Instagram mix #10 / Luty'16

Zapraszam na lutowe migawki z Instagrama. Dziś 29 lutego, dzień po trosze wyjątkowy, bo kolejny taki dopiero za 4 lata :) Zapraszam.

Zaczniemy od samych przyjemnych rzeczy, a więc nowości
1. Cudowna niespodziewajka od Aguni, buziak Kochana :) 2. Nowe perełki do pielęgnacji twarzy marki Dermalogica 3. Zamówienie z Douglasa 4. Mięciutki, wełniany sweterek The Odder Side 5. Dwa kosmetyki marki Le'Maadr

6. Wizyta w Ikei = torba dodatków 7. Ale jest też to co najważniejsze - stół i krzesła 8. Powiew wiosny 9. Niedzielne wypieki, murzynek:) 

10. The Odder Side w akcji 11. 2 tysiące obserwatorów na Instagramie! 12. Był stres 13. Rekonwalescencja

14,15,16,17. Znakomita akcja wymyślona przez @ziarenkomaku i @homefocuss_sklep_redecor.pl, do której zostałam zaproszona, a polegała na dodawaniu zdjęć ilustrujących zdrowe nawyki. Jeśli ciekawe jesteście wszystkich zdjęć ( a warto ) to znajdziecie je pod hasztagiem #prostodozdrowia.

18. Śniadanko 19. Przepyszne tarty z owocami do popołudniowej kawki 20. Kolejna śniadaniowa inspiracja 21. Barszcz ukraiński

22. Kwiaty na niedzielę 23. Coffeelover 24. Aktualna poranna pielęgnacja twarzy 25. Chrupki z ciecierzycy



Posty, które pojawiły się na blogu w lutym:


Ulubieńcy - pielęgnacja
Guerlain, Lingerie de Peau / Podkład idealny!
Maski Nanodyskowe Yonelle - którą polubiłam najbardziej?
Ulubieńcy cz.2 - makijaż
Znajdź podkład idealny! Kilka rad i kilka błędów
Kosmetyki przeciwzmarszczkowe - prewencja czy niepotrzebny wydatek?



Jeśli masz ochotę podglądać mnie na bieżąco, serdecznie zapraszam na mój profil na Instagramie klik, gdzie ostatnio przebywam dosyć często.

A jak Wasz luty dziewczyny? Robiłyście dzisiaj coś wyjątkowego? Uczciłyście ten szczególny dzień?



Kwasy kosmetyczne, czyli złuszczamy się na wiosnę! - Konkurs z marką Le'Maadr

Wraz z nadchodzącą wiosną rośnie zapotrzebowanie na zabiegi z udziałem kwasów, które działają antybakteryjnie, a co za tym idzie - przeciwtrądzikowo, łagodząco i przeciwzaskórnikowo oraz w znacznym stopniu poprawiają koloryt cery. Właściwości kwasów kosmetycznych doceniane są szczególnie jesienią i na przedwiośniu, kiedy to poszarzała skóra zmęczona zmiennymi warunkami atmosferycznymi, mrozem, wiatrem i ogrzewaniem, wyjątkowo potrzebuje odświeżenia, a ponadto panują sprzyjające warunki atmosferyczne - temperatura nie przekracza piętnastu stopni Celsjusza, brak jest też silnego słońca, będącego przeciwwskazaniem do stosowania produktów z kwasami.

LeMaadr, peeling glikolowy i łagodząca woda micelarna


Zanim zdecydujemy się na wprowadzenie kwasów do naszej codziennej pielęgnacji warto pamiętać, że musimy tym samym zrezygnować z opalania się i ekspozycji złuszczanych partii ciała na działanie promieni słonecznych. 
Trzeba, nawet w chłodniejszych miesiącach, pamiętać o ochronie przeciwsłonecznej w formie wysokich filtrów SPF, które ochronią silnie uwrażliwioną i o wiele delikatniejszą skórę. Warto także pamiętać o delikatnych peelingach, które pomogą w pozbyciu się złuszczającego się naskórka dzięki czemu makijaż będzie lepiej trzymał się skóry. Dodatkowo, jeśli decydujemy się na zakup toniku lub kremu z kwasami, należy pamiętać o ich prawidłowym przechowywaniu. Kwasy lubią miejsca zacienione, chłodne – producenci często zalecają przechowywanie toników z kwasami w lodówce, oraz suche. Ponadto należy zachować wszelkie środki ostrożności. Kwasy mają działanie drażniące i stosowane nieumiejętnie i bez rozwagi mogą wyrządzić więcej szkody niż pożytku. Dlatego warto najpierw rozeznać się w tematyce kwasów, poczytać o nich i zasięgnąć języka u profesjonalistów z dziedziny kosmetyki. 



W zależności od tego, jak silnego złuszczenia potrzebuje nasza skóra, wyróżnia się eksfoliację kwasem glikolowym, migdałowym, kojowym, azelainowym, salicylowym, czy też pirogronowym. 

Należy jednak rozróżnić kwasy, jakich używa się w salonach kosmetycznych, od kwasów jakie można znaleźć w sklepie. U wykwalifikowanych kosmetyczek można liczyć na zabiegi silnie złuszczające, z użyciem kwasów chemicznych o wysokim stężeniu. Zabiegi takie są z reguły dość drogie i wymagają kilku wizyt w danym salonie kosmetycznym, jednak ich działanie jest prawie natychmiastowe a złuszczenie silne i widoczne, trwające przez co najmniej kilka dni. Są to tak zwane peelingi medyczne, które można stosować nie tylko na twarz, ale także na stopy, aby pozbyć się zrogowaciałego naskórka z pięt, czy też na dekolt i plecy. 

Le'Maadr, peeling glikolowy i łagodząca woda micelarna

Niestety nie każdy może sobie pozwolić na kosztowne zabiegi w specjalistycznych salonach, dlatego firmy kosmetyczne wyszły naprzeciw oczekiwaniom i potrzebom potencjalnych klientów i stworzyły produkty z dodatkiem kwasów do domowego użytku, o stężeniach bezpiecznych dla skóry.

Przykładem może być tu marka Le'Maadr i jej Peeling Glikolowy 12% zapobiegający i likwidujący objawy starzenia się skóry. Producent obiecuje redukcję powierzchniowych i głębokich zmarszczek, zmniejszenie przebarwień, złagodzenie objawów trądzikowych, zmniejszenie blizn potrądzikowych oraz obkurczenie porów. Bazą jest kwas glikolowy, czyli kwas otrzymywany z trzciny cukrowej, należący do rodziny kwasów rozpuszczalnych w wodzie ( tzw. kwasów hydroksylowymi czy, mniej formalnie, hydroksykwasami, w skrócie AHA ). 

