BOURJOIS, Rouge Edition Velvet - 05 Ole Flamingo!, 09 Happy Nude Year, 11 So Hap'pink

O matowych pomadkach marki Bourjois napisano i powiedziano już chyba wszystko. Ja jedynie odniosę się do tych recenzji, w przeważającej większości pozytywnych, i dorzucę swoją. Jeśli czekacie na marudzenie i łyżkę dziegciu, to niestety muszę Was rozczarować, bo tu ich nie znajdziecie. Mało tego! - z największą przyjemnością napisze same pochlebstwa.


Nie sądzę byście o nich nie słyszały. Przypuszczam nawet, że mnóstwo z Was posiada w swoich zbiorach choćby jeden kolorek, więc gwoli ścisłości przypomnę tylko, iż Rouge Edition Velvet to gama pomadek, których celem jest nadanie matowego wykończenia ust, bez wysuszenia, czy tworzenia niekomfortowej skorupy. I tak jest! 
Pomadki trwają na moich ustach przez ok 5 godzin, nie straszne im picie, czy jedzenie. Ścierają się równomiernie, począwszy od środka ust. Bezpośrednio po nałożeniu pomadki lekko błyszczą, jednak po kilkunastu minutach zastygają na ustach dając miękkie, welurowe  wykończenie. Dzięki lekkiej konsystencji oraz formie aplikatora identycznego jak w przypadku błyszczyków, możemy wykonać staranny makijaż oraz skorygować kontur ust nadając im pożądany kształt.
Jak wszystkie matowe pomadki tak i te delikatnie wysuszają usta, dlatego porządne nawilżenie oraz peeling to podstawa. Bez tych kroków efekt może Was rozczarować.

Osobiście zdecydowałam się na zakup trzech kolorów, dwa delikatniejsze, typowo dzienne i jeden mocny, wyrazisty i soczysty. Odcienie, które wybrałam dla siebie to 05 Ole Flamingo!, 09 Happy Nude Year oraz 11 So Hap'pink

BOURJOIS, Rouge Edition Velvet - 05 Ole Flamingo!, 09 Happy Nude year, 11 So Hap'pink
od lewej: 05 Ole Flamingo!, 09 Happy Nude Year, 11 So Hap'pink

BOURJOIS, Rouge Edition Velvet - 05 Ole Flamingo!, 09 Happy Nude year, 11 So Hap'pink
BOURJOIS, Rouge Edition Velvet - 05 Ole Flamingo!, 09 Happy Nude year, 11 So Hap'pink
BOURJOIS, Rouge Edition Velvet - 05 Ole Flamingo!, 09 Happy Nude year, 11 So Hap'pink
od lewej: 05 Ole Flamingo!, 09 Happy Nude Year, 11 So Hap'pink


Nie umiem wybrać swojej ulubienicy, jednak najczęściej na moich ustach ląduje piękny, delikatny róż, czyli 11 So Hap'pink. Ten odcień z miejsca podbił moje serce, jednak dwie pozostałe są równie niebanalne i nad wyraz chętnie eksploatowane. Kolor o nazwie 05 Ole Flamingo! to intensywny róż o niebywałej pigmentacji i trwałości, natomiast 09 Happy Nude Year idealnie sprawdzi się w niezobowiązującym dziennym makijażu, podkręcając naturalny kolor ust. Wszystkie charakteryzują się trwałością oraz bezproblemową aplikacją. Jeśli kusi Was mocna fuksja, ale obawiacie się tak wyrazistego efektu, możecie nałożyć jedną warstwę lub wklepać pomadkę palcem.

Moim zdaniem pomadki Bourjois zasługują na popularność, którą zdobyły, a wszystkie achy są jak najbardziej na miejscu. Moja recenzja jest kolejnym dowodem uznania. 


Na koniec chciałabym dowiedzieć się czy uległyście magii Rouge Edition Velvet, a jeśli tak, to który kolor Was uwiódł?




Ivona poleca, czyli co mi w duszy gra...

Chciałabym uniknąć górnolotnych określeń typu 'muzyka przepełnia mnie na wskroś i jest nieodłączną częścią mnie', ale nie mogę... bo to prawda, a że dawno nie pojawił się na blogu tego typu post, pomyślałam, że zbiorę wszystko, co mi w duszy gra i stworzę swego rodzaju playlistę. Mogłabym zatytułować dzisiejszy wpis " wszystkie numery Iwony", ale nie chcę zostać posądzona o plagiat :).

co mi w duszy gra

Wiecie za co lubię muzykę? Za to, że zawsze znajdę w niej coś odpowiedniego do sytuacji, czy dopasowanego do aktualnego nastroju. Jeśli potrzebuję antydepresanta - muzyka, kopa do działania - muzyka, chwili dla siebie i własnych przemyśleń - muzyka, powspominać - muzyka... dobra zawsze i o każdej porze. I jeżeli nie słucham akurat Lennego Kravitza albo Depeche Mode, to w moich głośnikach rozbrzmiewają kawałki, które znajdziecie poniżej. Na chwilę obecną to moje hiciory. To co, posłuchacie ze mną?

1. Anna Naklab feat. Alle Farben & YOUNOTUS - Supergirl

Ten kawałek to mój niekwestionowany hit od kilku tygodni. O odświeżenie utworu grupy Reamonn pokusili się niemieccy muzycy, czyli wokalistka Anna Naklab, DJ Alle Farben oraz producencki duet YOUNOTUS - Gregor i Tobias. Efekt ich współpracy przypadł mi do gustu na tyle, że katuję ten numer non-stop. Całości dopełnia bardzo klimatyczny teledysk.


