Instagram mix #3

Zapraszam na lipiec okiem telefonu, czyli szybkie podsumowanie miesiąca, który za kilka godzin pozostanie jedynie miłym wspomnieniem...

to zdjęcie wywołało prawdziwe poruszenie w komentarzach, wspomnienia były tak silne, że zainspirowały mnie do napisania wpisu, w którym wspólnie przywoływałyśmy smaki dzieciństwa / życiowe dylematy / i za to właśnie kocham lato... / chłodzimy się

Moja codzienność, czyli Riko, koktajle warzywno - owocowe i kawa 

Dwa tygodnie temu w sobotę, wybraliśmy się do stolicy do Multimedialnego Parku Fontann - pokaz był rewelacyjny, a przy okazji pokręciliśmy się po Starówce. Pogoda dopisała, więc na skarpie tłumy ludzi. Zaliczyliśmy też krótkie zakupy w Arkadii, ale nie zostały uwiecznione na zdjęciach :)

Pomnik Małego Powstańca / Warszawa nocą / stylówka z niedzielnego spaceru / tym zdjęciem ogłosiłam światu <ekhem >, iż rozpoczęłam urlop, #yupi!

jeśli nosisz czarne paznokcie, to wiedz, że coś się dzieje... :) / słońce w kropelkach / makeup - nomakeup / i znów spacerowo

ulubieniec od Phenome / Harlan Coben, part 1 - Najczarniejszy strach / takim uśmiechem przywitałam dziś Instagram / Harlan Coben, part 2. Zatraciłam się chwilowo...



Życzę Wam słonecznego weekendu! Ściskam :)



Kosmetyczne nowości ostatnich tygodni - Clarins, Collistar, Alterra, Evree i inne

Bez zbędnego wstępów zapraszam na post przedstawiający produkty, które kupiłam w ciągu kilku minionych tygodni. Biorąc pod uwagę fakt, iż ostatni tego typu wpis ukazał się w maju, nie jest ich tak dużo. Zapraszam na szybki przegląd kosmetycznych nowości.

Kosmetyczne nowości ostatnich tygodni - Clarins, Collistar, Alterra, Evree i inne

Na początek Rossmann. Skorzystałam z promocji na olejki do ciała marki Evree i zaopatrzyłam się w dwa: Power Fruit oraz Super Slim. Aktualnie testuję ten drugi i moje odczucia są bardzo pozytywne. Kupiłam także olejek do włosów Alterra, nowość firmy, którą od niedawna znajdziecie na półkach drogerii. Bardzo ciekawi mnie, jak się sprawdzi. Chwilowo denkuję te, które mam rozpoczęte, więc Alterra musi cierpliwie poczekać na swoją kolej.


Poniżej również Rossmann. Tym razem maska L'oreal Fibralogy, która zbiera w sieci bardzo pochlebne recenzje i kusiła mnie już dłuższy czas. Kupiłam także nowość Rival de Loop, czyli skoncentrowane kapsułki Detox z kwasem fitowym i ekstraktem z kiełków pieprzycy siewnej. Jak widać na zdjęciu kosmetyk jest w fazie testów i jestem w wielkim szoku... to działa! Na pewno kupię drugie opakowanie, by mieć pewność, ale na chwilę obecną ten produkt jest ogromnym zaskoczeniem. Ostatnim kosmetykiem z Rossmanna jest słynny rozświetlacz firmy Lovely w wersji Gold. Tani, piękny i niezwykle trwały. Bardzo na plus.


Nowości z Douglasa. Tu skusiłam się na mega popularne kropelki brązujące do twarzy Face Magic Drops marki Collistar, które z miejsca podbiły moje serce i stały się letnim ulubieńcem. Kolejnym kosmetykiem jest samoopalacz do ciała w musie Delectable Self Tanning Mousse SPF15 firmy Clarins. W przypadku tego produktu mam mieszane uczucia, jednak dam mu jeszcze szansę, na wnioski przyjdzie jeszcze pora. Ostatnia nowość z Douglasa to nawilżająca maska do twarzy z serii Douglas Beauty System - More Than Moisture.


Na koniec zostawiłam hipoalergiczny płyn micelarny firmy Biały Jeleń oraz nowy zapach na lato Sheer Beauty, Calvin Klein - słodkawy, kwiatowo - owocowy, orzeźwiający, niestety trwałością nie grzeszy. Dobrze, że to 100ml, więc mogę psikać się w ciągu dnia, by utrwalić zapach.


No i dotarliśmy do końca. Lojalnie uprzedzałam, że nie ma tego dużo, prawda?


Znacie moje nowości? Miałyście okazję używać któregoś z tych kosmetyków? A co tam u Was ciekawego zagościło?