Według informacji zwartych na opakowaniu preparat należy nakładać na suchą i czystą skórę, omijając okolice oczu. Przez pierwsze 2-3 dni cienką warstwę peelingu pozostawić na 5 minut, następnie stopniowo wydłużać czas aplikacji do 15 minut. Produkt zmywamy płynem micelarnym lub wodą. 
W czasie kuracji należy pamiętać o stosowaniu pod makijaż kremu z wysokim filtrem!
Najlepsze efekty uzyskuje się stosując produkt przez 2-3 tygodnie, złuszczenie skóry następuje po kilku dniach, a serię zabiegów można powtarzać 2-3 razy w roku. 

Ważne! Nie stosować przy aktywnym trądziku pospolitym, przy zmianach ropnych, rozszerzonych naczynkach, cerze alergicznej, w okresie ciąży!

Le'Maadr, peeling glikolowy i łagodząca woda micelarna

Mojej skórze taka kuracja jest niezwykle potrzebna, dlatego bardzo chętnie zgodziłam się przetestować powyższy zestaw - Le'Maadr A Glikolowy 12% Peeling oraz Le'Maadr A H2O24 Łagodzącą i nawilżającą wodę micelarną do demakijażu, który otrzymałam dzięki uprzejmości InfoPlus24.pl, firmy specjalizującej się dystrybucją kosmetyków aptecznych.


Swoje wrażenia z 3-tygodniowej kuracji z pewnością opiszę na blogu, natomiast już dziś mam dla jednej z moich Czytelniczek dokładnie taki sam zestaw, czyli peeling i wodę micelarną. Masz ochotę wypróbować ich właściwości i cieszyć się piękną cerą? 

Aby wziąć udział w konkursie należy:

1. Być publicznym obserwatorem mojego bloga - warunek konieczny
2. Polubić profil InfoPlus24.pl na FB klik
3. Odpowiedzieć na pytanie konkursowe: W jaki sposób przygotowujesz swoją skórę do wiosennej odsłony? 
4. Dodatkowo - udostępnić informację o konkursie na swoim blogu lub w mediach społecznościowych i/lub polubić mój profil na Instagramie klik. Opcje dodatkowe zwiększą Twoją szansę na wygraną :)
5. Zgłosić chęć udziału w komentarzu pod postem według wzoru:

- obserwuję jako:
- lubię na FB jako (nick)
- lubię na Instagramie: NIE/TAK (nick)
- udostępniłam informację o konkursie: NIE/TAK (link)
- odpowiedź na pytanie:
- e-mail:

Konkurs trwa od 26.02 - 15.03.2016 do północy. Wyniki opublikuję w tym poście w ciągu 3 dni.

Informacje dodatkowe:
1. W konkursie mogą wziąć udział osoby pełnoletnie
2. Konkurs jest otwarty dla osób  mieszkających na terenie Polski.
3. Wszelkie próby oszustwa wiążą się z dyskwalifikacją.
4. Zabawa nie podlega przepisom Ustawy z dnia 29 lipca 1992 r. o grach hazardowych (Dz. U. z 2009 r., Nr 201, poz. 1540).


Czekam na Wasze zgłoszenia, a także jestem bardzo ciekawa Waszej przed-wiosennej pielęgnacji. Dajcie znać czy macie doświadczenie z kwasami i jak się u Was sprawdziły.
Powodzenia!

KONKURS ZAKOŃCZONY!

Dziękuję za wszystkie zgłoszenia, chętnie obdarowałabym Was wszystkie, niestety nagroda jest tylko jedna. Osobą, która będzie miała okazję przetestować zestaw kosmetyków Le'Maadr jest Avida Dollars. Gratuluję Kochana :)



Kosmetyki przeciwzmarszczkowe - prewencja czy niepotrzebny wydatek?

We współczesnym świecie, w którym zarówno telewizja, jak i Internet promują obraz piękna nieskazitelnego, pozbawionego siwych włosów, ziemistej cery oraz innych niedoskonałości ciała i twarzy, coraz mniejsze przyzwolenie mają naturalne procesy, jakie dotykają każdego z nas. Jedną z niechcianych i niepożądanych oznak nadchodzącej starości są zmarszczki będące nieodłącznym komponentem przemijającej młodości. Firmy kosmetyczne i farmaceutyczne prześcigają się w promowaniu i namawianiu konsumentów do zakupu, często drogich, kosmetyków przeciwzmarszczkowych, które mają pomóc w zatrzymaniu czasu.

Czy wydając fortunę jesteśmy w stanie dłużej pozostać młodymi, podczas gdy nasza metryka nie stanie w miejscu? 

Kosmetyki przeciwzmarszczkowe - prewencja czy niepotrzebny wydatek?

Trudno orzec, czy kosmetyki przeciwzmarszczkowe, zarówno dla kobiet jak i dla mężczyzn, rzeczywiście działają. Nie da się bowiem sprawdzić, co by było, gdyby pomarszczona staruszka zaczęła używać kremu tej czy innej marki cztery dekady wcześniej. 
Podobnie rzecz ma się z osobami, które kosmetyków tego rodzaju używają z namaszczeniem od wielu lat. Czy faktycznie mają one mniej zmarszczek niż miałyby, gdyby w czasach młodości oddały się jedynie w ręce natury i upływającego czasu? 

Jak się okazuje, zwolenników kremów przeciwzmarszczkowych zdecydowanie ubywa. Coraz częściej można usłyszeć opinie na temat faktycznej szkodliwości kremów przeciwzmarszczkowych. Osoby, które podzielają takie opinie posiłkują się zwykle argumentem rozleniwienia skóry. Uważa się, że bombardując cerę silnymi składnikami odżywczymi i przeciwzmarszczkowymi sprawiamy, że nasza skóra przestaje sama produkować substancje odpowiedzialne za jej zdrowy wygląd, gdyż odczuwa przesyt poprzez dostarczanie ich z zewnątrz. Otrzymując wystarczająco dużo substancji odżywczych, skóra stanie się leniwa i obniży swoje standardy. Dopóki krem będzie w użyciu, wszystko będzie w porządku. Jeśli natomiast odstawimy specyfik może się okazać, że skóra zwiotczeje, straci na witalności i okaże się, że grawitacja działa także i na nas. Dodatkowo, niektórzy powątpiewają w faktyczne działanie kosmetyków, których zadaniem jest opóźnianie pojawienia się pierwszych oznak starzenia. Dlaczego bowiem osoby kupujące jedne z najdroższych kosmetyków starzeją się jak każdy inny? 