2. Major Lazer - Powerful (feat. Ellie Goulding & Tarrus Riley)

Major Lazer jest projektem muzycznym stworzonym w 2008 roku, będącym mieszanką licznych gatunków, najczęściej reggae i dancehall z elementami elektronicznej muzyki tanecznej. Utwór, który powstał we współpracy z Ellie Goulding jest tak emocjonalny, po prostu cudowny.

"When you hold me in your arms
Burns like fire, electricity
When you’re close I feel the sparks
Takes me higher to infinity"



3. Soundgarden - Black Hole Sun

Myśląc o tym numerze amerykańskiej grupy  Soundgarden aż ciśnie się na usta określenie 'stare, ale jare'. Utwór, który nigdy mi się nie znudzi, aczkolwiek dziwnym zbiegiem okoliczności zawsze wraca do mnie jesienią, gdy potrzebuję odrobiny refleksji, wyciszenia i spokoju.



4. Calvin Harris & Disciples - How Deep Is Your Love

Calvin Harris, czyli tak naprawdę Adam Richard Wiles to szkocki DJ i producent, a ponadto wokalista i autor tekstów tworzący muzykę z pogranicza electro i popu. Na rynku fonograficznym zadebiutował w 2002 roku maxi-singlem "Stouffer". Od tego czasu współpracował z wieloma gwiazdami, m.in. Kylie Minogue, czy Sophie Ellis-Bextor. Najnowszy utwór to super kawałek -  rytmiczny i wpadający w ucho. Ja jestem na tak!


5. Natalia Nykiel - Bądź Duży

Natalia Nykiel to piosenkarka i autorka tekstów, która w 2013 roku dotarła do finału talent show The Voice of Poland , a w 2014 ukazał się jej debiutancki album studyjny zatytułowany Lupus Electro. Nie wiem czemu, ale ten kawałek nastraja mnie niezwykle pozytywnie, działa jak plasterek na drobne skaleczenia i łagodzi niemiłe doznania. Znacie?



Muzyka jako lek na całe zło? Czemu nie? A co rozbrzmiewa w Waszej duszy? Wszystkie propozycje mile widziane!




Będzie mi bardzo miło, jeśli poślecie ten post dalej korzystając z przycisków poniżej, oczywiście, jeśli uważacie, że warto. Pozdrawiam i życzę wszystkim udanego tygodnia :)



Kosmetyki, na których oszczędzam

Luksusowy kosmetyk jest jak gustowna bielizna - nie widać go, jednak ma ogromny wpływ na nasze samopoczucie. To, że w urodę trzeba inwestować nie ulega wątpliwości, jednak dla dobra domowego budżetu warto zastanowić się czy istnieje możliwość, aby na pewnych produktach zaoszczędzić, a tym samym dorzucić malutką cegiełkę do realizacji bardziej kosztownych inwestycji, które przełożą się na komfort wszystkich domowników, jak chociażby wspólne wakacje, czy remont domu.
Jak każda kobieta lubię kupować i doceniam to, że mam możliwość cieszyć się kosmetykami z wyższych półek cenowych, jednak paradoksalnie większą frajdą jest dla mnie podglądanie zwyżkującego konta oszczędnościowego.


Przygotowałam dla Was listę kosmetyków, na których możecie zaoszczędzić, nie mylić ze skąpstwem. Mam tu raczej na myśli rozsądne gospodarowanie domowym budżetem. Niejednokrotnie miałam okazję przekonać się, że nie zawsze drogo oznacza lepiej, dlatego staram się trzymać swoich założeń, oczywiście nie wykluczając małego 'skoku w bok' od czasu do czasu. Pomijam także kwestię ulubionych produktów, na które jesteśmy w stanie wydać więcej, niż rozsądek nakazuje... dla mnie są to pomadki, a dla Ciebie? :)

Koniecznie przeczytaj:
8 produktów kosmetycznych za ok 10zł, na które warto zwrócić uwagę / część pierwsza, część druga


Kosmetyki, na których oszczędzam:


1.Lakiery do paznokci
Zdaję sobie sprawę, że umieszczając je na mojej liście narażam się wszystkim lakieromanniaczkom, ale nic nie poradzę, że na ten kosmetyk jest mi niezwykle trudno wydać więcej, niż 10-15zł, no, w porywach do 20. Moim skromnym zdaniem większe znaczenie dla trwałości lakieru ma porządny top nawierzchniowy, niż lakier sam w sobie. Ok, marki luksusowe kuszą, nie powiem, że nie, jednak specyfika mojej pracy jest dla lakierów wszelakich, jak i moich paznokci w ogóle, prawdziwą szkołą przetrwania, dlatego oszczędzam na nich bez żalu. W zupełności satysfakcjonuje mnie asortyment takich marek jak Golden Rose, czy Wibo i wierzcie, że nie jest mi z tego powodu nawet trochę przykro.