Przepis na letni deser owocowy

Uwielbiam lato, czego zresztą nigdy nie ukrywałam. Gdy żar leje się z nieba i większość osób szuka cienia, ja wręcz przeciwnie - wiem, że żyję, a energii mam tyle, że mogłabym góry przenosić... no może nie dosłownie, ale tak to mniej więcej wygląda:). W tym roku lato rozpieszcza mnie wysokimi, wręcz tropikalnymi temperaturami, dlatego chłonę promienie i cieszę się jego przysmakami, których nie brakuje. Sezonowe owoce stanowią podstawę mojej letniej diety i jem je na przemian - truskawki przegryzam czereśniami, popijam arbuzem, a na deser zajadam się jagodami i malinami... pysznie...
Często też przyrządzam sobie szybkie przekąski, których bazą są owoce. Gdy na zewnątrz panują upały, taki szybki, letni deser schłodzony dodatkowo w lodówce, przynosi upragnione orzeźwienie, a ponadto - dodając muesli, czy inne ziarna - szybko można zmienić go w danie, którym bez trudu zaspokoimy głód.

Przepis na letni deser owocowy

Dziś mam dla Was małą inspirację - przepis na letni deser owocowy, którego zaletą jest to, iż możecie modyfikować go według własnych upodobań. Przygotowanie tej pyszności zajęło mi dosłownie 5 minut. Co znajduje się w mojej szklance?
  • muesli naturalne z dodatkiem orzechów
  • jogurt grecki, najlepszy do deserów ze względu na jego gęstość i lekko kwaskowy smak
  • borówki
  • czereśnie
  • arbuz
Wszystkie składniki układam warstwami w szklanym naczyniu i gotowe! Można zajadać się do woli. Wstyd się przyznać, ale mój deserek nawet nie doczekał się leżakowania w lodówce, spałaszowałam go natychmiast po przyrządzeniu :). Proste, a jakie pyszne!

Przepis na letni deser owocowy

Ciekawa jestem, czy przygotowujecie sobie takie nieskomplikowane, letnie przekąski. Może podrzucicie mi swoje przepisy, jakie kombinacje smakowe lubicie?




Clochee, Wygładzający olejek do demakijażu i łagodzący tonik antyoksydacyjny

Clochee to kolejna perełka na kosmetycznej mapie Polski. Filarem firmy jest duet: Daria Prochenka i Justyna Szuszkiewicz , których celem było stworzenie kosmetyków w pełni naturalnych, bezpiecznych i zdrowych, takich, których same chciałyby używać. Tak więc asortyment wyprodukowany przez Clochee nie zawiera szkodliwych substancji alergizujących tj. parabeny, olej mineralny i pochodne ropy naftowej, silikony, alkohol, glikol propylenowy, syntetyczne barwniki i kompozycje zapachowe, PEG, SLES. 

Siła Clochee to także ekologiczne podejście do świata: wszystkie opakowania pochodzą z surowców wtórnych lub można poddać je recyklingowi.

Swoją przygodę z tą szczecińską firmą rozpoczęłam od przetestowania dwóch produktów służących do oczyszczania skóry twarzy. Skusiłam się na Wygładzający olejek do demakijażu i Łagodzący tonik antyoksydacyjny. Jaka jest moja opinia na ich temat? O tym w dalszej części, zapraszam.

Clochee, Wygładzający olejek do demakijażu i łagodzący tonik antyoksydacyjny

Wygładzający olejek do demakijażu ( 250ml / 89zł ) to produkt, którym - wedle zapewnień producenta - usuniemy makijaż, nawet wodoodporny nie powodując podrażnień i przesuszenia skóry. Dzięki obecności oleju ze słodkich migdałów jest bogaty w witaminy A, B1, B2, B6, D i E oraz składniki mineralne, a zawartość oleju sezamowego poprawia elastyczność i jędrność skóry. Naturalny skład pielęgnuje cerę dostarczając jej niezbędnych nienasyconych kwasów tłuszczowych już na poziomie demakijażu. Olejek przeznaczony jest dla każdego typu cery, szybko się wchłania, łagodzi zaczerwienienia.


Skład: Sesamum Indicum (Sesame) Seed Oil, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil, Decyl Oleate, Sorbitan Laurate (and) Polyglyceryl-4 Laurate (and) Dilauryl Citrate (and) Aqua, Dehydroacetic Acid (and) Benzyl Alcohol (and) Aqua, Citrus Sinensis (and) Eugenia Caryophyllus (and) Myristica Fragrans (and) D-Limonene (and) Eugenol

O ile olejki w codziennej pielęgnacji goszczą u mnie już na stałe i chętnie korzystam z ich dobrodziejstw, tak te przeznaczone do demakijażu kupuję rzadziej, by nie rzec, że raczej ich unikam. Jak dotąd zużyłam tylko jeden olejek do demakijażu i był to olejek Lierac . Był to bardzo udany kosmetyk i byłam z niego zadowolona... obiecywałam sobie nawet, że będą pojawiały się w mojej kosmetyczce częściej, jednak zawsze bliżej było mi do pianek, czy żeli. 
W przypadku Wygładzającego olejku do demakijażu marki Clochee zwyciężyła zwykła, babska ciekawość. Chciałam wypróbować coś nowego, a że poznając asortyment nieznanej mi firmy zawsze skupiam wzrok na produktach do oczyszczania twarzy, wybór tego duetu był przesądzony.