Z drugiej strony podawane są przykłady tych, którzy przez całe życie używali jedynie kremów nawilżających za parę złotych, a po kilkudziesięciu latach wyglądają jakby to właśnie dla nich czas się zatrzymał? W takich przypadkach do dyskusji wkraczają geny, które są silniejsze niż jakikolwiek krem lub jego brak. 

Argumentem koncernów farmaceutycznych jest natomiast słynne polskie przysłowie, które ostrzega, iż lepiej zapobiegać niż leczyć. Nigdy bowiem nie wiadomo, czy szczęśliwymi posiadaczami genów wiecznej młodości jesteśmy właśnie my a nie osoba stojąca obok. Można pomyśleć, że wydając fortunę na kosmetyki anti-age nie ryzykujemy nic poza bankructwem. Nie ma jednak na świecie osoby, która w wieku średnim cieszyłaby się naturalną urodą nastolatka. Upływającego czasu nie jest bowiem w stanie zatrzymać nawet najdroższy specyfik.


W tym roku skończę 36 lat. Otwarcie przyznaję, że używam kosmetyków przeciwzmarszczkowych i nie widzę żadnych przeciwwskazań, by to robić. Każda z nas najlepiej zna potrzeby swojej skóry i wie, który moment jest najbardziej odpowiedni, by takowe kosmetyki wprowadzić do swojej pielęgnacji. Nie zastanawiam się na ile one pomagają, po prostu chcę ich używać. Może i nie mam zmarszczek, ale jędrność już nie ta, moja skóra potrzebuje małej asekuracji i nie uważam, by było to za wcześnie.Chciałabym także obalić pewien stereotyp jakoby skóra, której dostarczamy silnie odżywcze lub przeciwzmarszczkowe substancje, rozleniwiała się... i tak wchłonie tylko to, czego potrzebuje. Prewencyjne stosowanie kosmetyków przeciwzmarszczkowych daje mi pewnego rodzaju komfort psychiczny - nie chcę za kilkanaście lat zastanawiać się co by było gdyby.



Dziewczyny, co sądzicie na ten temat? Włączyłyście już do swojej pielęgnacji kosmetyki przeciwzmarszczkowe? Uważacie je za prewencję, czy niepotrzebny wydatek? 



Znajdź podkład idealny! Kilka rad i kilka błędów

Podkład bez efektu maski? To możliwe! Idealny podkład zlewa się ze skórą, jest niewidoczny i niemal niewyczuwalny.

Trzeba jednak pamiętać, że każda z nas jest inna i nie ma uniwersalnego kosmetyku, który będzie pasował wszystkim. Dlatego aby znaleźć swój podkład idealny należy dokładnie przyjrzeć się swojej skórze, ocenić jej typ oraz ton, a także określić swoje oczekiwania. Głównym zadaniem podkładu nie jest tuszowanie niedoskonałości, lecz wyrównanie kolorytu cery, zmatowienie jej lub rozświetlenie.

Niby wszystkie wiemy jak należy się malować, ale czy mimo to nie zaliczyłyśmy choć jednej wpadki? Źle dobrany odcień lub formuła to nagminny problem, dlatego dziś spróbujemy wspólnie rozwikłać zagadkę idealnego podkładu. Specjalistyczne magazyny oraz blogi urodowe wypchane są po brzegi radami dotyczącymi dobierania podkładu (rozprawimy się z nimi dzisiaj;D), ale tak naprawdę są to jedynie pewne wytyczne, ostateczny wybór należy do nas. Spróbuję pokrótce odnieść się do każdej rady, dorzucić coś od siebie oraz powspominać kilka wtop. Umówmy się, że ja opowiem o swoich błędach, a Wy w komentarzach "pochwalicie się" swoimi, ok?



Oceń typ swojej cery


Na początek określ typ swojej cery, ponieważ na tej podstawie będziesz dobierać odpowiedni kosmetyk. Skóra sucha z pewnością nie polubi mocno matującego podkładu, w takim przypadku celowałabym w formuły nawilżające i rozświetlające. Jeśli Twoim problemem jest nadmierne błyszczenie się skóry, nie obciążaj jej dodatkowo ciężkim, mocno kryjącym i ekstremalnie matującym podkładem. Lepszym rozwiązaniem będą lekkie, beztłuszczowe lub mineralne kosmetyki, które w razie potrzeby można wspomóc odrobiną korektora lub kamuflażu.
Pamiętaj też o tym, żeby używać odpowiednich kosmetyków pod podkład: kremu oraz bazy. Zarówno krem jak i baza muszą współgrać z podkładem. W innym przypadku – jeśli na przykład użyjemy matującego kremu oraz mocno matującego podkładu - osiągniemy efekt ściągnięcia i uwydatnienia wszystkich suchych skórek. Idąc tym tropem, jeśli nałożymy zbyt odżywczy krem oraz ciężki podkład, skóra z całą pewnością będzie wyglądać nieestetycznie.

Sama do niedawna myślałam, że tylko mocno kryjący podkład jest dla mnie jedynym, słusznym wyborem i tylko on pomoże mojej niedoskonałej cerze. Jak błędne było to myślenie przekonałam się już po pierwszych próbach z podkładem mineralnym Annabelle Minerals, który pomimo swojej lekkiej formuły sprawiał, że skóra prezentowała się nader wyśmienicie. Osobiście nie lubię mocno kryjących podkładów, zawsze szukam lżejszej alternatywy, gdyż moja cera pod taką skorupą męczy się, a ja mam wrażenie, że za moment się udusi. 


Określ ton swojej skóry


Tony mogą być ciepłe – o odcieniu żółtym, zimne – idące w odcień różowy lub neutralne – będące mieszanką odcienia żółtego i różowego. Aby określić ton własnej skóry wykonaj prosty test. Wybierz 2 lub 3 odcienie ciepłe i zimne. Przeciągnij każdy z nich na swoim nadgarstku i obserwuj jak się zachowują. Porównaj wszystkie odcienie ze sobą. Jeśli nie jesteś pewna, który bardziej stapia się ze skórą, możesz bardziej je rozetrzeć. Gdy wciąż nie ma pewności, a każdy z kolorów wydaje się zbyt jaskrawy, najprawdopodobniej jesteś typem neutralnym. Nadal masz wątpliwości? Pomóc może test biżuterii... przyłóż ją do twarzy. Jeżeli lepiej czujesz się i wyglądasz w srebrze, najprawdopodobniej jesteś typem zimnym, natomiast złoto pięknie podbija ciepłe tony Twojej skóry. Znany jest też sposób z żółtą i różową kartką, które przykładamy do twarzy w świetle dziennym.
To wszystko brzmi bardzo mądrze, nieprawdaż? Skoro wiem, że jestem typem ciepłym, to czemu kilka razy zdarzyło mi się skończyć jak - nie umniejszając - prosiaczek? 