2.Szampon do włosów
Moje włosy są bardzo kapryśne i czasem trudno za nimi nadążyć. Ponadto szybko się przetłuszczają, a na pielęgnację naturalną reagują zupełnie inaczej, niż bym tego chciała. Szampony schodzą u mnie na potęgę, często kupuję i równie często zmieniam i naprawdę nie wymagam od nich dużo. Mają umyć, odświeżyć, nie obciążać. Tylko tyle, lub aż tyle, bo o wiele lepiej sprawdził się szampon Barwy za 5zł, niż chociażby John Masters Organics z miętą i wiązówką błotną za ponad 80. Dlatego przestałam wyszukiwać na siłę, a pieniądze zaoszczędzone na szamponie wolę przeznaczyć na porządną maskę, czy chociażby... nową pomadkę, ot co:)


3.Tusz do rzęs
Kolejny kosmetyk, który jest przykładem na to, iż drogo, nie znaczy dobrze. Serio, nie widzę najmniejszej różnicy w efekcie, dlatego kupuję tanie tusze, dostępne niemal w każdej drogerii i jestem zadowolona. Mój portfel także. Moim ulubieńcem, którego i Wam polecam jest Curling Pump Up Mascara marki Lovely, czyli słynny żółtek. Tania, a robi to, co ma robić. I o to chodzi.


4.Krem do rąk
Kremy, które mają zadbać o moje dłonie kupuję w hurtowych ilościach i mam ich sporo, a pisząc sporo mam na myśli naprawdę sporo, wierzcie mi. Przetestowałam mnóstwo różnych marek i przeważnie wracam do tych tanich, a w niczym nie ustępujących droższym zamiennikom. Swego czasu zachwalałam krem z woskiem pszczelim marki Anida, którego używałam zarówno na dłonie, jak i na włosy. Dobrze wspominam także kremy Dove, czy Biały Jeleń.


5.Żel pod prysznic
W tej kategorii zdecydowanie wygrywają żele Dove, uwielbiam! Mnogość wersji zapachowych, kremowa, gęsta konsystencja, piękne zapachy i nieograniczona dostępność... więcej nie wymagam. Świetne są także żele Palmolive. Polecam.


6.Akcesoria higieniczne
Patyczki, czy płatki kosmetyczne schodzą jak woda, dlatego warto poszukać takich, które nas zadowolą, ale moim zdaniem jest to produkt, na którym można sporo zaoszczędzić. Osobiście nie widzę różnicy pomiędzy płatkami droższymi, a np. tymi z Biedronki, które uważam za jedne z najlepszych na rynku i regularnie kupuję. Są odpowiedniej wielkości, nie rozwarstwiają się, ani nie puszą, świetnie sprawdzają się zarówno w demakijażu twarzy, jak i do zmywania lakieru do paznokci, a kosztują kilka złotych. Powinnam wymagać więcej? Nie czuję takiej potrzeby.


A jak już zaoszczędzę na płatkach, czy szamponie, mogę sprawić sobie jakąś kosmetyczną perełkę, o której od dawna marzę, albo porządne serum, piękny róż, czy... nową pomadkę...:), które traktuję jako inwestycje długoterminowe. 
Na jakich kosmetykach oszczędzacie dziewczyny?



Jestem na nie #3. Produkty do włosów, których nie kupię ponownie

No cóż, zdarza się... niekiedy pomimo wiedzy jaką posiadamy i jakby na przekór pozytywnym opiniom kupimy produkt, który nie do końca nas do siebie przekonuje. Osobiście unikam pisania o kosmetykach, które się nie sprawdziły i których na pewno nie kupię ponownie, dlatego w dzisiejszym poście zebrałam trzy produkty do włosów, które mnie nie zachwyciły. A niech i one mają swoje 5 minut...:)

 Produkty do włosów, których nie kupię ponownie

Jeśli klikniecie w pierwszy wpis z serii Jestem na nie zobaczycie, że ten także zawiera trzy produkty do włosów. Zdaje się, że moje włosie jest bardzo kapryśne, bowiem niezwykle trudno jest znaleźć dla nich odpowiednią pielęgnację. Przetłuszczająca się skóra głowy w połączeniu z wrażliwością i skłonnością do podrażnień, normalne na długości, a suche na końcach włosy z tendencją do puszenia - wygląda na to, że natura zafundowała mi nie lada łamigłówkę...

Przejdźmy zatem do meritum. Trzy produkty do włosów, których nie kupię ponownie i które nie zaskarbiły sobie mojej sympatii to:

 Produkty do włosów, których nie kupię ponownie

Dove, Intensiv Repair, Odżywka w sprayu bez spłukiwania do włosów zniszczonych

Odżywka w formie mgiełki, którą można aplikować zarówno na mokre, jak i na suche włosy. Jej zadaniem jest zapobiegać łamaniu i rozdwajaniu końcówek oraz nawilżać i odżywiać, a to wszystko bez obciążania kosmyków. Brzmi fantastycznie, tym bardziej, że szukałam czegoś, co ekspresowo ułatwi rozczesywanie i przyda się kiedy zabraknie czasu na standardową pielęgnację. Niestety moje włosy jej nie polubiły. Aplikowana na suche włosy powodowała, że stawały się sianowate, matowe i wyglądały na nieświeże. Dodatkowo powodowała szybsze przetłuszczanie, obciążała i zbijała w nieestetyczne strąki. Nieco lepiej sprawdziła się na włosach mokrych, aczkolwiek również bez szału. W zasadzie nie widziałam jakiegokolwiek efektu regeneracji - nie ułatwiała rozczesywania, a ponadto skutkowała okropnym puszeniem oraz elektryzowaniem się włosów. Próby zwiększenia ilości kończyły się przeciążeniem. Tak źle, tak niedobrze.
Atomizer działa bez zarzutu spryskując kosmyki równą mgiełką o dość przyjemnym zapachu, jednak to za mało bym skusiła się na nią ponownie. Gdybym miała wybierać, zdecydowałabym się na odżywkę Gliss Kur, która na moich włosach sprawdzała się o niebo lepiej. 