Olejek znajduje się w estetycznej, aluminiowej butli z pompką. Pompka ma blokadę open/close przez co nie musimy martwić się o transport, czy przypadkowe rozlanie. Konsystencja niezbyt gęsta, dzięki czemu fajnie rozprowadza się na twarzy. Jeśli chodzi o działanie, to - niestety - nie jest to produkt wszechstronny i moim zdaniem nie nadaje się do demakijażu oczu. Raz spróbowałam, czego efektem było długotrwałe zamglenie i szczypanie. Nie daje rady tuszom do rzęs i eyelinerom rozmazując je wokół oczu.
Natomiast świetnie sprawdza się w oczyszczaniu twarzy. Zawsze używałam go po wstępnym przetarciu skóry płynem micelarnym i ostatni krok w postaci toniku pokazywał czysty wacik. Ale...
Jeśli czytacie mnie już jakiś czas to doskonale wiecie, że mam tłustą skórę. Kupując olejek nie przypuszczałam, że po użyciu zostanie na niej warstewka, która mogłaby się sprawdzić na suchych cerach, ale na mojej jest absolutnie nie do przyjęcia tym bardziej, że po demakijażu aplikuję jeszcze odpowiednią pielęgnację. W połączeniu z kremem powodował nadmierne pocenie się skóry, miałam wrażenie, że ta warstwa jest za ciężka i za tłusta. Ograniczyłam stosowanie olejku do minimum, w zasadzie używam go mniej więcej dwa razy w tygodniu ponieważ nie wyobrażam sobie włączenia go do codziennej rutyny pielęgnacyjnej. Fakt, skóra jest mięciutka i prezentuje się wzorowo, kosmetyk nie spowodował wysypu, czy pogorszenia stanu skóry, ale nie umiem przekonać się do tej tłustości.

Myślę, że o wiele korzystniej zadziała na suchej skórze, która potrzebuje mocnego odżywienia, a i warstwa natłuszczająca jej nie zaszkodzi, a wręcz przyniesie ulgę. 


Łagodzący tonik antyoksydacyjny ( 250ml / 55zł ) zawiera bogaty w witaminy oraz sole mineralne ekstrakt z zielonej herbaty, a także ekstrakt z miłorzębu japońskiego, który kryje w sobie wiele cennych oraz unikatowych związków czynnych tj. polifenole - terpenoidy, flawonoidy. Dzięki takiemu składowi tonik działa regenerująco, hamuje rozwój stanów zapalnych, ogranicza rumień, działa antyoksydacyjnie, nawilża, wzmacnia tkankę łączną skóry, hamując proces starzenia się.


Skład: Aqua, Aloe Barbadensis Leaf Juice (and) Potassium Sorbate (and) Sodium Benzoate, Glycerin, Camellia Sinensis Leaf Extract (and) Aqua (and) Glycerin (and) Potassium Sorbate (and) Sodium Benzoate, Ginkgo Biloba Leaf Extract (and) Aqua (and) Glycerin (and) Potassium Sorbate (and) Sodium Benzoate, Rosa Damascena Flower Extract (and) Potassium Sorbate (and) Sodium Benzoate (and) Citric Acid, Aqua (and) Hydrolyzed Corn Starch (and) Beta Vulgaris (Beet) Root Extract, Sodium Dehydroacetate.

Obietnice zacne, jednak w moim przypadku nie przełożyły się na zadowolenie ze stosowania. Gdybym miała w kilku słowach opisać swoje wrażenia, napisałabym: dobry, ale bez rewelacji. Nie zauważyłam, by w jakikolwiek sposób łagodził podrażnienia, czy zaczerwienienia skóry. Ot, przyjemnie odświeżał, a biorąc pod uwagę ogromny wybór tego typu produktów na rynku, to stanowczo za mało i nie sądzę byśmy spotkali się ponownie. Sytuacji nie poprawia fakt, iż tonik niezbyt przyjemnie pachnie... wiem, że to sama natura, ale woń przypominająca gabinet dentystyczny to nie najlepsza rekomendacja, prawda? Nie jest najgorzej, jednak oczekiwałam po nim znacznie więcej.