Testuj, testuj, testuj


Gdy znasz już typ oraz ton swojej cery, możesz zabrać się za najbardziej żmudną część, czyli testowanie. Jak trudne to może być wiedzą niemal wszystkie kobiety, które wykonują makijaż. Od czego więc zacząć? Na początek radzę uzbroić się w cierpliwość :D
Podkład zawsze dobieramy do koloru naszego ciała, dlatego właściwy test musi odbywać się na twarzy. Jak najprościej to zrobić? Nabierz 2 lub 3 odcienie na palce i zaczynając od linii powyżej żuchwy przeciągnij je aż po dekolt. Idealny kolor to ten, który najlepiej wtopi się w skórę i będzie z nią współgrał kolorystycznie. Jeśli jest taka możliwość najlepiej testować podkład przez cały dzień i obserwować w świetle dziennym jak się zachowuje, gdyż nawet te najlepsze lubią na twarzy ciemnieć. Najszybciej dzieje się to na cerach tłustych i mieszanych, aczkolwiek suche mogą wykazywać podobną tendencję.
Wahasz się pomiędzy dwoma odcieniami? ZAWSZE wybieraj ten jaśniejszy. Spokojnie możesz go przyciemnić bronzerem lub pudrem, a nie chcesz przecież, by Twoja twarz i szyja żyły osobnym życiem :). To zawsze wygląda źle. Znamy to prawda dziewczyny?
Na szczęście wiele perfumerii umożliwia nam przetestowanie podkładu na miejscu, skorzystanie z rad makijażystki lub wzięcie kilku próbek w celu sprawdzenia, czy dany odcień będzie nam pasował. Warto z takiej możliwości skorzystać, by w spokoju i w odpowiednim świetle dokonać wyboru. 


Dlaczego podkład wygląda źle?


Istnieje kilka powodów, dla których podkład źle wygląda na skórze. Po pierwsze może być nieodpowiednio dobrany do typu cery – ciężki podkład uwydatni niedoskonałości cery tłustej, a matujący skóry suchej. Kolejnym powodem może być kosmetyk użyty pod podkładem. Zdarza się, że dany krem lub baza nie będzie współgrać z podkładem i spowoduje, że podkład zważy się lub spłynie z twarzy. Osobiście największy kłopot sprawiło mi dobranie idealnego kremu dla podkładu mineralnego. Pielęgnacja, której wówczas używałam powodowała zbijanie się podkładu na skórze, tworzył się nieestetyczny efekt ciastka. Działałam metodą prób i błędów. Najlepszy okazał się wówczas Active sebum control gel, Phenome, co znacznie ułatwiło późniejsze poszukiwania. Wiem już np. że mój idealny krem pod makijaż musi być lekki, delikatnie matujący i nawilżający, bo tylko taki utrzyma moje sebum pod kontrolą.
Innym powodem nieestetycznego wyglądu podkładu na twarzy może być nieodpowiednia aplikacja. Nałożenie zbyt dużej lub zbyt małej ilości kosmetyku, a także użycie nieodpowiednich narzędzi, w zależności od konsystencji. U mnie ostatnio najlepiej sprawdza się gąbeczka BB, ale ta Real Techniques też dawała radę, więc jeśli chciałybyście spróbować tej metody, to proponuję zacząć od tańszej opcji :). 


Znalezienie idealnego podkładu może zabrać trochę czasu, jednak jest to proces wart zachodu. Podkład to podstawa w makijażu, a idealnie dobrany do typu cery będzie doskonałą bazą dla dalszych działań. Dzięki niemu efekt końcowy w makijażu może przejść Twoje najśmielsze oczekiwania. Dlatego nie zrażaj się nieuniknionymi pomyłkami: szukaj, testuj oraz próbuj różnych kombinacji aby znaleźć tą najlepszą dla siebie!



Podzielisz się swoją historią... jak dobierasz podkład dla siebie? Czym się kierujesz? Jakie błędy popełniłaś? Być może Twoje rady będą dla kogoś na wagę złota:)



Guerlain, Lingerie De Peau / Podkład idealny!

Moja cera nie należy do idealnych. Pomimo że największy atak trądziku, spowodowany odstawieniem antykoncepcji hormonalnej mam już za sobą, to do tej pory borykam się z licznymi przebarwieniami, które po sobie zostawił. Żeby nie było zbyt łatwo dorzucę do tego kilka niespodzianek wyskakujących regularnie co miesiąc, rozszerzone pory, pierwsze zmarszczki oraz szalejące sebum i macie wgląd na problem, z którego zatuszowaniem walczę każdego ranka. 
Każda z nas marzy o pięknej, nieskazitelnej skórze, takiej która promienieje naturalnym blaskiem, bez żadnych niedoskonałości. Niestety nie każda z nas mogła dostąpić tego zaszczytu i w mniejszym lub większym stopniu musi o nią zawalczyć. Nie ustajemy w poszukiwaniach podkładu idealnego, podkładu który zatuszuje, ale nie zrobi maski, zmatuje, ale nie obciąży, nie podkreśli niechcianych mankamentów, a przy tym będzie wyglądał naturalnie. 
I ja taki podkład znalazłam! Mój ideał to Lingerie de Peau marki Guerlain!

Guerlain, Lingerie De Peau

Producent opisuje Lingerie de Peau jako podkład niezauważalny, idealnie łączący się ze skórą, sprawiając że cera jest wysublimowana i naturalna. Ma on być jak druga skóra - niewidoczny i tak lekki, że zapomnę, że mam go na sobie. Ma podkreślić kontur twarzy i zakryć niedoskonałości, powlec skórę blaskiem sprawiając, że stanie się promienna i miękka jak jedwab. 