Cena: ok 16zł/ 200ml


Garnier Fructis, Oleo Repair, Odżywka wzmacniająca do włosów suchych i zniszczonych

Kolejna odżywka, którą kupicie bez problemu niemal w każdej drogerii. Jestem nią rozczarowana, bo po pierwsze naczytałam się na jej temat wielu pozytywnych recenzji, a po drugie - jak na produkt drogeryjny - ma zaskakująco dobry skład, w którym znajdziemy takie smaczki jak oliwę z oliwek, olej awokado oraz masło shea. Moje włosy uwielbiają oleje, ale z olejami zawartymi w tej odżywce zupełnie im nie po drodze. Pierwsze użycie zakończyło się totalną katastrofą i okropnym obciążeniem włosów. Winą obarczyłam liczne zapachy, które producent upchnął w składzie, dlatego zaczęłam unikać nakładania jej na skórę głowy oraz zmniejszyłam ilość. Niestety, ale ta odżywka nie służy mi w żadnej ilości - nie lubię, gdy bezpośrednio po umyciu i wysuszeniu wyczuwam na włosach jakiś film... wiecie, takie wrażenie, że włosy są  brudne, nieświeże i 'coś' na nich nadal jest, jakby były oblepione. A taki efekt miałam za każdym razem. Brak mi było nawilżenia, dociążenia, sypkości, lekkości - kosmyki były ciężkie, matowe, a do tego przetłuszczały się szybciej, niż zwykle. 
Najlepiej sprawdziła się jako maska nakładana przed myciem i tak właśnie ją zużywam. Godzinę przed planowanym myciem aplikuję słuszną ilość odżywki na lekko zwilżone włosy, dzięki czemu unikam obciążenia, a włosy po wysuszeniu prezentują się całkiem dobrze.
Czy zatem jest się o co czepiać? No jest, bo obiecano mi odżywkę i na taki produkt liczyłam... nie spodziewałam się, że czeka mnie tyle trudu ze znalezieniem odpowiedniej formy aplikacji... wolę gdy produkt dostosowuje się do mnie, a nie na odwrót, nawet jeśli kosztuje niewiele.

Cena: ok 10zł / 200ml


Batiste, Dry Shampoo Medium&Brunette, Suchy szampon do włosów dla szatynek

Nie, nie... o tym produkcie nie będę się zbytnio rozpisywała, bo naprawdę nie ma o czym. Zasady działania suchych szamponów są Wam doskonale znane, szczególnie doceniają je osoby z nadmiernie przetłuszczającą się skórą głowy, bowiem niejednokrotnie ratują nas z opresji. Wystarczy spryskać i włosy odzyskują świeżość. Wypróbowałam wiele suchych szamponów, różnych marek, miałam nawet inne wersje Bariste, ale ta jest totalną porażką. Nie dość, że jest wyjątkowo mało wydajna, to ciemny osad, który po sobie zostawia na włosach jest nie do wyczesania, o czym przypomina każde podrapanie się po głowie, czy przeciągnięcie palcami po włosach...fuj:). Dodatkowo nieprecyzyjna aplikacja powoduje barwienie okolic uszu, czy czoła. Nawet nie chcę myśleć jak wyglądałam zanim to odkryłam...

Cena: 15zł / 200ml

 Produkty do włosów, których nie kupię ponownie

Było, minęło. Powrotu do wyżej wymienionych nie planuję, aczkolwiek ciekawa jestem czy miałyście z nimi do czynienia. Dajcie znać :)



Mam tę moc! I nie zawaham się jej użyć...


Kobieta to stworzenie wielozadaniowe, nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Momenty, które przeznacza na własne przyjemności są nieoszacowanym luksusem, odwrotnie proporcjonalnym do czasu poświęconego na inne, niecierpiące zwłoki czynności. Ale wiecie co? Dzięki temu, że zdarzają się tak rzadko, jeszcze bardziej je cenimy i wyciskamy jak cytrynę: do ostatniej kropli.

Mam tę moc! I nie zawaham sie jej użyć

Ostatni tydzień to drastyczny spadek mojej aktywności. Jeśli mam być szczera, to ogarnął mnie stan nic-mi-się-niechcenia. Gorszy dzień płynnie przeobraził się w gorszy tydzień i nie widać nawet najmniejszego światełka w tunelu. Cała energia, którą naładowałam swój organizm latem, wyczerpała się nie wiedzieć kiedy, a widoki na nowe jej źródło są więcej niż skromne. Ba! Jedyne co mi pozostaje to łapać ostatnie promyki słońca, chłonąć je łapczywie i na zapas.

Weny brak, zapał do jakiejkolwiek pracy bliski zeru, ale staram się. Wiem, że gdzieś tam jest moc. Mam ją, aczkolwiek ukryła się skubana i zabroniła wstępu. Każda z nas ma czasem gorszy dzień i nie uwierzę, jeśli tu i teraz napiszesz mi, że tryskasz energią 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu, przez okrągły rok. No nie da się! Nie da i już, koniec i kropka. Jedyne co nam pozostaje to przetrwać i nie zaleźć przy okazji za skórę wszystkim, którzy zbliżą się do nas na niebezpiecznie małą odległość...

Próbowałam już swoich sprawdzonych 5 kroków do lepszego samopoczucia i niewiele pomogło. Ciężki przypadek. Totalne zmęczenie materiału. Były aromatyczne kąpiele, trening pozytywnego myślenia, było nawet wmawianie sobie, że będzie lepiej... przecież musi być! Życie płynie sinusoidą, więc wzloty i upadki są naturalnym następstwem.

