, dla mnie w sam raz. 

Co kupić w Rossmannie? 4 tanie produkty marki własnej
Co kupić w Rossmannie? 4 tanie produkty marki własnej

Isana Med, Kostka myjąca pH 5,5

Znakomita do mycia twarzy i ciała, niezastąpiona do prania pędzli i beauty blendera. Nie zawiera mydła, barwników i środków konserwujących, Pantenol i Bisabolol nawilżają i odprężają, wartość pH 5,5 stabilizuje kwaśny odczyn skóry, przebadana dermatologicznie. Za kostkę zapłacicie ok 7zł. Nie wysusza skóry i nie powoduje żadnych podrażnień, a zdarzało mi się wykorzystać ją do mycia twarzy. Dobrze się pieni, pachnie neutralnie... w zasadzie zapach jest znikomy. Jeśli lubicie mydła w kostce, to koniecznie przetestujcie Isanę Med.


Aloulette, Ręczniki jednorazowe

Rzecz niby zbędna, ale w moim przypadku obowiązkowa. Dlaczego? Otóż wykorzystuję je do osuszania twarzy po umyciu. Odkąd przestałam używać w tym celu ręcznika, zauważyłam znaczną poprawę. Jeśli nie mam pod ręką Aloulette korzystam z papieru kuchennego, ale nie wycieram twarzy ręcznikiem wiszącym w łazience! Jeśli macie problemy z cerą, często pojawiają się na niej wypryski lub zmiany ropne, to powinniście zdecydowanie spróbować tej metody, która jest o wiele bardziej higieniczna i szybko przyniesie zauważalne efekty, wierzcie mi :)
Ręczniki jednorazowe Aloulette pakowane są po 30szt, a kosztują ok 5zł. Często jest na nie promocja sięgająca 50%, więc macie dwie paczki w cenie jednej. Dobrze chłoną wilgoć, nie rwą się, są miękkie, a przy tym odpowiednio grube. Niezastąpione w domu i w podróży, polecam.

Co kupić w Rossmannie? 4 tanie produkty marki własnej


Znacie produkty, które opisałam?