No cóż, przyznam, że złapałam się na te obietnice, jak na haczyk. Czy żałuję? Nic, a nic... nie sądziłam, że znajdę podkład, który może pretendować do miana ideału. W ciągu kilku tygodni codziennego użytkowania znalazłam kilka wad, ale przy tylu walorach zdają się być zwykłym czepialstwem :)

Guerlain, Lingerie De Peau

Odcień, na który się zdecydowałam to 02 Beige Clair. Jest to bardzo naturalny kolor z żółtymi tonami. Niestety, dla dziewczyn o porcelanowej cerze będzie zbyt ciemny pomimo, iż jest to najjaśniejszy z gamy. Ciekawe jest to, że ponoć Rose Clair z numerkiem 12 jest pół tonu jaśniejszy, a przy tym nie ma nic wspólnego z rose, jak sugerowałaby nazwa. Dlatego gdybyście zdecydowały się na przetestowanie podkładu, radziłabym celować w te dwa odcienie. 

Kolejna kwestia warta poruszenia to sposób aplikacji. Lingerie jest dość rzadkim podkładem, więc w jego przypadku najlepiej sprawdzi się gąbka lub w ostateczności pędzel. Osobiście nakładam go jajeczkiem BB i efekt jaki uzyskuję za każdym razem jest perfekcyjny. Podkład idealnie stapia się ze skórą, nie robi maski, jest leciutki, a przy tym skuteczny. Nie sądziłam, że będzie tak rewelacyjnie krył moje przebarwienia, strupki, czy krostki. Pięknie wyrównuje koloryt, cera prezentuje się wręcz nieskazitelnie i to już przy jednej, cienkiej warstwie. Oczywiście stopień krycia można intensyfikować, aczkolwiek nie sądzę, by było to konieczne. 

Jeśli chodzi o trwałość, to na mojej przetłuszczającej się skórze wytrzymuje ok 7 godzin bez konieczności poprawek. Wraz z upływem czasu nie ściera się i nie spływa. Skóra nabiera zdrowego błysku, wygląda promiennie i zdrowo... taki naturalny glow. Pięknie odbija światło i otula skórę niczym jedwab - subtelnie i dyskretnie. Wystarczy odrobina, by twarz zyskała niewymuszony urok, a ja komfort psychiczny :). Lingerie nie utlenia się, nie podkreśla suchych skórek, ani zmarszczek, nie wchodzi w załamania, mam nawet wrażenie, że ujednolica strukturę skóry i czyni ją aksamitnie gładką.

Pomijając już kwestie działania i efekty, bo mogłabym rozpływać się nad nim bez końca, wspomnę jeszcze o przepięknym kwiatowym aromacie, w którym róża, malina i jaśmin łączą się z pudrową, balsamiczną głębią żywicy i białego piżma. Opakowanie to szklana, elegancka buteleczka o pojemności 30ml. 

Guerlain, Lingerie De Peau

Guerlain, Lingerie De Peau

Podkład Lingerie de Peau bez problemu kupicie w każdej, większej perfumerii typu Sephora, czy Douglas. Koszt na jaki musicie się przygotować to 239zł w cenie regularnej. Oczywiście polecam liczne akcje rabatowe... sama z takiej skorzystałam, dzięki czemu zapłaciłam 30% mniej. 


Co o nim sądzicie?



Maski nanodyskowe Yonelle - którą polubiłam najbardziej?

Maski nanodyskowe to najmłodszy wynalazek Yonelle. Sądząc po coraz większej popularności polskiej marki, śmiem przypuszczać, że z pewnością nie ostatni. 
Yonelle nie spoczywa na laurach, dokładając wszelkich starań, by zadowolić swoje klientki. Asortyment marki skierowany jest do kobiet dojrzałych 40+ i jest bardzo zróżnicowany. Znajdziemy w nim zarówno kremy, sera, jak i maski, których zadaniem jest natychmiastowa i spektakularna poprawa stanu cery. Nie inaczej jest z maskami nanodyskowymi stworzonymi w celu expresowego polepszenia wyglądu skóry dojrzałej, zmęczonej, pozbawionej świeżości i zdrowego kolorytu. 

Maski nanodyskowe Yonelle

Pomimo iż do grupy docelowej brakuje mi kilka lat, nic nie stoi na przeszkodzie, by od czasu do czasu zafundować skórze dodatkowy zastrzyk energii i podarować jej odrobinę luksusu. Maski mają to do siebie, że są silnie skoncentrowane, a ich działanie widać niemalże od razu po ich zastosowaniu. Uwielbiam maseczki i nakładam je bardzo często. Moim zdaniem są fantastycznym uzupełnieniem pielęgnacji i nie należy o nich zapominać.

Maski nanodyskowe Yonelle mogą być stosowane okazjonalnie lub z intensywniejszym efektem co dwa, trzy dni. Zarówno w jednym, jak i w drugim przypadku ich działanie jest błyskawiczne. Wszystko za sprawą nanodysków, czyli nowatorskich nośników w postaci płaskich krążków mniejszych niż przestrzenie międzykomórkowe, które w ciągu kilku minut wprowadzają w głąb skóry cenne substancje aktywne działające przeciwko objawom starzenia się skóry. Brzmi nieźle, prawda? Sama byłam ciekawa, jak sprawdzą się na mojej tłustej skórze. Miałam przyjemność używać wszystkich trzech i po kilku tygodniach udało mi się dokładnie je poznać oraz wytypować ulubienicę :)

Maski nanodyskowe Yonelle

Wszystkie maski opisywałam wstępnie tutaj , nie będę więc po raz drugi wdawać się w szczegóły. Dziś chciałabym się skupić na wrażeniu, jakie na mnie zrobiły, poznacie też tę, która stała się moją ulubienicą.

Magic Compress

Maska - czarodziejka, która jest niezastąpiona przed wielkim wyjściem, gdy zależy nam na perfekcyjnym wyglądzie. Działa niczym różdżka, która natychmiastowo i perfekcyjnie matuje, wygładza, rozjaśnia koloryt i zmniejsza widoczność porów. Stosuję ją jako SOS. W mig poprawia strukturę mojej skóry, której nie obce są rozszerzone pory i nadmierny błysk. Dzięki zawartości glinki koloidalnej w mig oczyszcza, matuje i wygładza, drobne zmarszczki znikają, nierówności zostają wyprasowane, a skóra nabiera świeżości. Sprawia, że podkład wygląda wręcz nieskazitelnie. 

Amazing Smooth

Intensywnie działająca maska na noc, która doskonale sprawdzi się na cerach suchych i słabo nawilżonych oraz tych, które wyjątkowo dotkliwie odczuwają aktualnie panujące wahania temperatury spowodowane sezonem grzewczym. Maska przynosi ukojenie, objawy suchości ustępują. Po całonocnym seansie skóra jest gładka i miękka, aczkolwiek nie dostrzegłam jakichś spektakularnych efektów. Być może lepiej sprawdzi się u typowych sucharków, które potrzebują mocnego nasycenia substancjami aktywnymi. Lubię natomiast stosować ją na dłonie, gdzie widać jej moc. 