Ja nie z tych co psioczą na wszystko i wszystkich wokół. Zawsze staram się znaleźć plusy, coś co podreperuje podłą atmosferę, co nastroi pozytywnie, da odrobinę nadziei. Nie lubię się zamartwiać na zapas, moje podejście do wielu kwestii diametralnie zmieniło się w ciągu kilku minionych lat, nie rozpamiętuję, nie szukam dziury w całym, dlatego daję sobie przyzwolenie na chwilową niemoc, gorsze dni, drobne potknięcia i upadki, które kończą się kolejnym doświadczeniem. Dobrym, czy złym, to zależy od mnóstwa czynników oraz sposobu, w jaki tę wiedzę wykorzystamy. 

Tylko gdzie ta moc? Czekam na jej powrót z utęsknieniem, a jak już wróci tam, gdzie jej miejsce, zrobię wszystko, by wykorzystać ją najlepiej, jak będę umiała. Nie zawaham się jej użyć, z korzyścią dla mnie i moich najbliższych. Uwielbiam gdy rozpiera mnie energia, mam wtedy wrażenie, że mogłabym góry przenosić. Na pewno znasz to uczucie, gdy aż Cię nosi, by zrobić coś pożytecznego... albo totalnie spontanicznego. Warto czasem brać przykład z dzieci, wykorzystać tę radosną lekkomyślność i dać się ponieść. Poczekam, cierpliwie poczekam, wszak innego wyjścia nie mam. Poobserwuję sobie w między czasie, pokontempluję świat, nic na siłę...

Ufam, że nie potrwa to zbyt długo... za dużo pomysłów, za dużo planów. Potrzebuję mega mocy! Supermenka to aktualnie mój niedościgniony ideał...


A Ty? Masz w sobie moc? Co u Ciebie?



Aktualna pielęgnacja mojej twarzy

Przyznaję, że ostatnio mało na moim blogu postów stricte kosmetycznych, jednak to, że rzadko o nich piszę nie znaczy, że nie używam i nie kupuję. Nie wiem, czy wiecie, ale dziś obchodzimy Międzynarodowy Dzień Urody, niech więc będzie to okazja do zaprezentowania aktualnej pielęgnacji twarzy, czyli produktów, które na co dzień dbają o dobrą kondycję mojej skóry. Udało mi się zebrać fajną gromadkę, dlatego pozwolę sobie opisać ją w kilku słowach... może znajdziecie coś dla siebie.

Aktualna pielęgnacja mojej twarzy

Produkty, które widzicie na zdjęciu powyżej to mieszanka tych służących mi od wielu tygodni z nowościami. Z większości jestem ogromnie zadowolona i widzę efekty ich stosowania. Część to kosmetyki, które pojawiły się w moich zbiorach stosunkowo niedawno, ale szybciutko wpasowały się w mój rytuał i dzielnie prą do miana ulubieńców. Postaram się pokrótce wyjaśnić, jak dbam o swoją skórę twarzy, z podziałem na oczyszczanie, kremowanie oraz pielęgnację dodatkową, czyli złuszczanie oraz maseczkowanie. 


Aktualna pielęgnacja mojej twarzy jest mocno okrojona... pozbyłam się wszystkiego, co zbędne, postawiłam na totalny minimalizm i podstawy. Zauważyłam, że moja skóra polubiła takie traktowanie i od wielu, wielu tygodni nie zaskakuje mnie żadnymi przykrymi niespodziankami. Jak wiecie na co dzień zmagam się z nadmierną tłustością oraz tendencją do trądziku, do tego - z racji na mój wiek - celuję w kosmetyki mające wspomóc walkę z pierwszymi objawami starzenia się skóry.  


Koniecznie przeczytaj serię postów o mojej walce z trądzikiem:


Potraktujcie zatem proszę dzisiejszy post jako wskazówkę do zbudowania własnego zestawu, jednak pamiętajcie, że grupą docelową będą osoby o tłustej, trądzikowej oraz dojrzałej skórze, która wymaga szczególnej troski.


Oczyszczanie

oczyszczanie twarzy

W grupie pod roboczą nazwą 'oczyszczanie' znajdują się obecnie 4 produkty. Jak ich używam?

Pierwszym krokiem codziennego, wieczornego demakijażu jest płyn micelarny. Do tego celu służy mi obecnie hipoalergiczny płyn marki Biały Jeleń, z którego jestem bardzo zadowolona. Szybko zmywa makijaż oczu, jest łagodny dla skóry, nie podrażnia, nie wysusza. Moim ulubieńcem nadal pozostaje różowa Bioderma, jednak ten bije ją na głowę w kwestii ceny. Sprawdza się równie dobrze, a do tego jest bardziej ekonomiczny.
Po wstępnym oczyszczeniu twarzy przystępuję do mycia właściwego z użyciem wody. Nie dla mnie wszelkie mleczka, a już kompletnie nie wyobrażam sobie, by ograniczyć demakijaż do samego micela. Moja skóra lubi dogłębne oczyszczanie, dlatego zawsze wybieram produkt, który gruntownie zmyje wszystkie pozostałości. W chwili obecnej postawiłam na dwa produkty, które pojawiły się u mnie całkiem niedawno. Pokazywałam je w poście z nowościami sierpnia.

Pierwszym jest żel do mycia twarzy na bazie oliwy z oliwek marki Olivolio, którego używam rano do odświeżenia twarzy oraz wieczorem, gdy nie myję jej błotkiem GlamGlow. Żel Olivolio jest delikatny, pięknie domywa twarz oraz - co najważniejsze - nie wysusza jej. Pierwsze wrażenia jak najbardziej na plus i jeśli nagle nie zaskoczy mnie czymś niemiłym, zapewne znajdzie się w gronie ulubieńców. Na pewno pojawi się  w szerszej recenzji.
Drugim produktem służącym do oczyszczania twarzy jest pianka GlamGlow. W jej przypadku jest absolutny zachwyt. Jestem nią zachwycona! Stosuję ją co drugi lub trzeci dzień, ponieważ to naprawdę mocny zawodnik. Aplikuję na twarz pozostawiając na kilka minut, następnie zmywam. Tu ciekawostka - pisałam już o tym na Instagramie, ale powtórzę raz jeszcze. Jeśli kuszą Was maski GlamGlow, jednak cena jest nie do przeskoczenia, skuście się na pianki do mycia twarzy. Efekt ten sam, a koszt łatwiejszy do przełknięcia :).

Produktem wieńczącym proces oczyszczania jest tonik firmy Clochee, który - jeśli mam być szczera - kończę bo szkoda mi go wyrzucić. Męczę się z nim już dłuższy czas, ale bez większego zachwytu. Pisałam o nim szczegółową recenzję, więc jeśli czujecie się zainteresowane odsyłam do tego wpisu. Na szczęście zostało mi go już niewiele, dlatego powolutku rozglądam się za jego następcą. Jakieś propozycje?


Pielęgnacja na dzień

pielęgnacja na dzień

Moją pielęgnacją zarówno na dzień, jak i na noc ( o czym za chwilę się przekonacie ) zawładnęła marka Yonelle, której wierna jestem od wielu miesięcy, uzupełniając jedynie zasoby. Aktualnie na dzień używam naprzemiennie dwóch kremów do twarzy - jeden to Regenerating 3C Cream z potrójną wit.C z serii Biofusion, czyli wiosenna nowość w szeregach marki. Drugi to Extra Hydrating Cream z linii H2O Infusion. Obydwa posiadają w składzie filtr SPF 10.
O serii turkusowej już wkrótce pojawi się specjalny post, więc z góry zapraszam, natomiast krem nawilżający musi dzielnie poczekać na końcową opinię, uprzedzę jednak Wasze pytania i napiszę, że to kolejny, udany kosmetyk, który mam okazję testować. Nie zdarzyło się jeszcze, by którykolwiek mnie zawiódł i w tym przypadku jest nie inaczej. Życzyłabym sobie, aby marka pomyślała nad produktami do oczyszczania twarzy - żelem lub peelingiem, które mogłyby okazać się prawdziwymi hitami.

Kremem, który za dnia dba o okolice oczu jest leciutki jak mgiełka i znakomicie wchłaniający się Repair Eye 3C Cream. Krem idealnie współgra z makijażem, nic się na nim nie roluje, ani nie zbiera w nieestetyczny sposób. Pomijając udane formuły marki Yonelle, to same przyznacie, że opakowania to małe dzieła sztuki, prawda?


Pielęgnacja na noc

pielęgnacja na noc

W przypadku pielęgnacji na noc postawiłam na absolutne minimum, czyli krem do twarzy i porządny, treściwy i esencjonalny krem pod oczy, który po zdenkowaniu rewelacyjnego serum liftingującego Infusion Eye Lift Serum dba o skórę pod oczami solo. Krem na całą twarz to Repair 3C Cream, trzeci z turkusowej gamy produktów z potrójną wit.C, który wiosną dołączył do mojej pielęgnacji. Nie zaskoczę Was pisząc, iż jest genialny... znacie już przecież moje uwielbienia dla kosmetyków Yonelle i na blogu znajdziecie kilka recenzji na ich temat. Moim zdaniem popularność, którą zdobyła marka nie jest bezpodstawna i z pewnością na nią zasłużyła. Nie miałyście przyjemności poznać? Musicie to szybciutko nadrobić! Ja zamierzam zaopatrzyć się w słynną i chwaloną Nanomaskę, która aktualnie objęta jest atrakcyjną promocją. No i nie mniej cenione płatki pod oczy.
O Infuzyjnym kremie pod oczy na noc już pisałam. Wystarczy kliknąć w podlinkowaną nazwę, a zostaniecie przeniesione tam, gdzie trzeba, zapraszam:)


Pielęgnacja dodatkowa

pielęgnacja tłustej skóry

Trzy razy w tygodniu aplikuję na twarz mój hit, czyli Exfoliating Facial Paste, Phenome, a raz w tygodniu bawię się sproszkowaną białą glinką Organique, którą rozrabiam z wodą. Obydwa produkty to moi ulubieńcy, dlatego zajmują stałe miejsce w pielęgnacji i ich pozycja zdaje się być niezagrożona. Kupuję je regularnie, gdy tylko zauważę, że niebezpiecznie zbliżają się do końca.

Koniecznie przeczytaj:
Pielęgnacja tłustej skóry / 3 maseczki - GlamGlow, Lush, Organique

Według mnie zarówno peeling, jak i maska to absolutne must have każdej osoby, która walczy z nadmierną tłustością skóry. Obydwa są niezwykle delikatne, a jednak skuteczne i w widoczny sposób wpływają na poprawę wyglądu skóry, poprawiają jej stan, powodują złagodzenie zmian trądzikowych oraz koją i odżywiają. Bardzo polecam:)


Miało być kilka słów... no cóż...:)
Ufam jednak, że post będzie dla Was pomocny i wyniesiecie z niego coś dla siebie. Oczywiście chętnie poznam Wasze rytuały pielęgnacyjne. Jakie kosmetyki towarzyszą Wam na co dzień? Ja już niedługo powiększę swoją gromadkę o serum do twarzy, którego brak odczuwam i tu liczę na Waszą pomoc. Waham się pomiędzy serum Yonelle z wit.C, a ANR Estee Lauder. Gdybyście posiadały na ich temat jakąś wiedzę, będę wdzięczna za wszystkie opinie.