Youthful Glow

Wygląda dość niepozornie, ale niech nie zwiedzie Was ta przeźroczysta konsystencja z uroczymi, różowymi kuleczkami. Ta żelowa maska to spektakularne odświeżenie wyglądu skóry zmęczonej. Maska łączy działanie efektywnego peelingu enzymatycznego na bazie papainy z nawilżaniem infuzyjnym anti-aging. Błyskawicznie złuszcza stary naskórek i stymuluje powstawanie nowych komórek. Prawdę mówiąc byłam zdumiona jej mocą. Wystarczyło pół godziny poprzedzone przyjemnym masażem, by skóra odzyskała odpowiedni stopień nawilżenia, zdrowy koloryt i rewelacyjną gładkość. Nie mogłam wyjść z podziwu, jak działa ta delikatnie wyglądająca maska. Całość uzupełnia niezwykle przyjemny aromat, który odpręża i relaksuje. Tak, Moje Drogie, to jest właśnie moja ulubienica! Jest moc! :)

Maski nanodyskowe Yonelle
Maski nanodyskowe Yonelle

Maski nanodyskowe Yonelle dostępne są w dwóch pojemnościach 35ml i 6ml. Mniejsze saszetki są fajną opcją na przetestowanie każdej z nich i dobraniu odpowiedniej dla siebie. Koszt standardowej pojemności to odpowiednio 99zł, 89zł i 79zł. 
Wszystkie maseczki możecie kupić na stronie marki Yonelle klik lub w perfumeriach Douglas, zarówno stacjonarnie, jak i online. 


Jak myślicie, która najlepiej sprawdziłaby się na Waszej skórze? A może znacie już te maseczki i chciałybyście podzielić się swoimi wrażeniami? 



Ulubieńcy cz.2 - makijaż / Bourjois, MAC, Essence, L'oreal, Inglot, Guerlain, Urban Decay

Grupkę ulubieńców, którzy pielęgnują moje ciało mogłyście podejrzeć w poprzednim poście, a dziś, zgodnie z obietnicą, przychodzę do Was z kosmetykami, które w ostatnich tygodniach ozdabiały me lico. 
Tak się złożyło, że na przełomie grudnia i stycznia miałam okazję być na kilku sporych imprezach. Gromadka, którą za chwilę przedstawię, towarzyszyła mi w zasadzie na większości z nich... w różnych konfiguracjach oczywiście, ale z reguły żonglowałam tymi samymi kosmetykami. Musicie wiedzieć, że mój makijaż nie jest zbyt rozbudowany, z reguły stawiam na podstawy, dlatego cieszę się, że udało mi się stworzyć spójną kosmetyczkę, która sprawdza się zarówno w makijażu dziennym, jak i wieczorowym. Ale dość gadania, przejdźmy do meritum:)


Ulubieńcy cz.2 - makijaż / Bourjois, MAC, Essence, L'oreal, Inglot, Guerlain, Urban Decay

W tym miejscu pasowałoby zadać pytanie co dziś na tapecie? Otóż zarówno dziś, jak i wczoraj, przedwczoraj i miesiąc wstecz, królował na niej podkład Guerlain, Lingerie De Peau, który trafił do mnie wprost z poświątecznych wyprzedaży perfumerii Sephora. Odcień 02, bo taki posiadam, to piękny beżyk z żółtymi tonami, czyli wręcz idealny. Ten zakup cieszy mnie tym bardziej, że poczyniony w ciemno, oparty wyłącznie o recenzje znalezione w sieci. Zarówno kolor, jak i sam podkład odpowiada mi w 100%. Twarz pokryta tym cackiem wygląda jak z photoshopa, nie robi maski, kryje w odpowiednim stopniu, nie jest ciężki, nie wchodzi w pory i nie podkreśla zmarszczek. Zaaplikowany gąbką BB stapia się ze skórą i wygląda bardzo naturalnie. Niedługo opublikuję na jego temat oddzielny post, ze słoczami i dokładnymi zdjęciami, więc będziecie mogły go sobie obejrzeć w pełnej okazałości.

Podkład Guerlain, Lingerie De Peau

Oczy. Malowanie oczu nie jest moją najmocniejszą stroną, skupiam się raczej na precyzyjnym podkreśleniu brwi i makijażu ust, dlatego do makijażu oczu sięgam po bazę, bez której każdy cień spływa z mojej opadającej, tłustej powieki w godzinę, tusz do rzęs oraz paletkę cieni marki Inglot, którą sama sobie skomponowałam. Starałam się wybrać takie kolory i wykończenia, które są na tyle uniwersalne, bym mogła wykonać z jej pomocą makijaż na każdą okazję. Mam i maty, i satyny, a i odrobina błyskotek się znajdzie. Dajcie znać, czy chciałybyście zobaczyć szczegółową prezentację wszystkich cieni.
Baza, której aktualnie używam to kosmetyk, którego chyba nie muszę przedstawiać, a jest nią popularna baza Urban Decay, Original. Kupiłam ją razem z podkładem i na chwilę obecną, jest to najlepszy utrwalacz, jaki miałam. Gładko rozprowadza się na powiece, pięknie trzyma cienie, które z łatwością dają się aplikować i blendować, podbija ich kolor, trzyma w ryzach moją tłustą powiekę. Jestem z niej bardzo zadowolona. 
Tusz, którym podkreślam rzęsy, to tusz pogrubiający marki Kobo, który otrzymałam na październikowej konferencji Meet Beauty. Jeśli tak, jak ja nie lubicie zbyt mocnego, smolistego i obciążającego kosmetyku, to powinnyście zerknąć w jego kierunku. Nie wiem tylko na ile informacja o edycji limitowanej jest aktualna, bo jeśli faktycznie nią była, to po tuszu nie ma już pewnie śladu. A szkoda, bo to naprawdę fajny kosmetyk, który nie podrażnia, nie obciąża, pięknie rozczesuje rzęsy, a silikonowa niewielka szczoteczka nabiera odpowiednią ilość. Efekt można oczywiście stopniować, ale bez obaw - owadzich nóżek nie będzie, pandy też nie ;)

cienie Inglot, baza Urban Decay, tusz do rzęs KOBO
cienie Inglot, baza Urban Decay, tusz do rzęs KOBO