Evree, Olejki do pielęgnacji ciała - Super Slim i Power Fruit

Olejki do pielęgnacji ciała marki Evree szturmem wdarły się do blogosfery, ponadto zbierały niemal same pozytywne noty, dlatego gdy kilka tygodni temu zobaczyłam, iż są objęte atrakcyjną promocją, nie zastanawiałam się długo i zdecydowałam się na zakup. Wybrałam sobie wersję modelującą oraz nawilżającą, czyli Super Slim oraz Power Fruit. Jeśli ciekawi Was czy dołączyłam do grona zadowolonych użytkowniczek, czy może jednak pozostanę w opozycji, zapraszam do dalszej części.

Evree, Olejki do pielęgnacji ciała - Super Slim i Power Fruit

Evree to marka tworząca kosmetyki naturalne, wykorzystujące moc roślin i minerałów, z których wyeliminowane zostały syntetyczne związki pozyskiwane podczas procesu destylacji ropy naftowej, czyli oleje mineralne oraz parafina. ponadto w składach nie znajdziecie parabenów i sztucznych barwników, a dzięki wdrożeniu zaawansowanych technologii uzyskano wysokiej jakości, skoncentrowane formuły, które wnikają w głąb skóry zapewniając długotrwałe rezultaty.

To moje drugie spotkanie z produktami marki Evree. Jak dotąd miałam okazję testować dwa kosmetyki z linii Max Repair - krem do rąk oraz balsam do ciała, o których pisałam tu. Dziś poznacie moją opinię nt. niezwykle popularnych olejków do pielęgnacji ciała, czyli Super Slim oraz Power Fruit

Evree, Olejki do pielęgnacji ciała - Super Slim i Power Fruit

Olejek do ciała Super Slim to specjalistyczna kuracja stworzona w oparciu o aktywne składniki oraz ekstrakty algowe, której zadaniem jest ujędrnienie, wysmuklenie, wygładzenie i wyraźne nawilżenie. Regularne stosowanie wspiera naturalne zdolności regeneracyjne skóry oraz skutecznie walczy z cellulitem, a w połączeniu z masażem ciała oraz aktywnością fizyczną przynosi spektakularne rezultaty.

Skład: Helianthus Annuus Seed Oil, Prunus Amygdalus Dulcis Oil, Caprylic/Capric Triglyceride, Vitis Vinifera Seed Oil, Macadamia Ternifolia Seed Oil, Algae Extract, Plankton Extract, Ascophyllum Nodosum Extract, Fucus Vesiculosus Extract, Crithum Maritimum Extract, Perilla Ocymoides Seed Oil, Citrus Grandis Peel Oil, Tocopheryl Acetate, Capsicum Frutescens Fruit Extract, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, BHA, Parfum, Hexyl Cinnamal, Hydroxycitronellal, Hydroxyisohexyl 3-Cyclohexene Carboxaldehyde, Limonene

Olejek zamknięty jest w smukłej, plastikowej buteleczce z wygodnym aplikatorem, który raczej nie przysparza większych kłopotów podczas wylewania kosmetyku. Piszę 'raczej' ponieważ pierwsze próby użycia kończyły się mniejszym lub większym wyciekiem... kwestia wprawy. Po kilku dniach było już lepiej :). 
Olejek ma dość rzadką, aczkolwiek odczuwalnie treściwą konsystencję, która wchłania się już kilka minut po aplikacji pozostawiając na skórze subtelną, otulającą warstewkę. Aromat, który towarzyszy nam w pielęgnacyjnym rytuale określiłabym jako lekko słodki, orzeźwiający, z cytrusowymi nutami.

Jednak najbardziej istotne jest to, jak działa... a naprawdę działa! Olejek znalazł się w gronie ulubieńców lipca i podtrzymuję tę opinię. Zachwyciłam się nim niemal od pierwszego użycia, kiedy to zaserwował mi odpowiednie nawilżenie i widoczne napięcie skóry. Oczywiście sam olejek nie sprawi, że cellulit zniknie, a sylwetka zmniejszy się do rozmiaru XS, ale w połączeniu z odpowiednio dobraną aktywnością fizyczną oraz masażem, niemal na pewno przyczyni się do znacznej poprawy wyglądu ud, brzucha, czy pośladków. Znajdujący się w składzie pieprz cayenne skutkuje przyjemnym ciepłem, które utrzymuje się do godziny od aplikacji. Nie jest to uporczywe palenie, ale osoby wrażliwe na zmiany termiczne powinny mieć ten szczegół na uwadze.

Olejek wystarcza na mniej więcej trzy tygodnie regularnego stosowania, oczywiście w zależności od wielkości obszaru objętego pielęgnacją :). Osobiście używałam go na lekko wilgotne ciało, wykonując przy okazji delikatny masaż ud oraz pośladków. Efekty bardzo mile mnie zaskoczyły i z pewnością jeszcze u mnie zagości.

Pojemność olejku to 100ml, a regularna cena oscyluje w granicach 30zł. Ja kupiłam go na promocji w drogerii Rossmann za niecałe 20zł. Polecam.