Brwi od kilku miesięcy podkreślam tymi samymi kosmetykami, a są to konturówka w żelu Inglot oraz transparentny żel, którym przeczesuję włoski w celu utrwalenia kształtu i koloru L'oreal. Obydwa godne polecenia. Moja farbka oznaczona numerkiem 12 to chłodny brąz wpadający w szarość. Co prawda w słoiczku wygląda na dosyć jasny i ciepły, ale już pierwszy makijaż ukazał jego rzeczywisty odcień. Moim zdaniem dużo zależy od Waszego naturalnego koloru brwi i od efektu, jakiego szukacie. Najlepiej jest popatrzeć na nie z bliska, pomacać kolorki, pozwolić się pomalować przez profesjonalistkę, która pomoże wybrać najodpowiedniejszy. W każdym bądź razie jest to kosmetyk wart polecenia, bardzo lubię z nim pracować, bo daje fantastyczny rezultat przy minimalnym wysiłku z mojej strony i trzyma się calutki dzień. 
Żel L'oreal z kolei to zupełnie bezbarwny kosmetyk, kończący makijaż brwi utrwalając go i delikatnie nabłyszczając.

konturówka w żelu Inglot, żel do brwi Loreal

Na koniec zostawiłam coś, co tygryski lubią najbardziej, czyli usta i w tej dziedzinie w czołówce są trzy kosmetyki - matowa i piekielnie trwała pomadka Bourjois, Rouge Edition Velvet 05 Ole Flamingo!, która znakomicie sprawdza się na wszelakie imprezy, piękny kolor na co dzień MACCoral Bliss oraz konturówka Essence, Cute Pink, która najczęściej wypełniała moje usta w całości. Dwie pierwsze już Wam pokazywałam z bliska, wystarczy kliknąć, a nad tymi niepozornymi kredkami Essence rozpływałam się i na blogu i na Instagramie. Ważna uwaga! Jeśli chciałybyście przetestować te taniutkie konturówki, koniecznie szukajcie tych ze srebrnymi skuwkami... kolorowe to nowsza, (nie)ulepszona wersja:( 

Mac Coral bliss, Bourjois Ole Flamingo!, Essence Cute Pink

Znacie moich ulubieńców? Podzielicie się swoimi?

Pozdrawiam:)



Ulubieńcy - pielęgnacja / Insight, Sylveco, Mixa, Organique, Yonelle, Ministerstwo Dobrego Mydła

Zerknęłam do archiwum bloga i dowiedziałam się, o zgrozo!, że ostatni post z ulubieńcami pojawił się latem ubiegłego roku. Prawdę mówiąc, ciężko mi nawet określić ramy czasowe, w których mogłabym zamknąć bohaterów dzisiejszego wpisu. Przez te kilka miesięcy zdążyłam przetestować mnóstwo nowych produktów, kilka na stałe zagościło w mojej pielęgnacji i makijażu, dlatego pomyślałam, że pokażę Wam które z nich zapracowały sobie na miano ulubieńców. Żeby jednak nie powstał post tasiemiec, podzieliłam tę gromadkę. Dziś opiszę ulubieńców w temacie pielęgnacji, natomiast kolejny post będzie o kosmetykach kolorowych. Na końcu posta skreślę parę słów o produktach, po których  nie zostały nawet puste opakowania, a o których powinnam wspomnieć w kontekście ulubieńców. Zapraszam:)

Ulubieńcy - pielęgnacja / Insight, Sylveco, Mixa, Organique, Yonelle, Ministerstwo Dobrego Mydła

Sylveco, Tymiankowy żel do mycia twarzy
Hypoalergiczny, oczyszczający żel do mycia twarzy wzbogacony w kwas jabłkowy o działaniu wygładzającym i rozjaśniającym, delikatny środek myjący, który doskonale myje nie podrażniając skóry oraz olejek i ekstrakt z tymianku, które posiadają właściwości przeciwzapalne i kojące. Żel Sylveco świetnie usuwa wszelkie zanieczyszczenia i nadmiar sebum, delikatnie złuszcza martwy naskórek, redukuje zaczerwienienia i miejscowe stany zapalne.  Nie wysusza skóry, aczkolwiek dla sucharków może być zbyt silny. Zapach to coś, na co jestem w stanie przymknąć oko, dlatego tylko chwilę trwało zaakceptowanie jego ziołowego aromatu. Aktualnie używam wersji rumiankowej, ale to nie to, miłości z tego nie będzie... inaczej jest w przypadku tymianku. Świetny, krótki skład, porządne właściwości myjące i niska cena przemawiają na jego korzyść. Z przyjemnością będę do niego wracała.

Mixa, Płyn micelarny Optymalna Tolarancja
Ten płyn to mój hit i gdybym miała wyznaczyć jedno kosmetyczne odkrycie minionego roku, byłby to ten produkt. Do tej pory ulubieńcem micelarnym była słynna różowa Bioderma, jednak kiepska dostępność wymusiła na mnie poszukiwania zamiennika. Przetestowałam mnóstwo różnych i dopiero Mixa zadowoliła mnie na tyle, bym zaprzestała przetrząsania kolejnych drogeryjnych półek. Znalazłam ideał. Delikatny dla oczu, skuteczny w działaniu - dwie najważniejsze cechy, które powinien posiadać płyn micelarny. I ten je ma, zdecydowanie! Nic, a nic nie szczypie, pięknie usuwa makijaż oczu, radzi sobie zarówno z cieniami, tuszem, jak i eyelinerem, nie straszne mu nawet trwałe pomadki. Duża pojemność i niska cena to kolejne dowody na to, że koniecznie musicie go przetestować. Dla mnie rewelacja.

Płyn micelarny Mixa, tymiankowy żel Sylveco

Ministerstwo Dobrego Mydła, Olej z pestek malin
Mój romans z asortymentem MDM trwa w najlepsze. Opisywałam już musujące półkule kąpielowe oraz dwa mydełka ananas i rozmaryn, a dziś przychodzę z kolejnym świetnym kosmetykiem, który sprawdza się zarówno w pielęgnacji włosów, jak i twarzy. 100% natury. Ten olejek to cudowny kompres na zaognioną, czy podrażnioną skórę twarzy. Pozostawiony na noc koi, nawilża, zmiękcza i odżywia skórę. Jest niczym opatrunek na wszelkie niespodzianki, przyspiesza ich gojenie, co szczególnie docenią te z Was, które borykają się z nieproszonymi gośćmi na twarzy. Jeśli chodzi o włosy, to spisał się równie świetnie. Znakomity do typowego olejowania całych kosmyków, jak i do zabezpieczania końcówek. Nie obciąża, nie powoduje szybszego przetłuszczania się. Regularnie stosowany nawilża i wygładza włoski, sprawia że stają się sypkie i błyszczące, a końcówki odżywione. Samo dobro.