Evree, Olejki do pielęgnacji ciała - Super Slim i Power Fruit

Power Fruit to nawilżający, dwufazowy olejek do ciała do wszystkich rodzajów skóry, którego formuła oparta jest na ultranawilżających olejkach: malinowym, winogronowym, jojoba, sezamowym, awokado oraz kwasie hialuronowym. Regularne stosowanie ma nam zapewnić odżywione i sprężyste ciało o skórze gładkiej niczym jedwab. 

Skład: Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil, Aqua (Water), Caprylic/Capric Triglyceride, Vitis Vinifera (Grape) Seed Oil, Persea Gratissima (Avocado) Oil, Sesamum Indicum (Sesame) Seed Oil, Glycerin, Rubus Idaeus (Raspberry) Seed Oil, Simmondsia Chinesis (Jojoba) Seed Oil, Sodium Hyaluronate, Tocopheryl Acetate, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, Sodium Chloride, Disodium EDTA, BHA, Parfum (Fragrance), Benzyl Salicylate, Hexyl Cinnamal, Hydroxycitronellal, Butylphenyl Methylpropional, Limonene, Linalool, Hydroxyisohexyl 3-Cyclohexene Carboxaldehyde

Forma opakowania identyczna, jak w wersji Super Slim, jednak kolorystyka bardziej energetyczna. Zapach cudnie owocowy, orzeźwiający, totalnie mnie oczarował i sprawił, że cowieczorna aplikacja była niezwykle przyjemna i relaksująca. Olejek ma formę dwufazową, dlatego należy pamiętać, by przed użyciem porządnie wstrząsnąć buteleczką, w celu wymieszania. Kosmetyk, podobnie jak w przypadku wyżej opisywanego, wchłania się bardzo szybko, zapewniając skórze natychmiastową ulgę. Niestety efekt nie jest długotrwały i o ile Super Slim przynosił ukojenie jeszcze dnia następnego, o tyle Power Fruit nie zapewnia mi takiego komfortu. Skóra domaga się pić, a owocowy olejek, na dłuższą metę nie gasi jej pragnienia. Dlatego jeśli macie skórę skłonną do wysuszeń lub mocno wymagającą, jestem niemal pewna, że sam olejek nie da sobie rady i konieczne będzie dodatkowe balsamowanie.
Polubiłam go za zapach i doraźny efekt. Ponadto wsmarowuję go w całe ciało, a nie tylko uda i pośladki, dzięki czemu jest bardziej uniwersalny i kompleksowo dba o moje ciało, jednak wolałabym, aby efekt utrzymywał się trochę dłużej lub aby działał bardziej intensywnie. 

Pojemność 100ml. Regularna cena ok 30zł.


Zapewne to nie koniec mojej przygody z olejkami marki Evree. Nieustannie kuszą mnie te do pielęgnacji twarzy i na pewno jakaś wersja w końcu do mnie zawita. Miałyście przyjemność obcować z pielęgnacją Evree? Ciekawa jestem Waszych opinii. Na jaki produkt polecacie mi zwrócić uwagę?



Instagram mix #4 / sierpień w zdjęciach

Zapraszam Was na podsumowanie minionego miesiąca, którego pierwsza połowa upłynęła mi bardzo przyjemnie, bo urlopowo. O drugiej połowie wolę się nie wypowiadać... dość wspomnieć, że nadrobiłam nieobecność w pracy z nawiązką. Ale wystarczy narzekania, przejdźmy do tego, co przyjemniejsze, czyli sierpień w zdjęciach :)

nasionka chia | śniadaniowe pyszności | koktajle, które latem gościły w naszym domu bardzo, bardzo  często

nowości w biblioteczce, które - jak widać - od razu poszły w ruch | upały... wystarczające wyjaśnienie dla tej pozycji :)

micha szczęścia | naleśniki z twarożkiem | letni spacer bez lodów? nieee... | w takim kubku to i zwykła pedros smakuje wykwintnie

nowości włosowe | i cielisto-twarzowe | no i jeszcze biżuteryjne do kompletu :) | wieczorne malowanko

 urlop 2015, czyli Jezioro Białe w Okunince...

plażing, smażing, czyli urlopu ciąg dalszy... zachody słońca były bajkowe, a temperatury iście tropikalne 

 1,2 moje miasto | spacerowo | a już myślałam, że nic z niego nie będzie... taka niespodzianka


Tradycyjnie już, na koniec, zajawki postów, które mogłyście przegapić:

Hity kosmetyczne lipca
Bujany fotelik, czyli przeczytane w lipcu
Mamo, Tato, załóżcie mi majtki! Goła pupa na plaży
Jak dbam o paznokcie i skórki? Manicure krok po kroku
Remont kuchni. Biała cegła - tak, czy nie?
W prawo, albo w lewo, czyli o wieloletnich związkach nieformalnych
Kosmetyczne nowości sierpnia

Ponadto na blogu opublikowałam przepis na szybką i zdrową sałatkę z kurczakiem, a w ostatnim poście miałam do Was małą prośbę. Przy okazji serdecznie dziękuję za wszystkie komentarze, które zostawiłyście zarówno pod poprzednim, jak i pod pozostałymi wpisami. Jestem niezwykle wzruszona i szczęśliwa, że tak chętnie dzielicie się ze mną swoimi przemyśleniami, buźka:*


Ciekawe, co przyniesie wrzesień...


A jak Wam upłynął sierpień? Wydarzyło się coś szczególnego?