Yonelle, Maska nanodyskowa Młodzieńczy Blask
W moim posiadaniu są wszystkie trzy maseczki Yonelle. Wkrótce postaram się opisać każdą z nich, ale po kilku tygodniach używania mogę z całą pewnością stwierdzić, że to ta z numerkiem 3 stała się moją ulubienicą. Jest to intensywna maska żelowa do każdego typu skóry zmęczonej, odwodnionej, wymagającej wygładzenia, głębokiego nawilżenia i odświeżenia wyglądu, łączy w sobie działanie efektywnego peelingu enzymatycznego na bazie papainy z nawilżaniem infuzyjnym anti-aging. Wystarczy pół godzinki, by cera odzyskała blask, odpowiedni stopień nawilżenia i jędrność. Moja nie najmłodsza już skóra pokochała tę maskę, a ja nie mam serca odmawiać jej odrobiny przyjemności:)

Sylveco, Odżywcza pomadka z peelingiem
Rewelacyjna pomadka, która dodatkowo peelinguje usta usuwając z nich wszelkie suche skórki, stanowi pierwszy krok w ich pielęgnacji i jest niezastąpiona przed aplikacją mocnych pomadek. Nie wyobrażam sobie ust w soczystym macie bez solidnego przygotowania. Naturalna, taniutka, łatwo dostępna, doprawdy produkt bez wad. Pomadka pojawiła się już na blogu w poście o zimowej pielęgnacji ust, więc jeśli interesują Was szczegóły, zajrzyjcie koniecznie.  
Ministerstwo Dobrego Mydła, Yonelle, Sylveco

Organique, Kawowy peeling do ciała
Moja propozycja dla wszystkich miłośników kawy, natury oraz porządnego złuszczania. Skuteczny peeling cukrowy o nieziemskim aromacie, który jest niezwykle efektywny, a przy tym nie podrażnia skóry. Otula ją odżywczą, tłustą warstewką, ale nie oblepia. Po jego użyciu skóra jest miękka i gładziutka, a aplikacja balsamu jest tylko kaprysem, który spokojnie można pominąć. Kawowy peeling cukrowy to prawdziwy delikates, dlatego już pierwsze użycie zwiastowało wskoczenie do grona ulubieńców, polecam. 

Insight, Maska do włosów farbowanych
Po udanej przygodzie z serią Daily Use, postanowiłam spróbować kolejnych produktów Insight i kupiłam między innymi maskę Colored Hair przeznaczoną do włosów farbowanych. Co znajdziemy w składzie? Organiczny olej makadamia działający odżywczo i ochronnie, ekstrakt z henny, masło z mango i olej z pestek winogron zapewniające trwałość koloru, miękkość włosów i mające działanie przeciwutleniające. Nie znajdziemy natomiast parabenów, silikonów, sztucznych barwników, alergenów zapachowych i olejów mineralnych. Czym mnie zachwyciła? Maska sprawdziła się zarówno na umyte włosy, jako kompres na godzinkę przed myciem, a także w roli odżywki. Jeden produkt, trzy możliwości. Moje skłonne do przetłuszczania się włosy bardzo łatwo obciążyć, dlatego szukam kosmetyku, który je nawilży i dociąży, ale nie spowoduje oklapnięcia. Maska Insight jest takim pewniakiem, który nie robi przykrych niespodzianek. Wiem, że po jej użyciu włosy będą prezentowały się doskonale. Czy przedłuża trwałość koloru? Ciężko mi stwierdzić, gdyż farbuję swoje włosy średnio raz na dwa miesiące i nie inaczej było w trakcie stosowania maski, ale pozostałe obietnice producenta odnośnie odżywienia, miękkości i gładkości są jak najbardziej spełnione.

Organique, Insight

No i na zakończenie obiecani ulubieńcy, po których nie ma już śladu, a o których muszę wspomnieć. Każda nazwa jest podlinkowana, więc jeśli interesują Was szczegóły wystarczy kliknąć:)

Yonelle Biofusion, Serum z wit.C 5%
Insight, Daily Use - naturalne kosmetyki do codziennej pielęgnacji włosów
Olivolio, żel do mycia twarzy na bazie oliwy z oliwek
GlamGlow, Oczyszczająca pianka do mycia twarzy Supercleanse

Ulubieńcy - pielęgnacja / Insight, Sylveco, Mixa, Organique, Yonelle, Ministerstwo Dobrego Mydła

Ciekawi mnie, czy znacie moich ulubieńców. Może pochwalicie się, jakie godne polecenia produkty ostatnio poznałyście? 

Udanego i słonecznego tygodnia dziewczyny:)



Instagram mix #9 / styczeń

Styczeń to było szalone 31 dni, w domu panował remontowy chaos, przez który żyłam w permanentnym niedoczasie. 
Chwilowo zakończyliśmy kuchenną rewolucję, w planach mamy jeszcze zakup stołu i krzeseł oraz pozostałych dekoracji. Aktualnie szperam w sieci w poszukiwaniu inspiracji i muszę przyznać, że sprawia mi to mnóstwo radości. Z dnia na dzień do głowy wpadają nowe pomysły, a lista zakupów zdaje się nie mieć końca. Z niecierpliwością czekam na wizytę w Ikei... mam nadzieję, że uda mi się kupić wszystko, co zaplanowałam.

Zapraszam na przegląd minionego miesiąca, pierwszego z dwunastu.

Tym zdjęciem przywitałam pierwszy w tym roku śnieg... taka była radość:)

wspomniany remont kuchni / nowy rok, nowy kalendarz / smak dzieciństwa / małe przyjemności

zimowy wieczór / Kogel-mogel, czyli jeden z filmów, które mogłabym oglądać non stop (klik) / ruskie pierogi - domowa linia produkcyjna / Yankee Candle

cukierasy MAC'a / uzależniający zapach / ulubiona biała glinka Organique / mini denko

styczniowa nowość w kosmetyczce / nowość 2 / i kolejna:D / Riko

debiut w kominku / leniwa sobota
Ministerstwo Dobrego Mydła - Ananas i Rozmaryn
Jak dbać o włosy zimą oraz skuteczne sposoby na wypadanie włosów


Dziś 5 lutego... jeszcze dwie wypłaty i wiosna! Yupi!

Po większą dawkę zdjęć mojej codzienności zapraszam na Instagramowy profil, zachęcam również do pozostawienia namiarów na Twój, którego być może jeszcze nie znam:) Pozdrawiam serdecznie.