Musze przyznać, że moje pierwsze spotkanie z produktami marki Clochee nie należało do tych z kategorii woow!. Jestem lekko rozczarowana, bo opinie w sieci dobrze rokowały. No cóż, życie... chętnie poznałabym coś do ciała, być może będzie lepiej.


Znacie markę Clochee?



Jak ukryć brzuszek? Szara sukienka Mohito

Jak ukryć brzuszek? Szara sukienka Mohito

Gdy na wiosnę postanowiłam przeorganizować oraz zaprowadzić porządek w garderobie okazało się, że brakuje mi elementów odzieży, które będą na tyle uniwersalne, że sprawdzą się podczas kompletowania zestawów na wiele, różnych okazji. Sukienka, którą dziś zaprezentuje to efekt świadomych zakupów, dzięki czemu już nie raz uratowała mnie z opresji typu nie mam co na siebie włożyć. Miękka dzianina delikatnie otula sylwetkę, a dzięki szerszej, luźnej górze fantastycznie maskuje brzuszek, więc jeśli chciałybyście ukryć to i owo, ten model sprawdzi się wyśmienicie.

Dziś w towarzystwie nieśmiertelnych, białych Conversów, ale jej niezobowiązujący, minimalistyczny fason polubi także czarne klasyczne szpilki i  kopertówkę. Jedna sukienka, a ileż możliwości...

Jak ukryć brzuszek? Szara sukienka Mohito
Jak ukryć brzuszek? Szara sukienka Mohito
Jak ukryć brzuszek? Szara sukienka Mohito
Jak ukryć brzuszek? Szara sukienka Mohito
Jak ukryć brzuszek? Szara sukienka Mohito
Jak ukryć brzuszek? Szara sukienka Mohito

sukienka - Mohito / torba - Stradivarius / trampki - Converse



Wehikuł czasu. Smaki, które kojarzą mi się z dzieciństwem

Nie spodziewałam się, że Biedronka zafunduje mi niesamowitą podróż w czasie. Gdy przy kasie zobaczyłam wielki karton po brzegi wypełniony gumami Turbo, poczułam taką ekscytację i wzruszenie, że na moment zupełnie straciłam poczucie rzeczywistości. Kojarzycie taką scenę z filmów, gdy nagle wszystko wokół spowalnia, a myśli głównego bohatera koncentrują się na jednej rzeczy? Tak to właśnie wyglądało. Prawdziwy wehikuł czasu.

Wehikuł czasu. Smaki, które kojarzą mi się z dzieciństwem

W jednej chwili twarz ozdobił uśmiech, a wspomnienia buzowały w głowie powodując nieprawdopodobny błogostan. Momentalnie przeniosłam się do czasów dzieciństwa i wczesnej młodości, na szkolne korytarze, na podwórko babci, które latem pachniało skoszoną trawą, świeżymi owocami, mlekiem i aromatycznym ciastem drożdżowym, na działkę, gdzie biegałam w samych majtach brudna od stóp po sam czubek głowy, do niedzielnych obiadów, na których królował rosół i najlepszy na świecie kompot z wiśni, do świątecznych rarytasów, które w niczym nie przypominały dzisiejszych, na blokowisko, na którym się wychowałam i którego okolice znałam, jak własną kieszeń... 

Warto czasem brać przykład z dzieci dlatego pomyślałam, że powspominam beztroskę tamtych lat. Niesamowite, że guma Turbo stała się inspiracją do dzisiejszego wpisu :). Jakie smaki kojarzą mi się z dzieciństwem? Zapraszam na kulinarną podróż w czasie.


Zupa owocowa

Jedna z potraw, którą babcia serwowała w czasie upalnych, letnich dni. Makaron z zimnym kompotem już nigdy potem nie smakował tak samo, jak wtedy. Najlepsza była wiśniowa, ale truskawkowa dzielnie deptała jej po piętach. Pamiętam jak wspólnie zasiadaliśmy pod wielkim, rozłożystym orzechem, który dawał upragniony cień i pałaszowaliśmy ten niebiański przysmak, aż się uszy trzęsły. Oczyma wyobraźni widzę dziadka zmęczonego po całodziennej pracy w polu, kury leniwie przechadzające się po podwórku, koty ocierające się o nogi... czuję zapach trawy, zboża, drzew owocowych, mleka... wsi spokojna, wsi wesoła :)


Blok czekoladowy

Najlepszy robiła moja mama. Schłodzony w lodówce, z dodatkiem herbatników, orzechów, o mocno czekoladowym smaku. Przysmak, który zawsze znikał w ekspresowym tempie i o który nie raz biłam się ze starszym bratem. No cóż... silniejszy był, więc ostatni kawałek zawsze należał do niego. Kto pamięta blok czekoladowy? Przypuszczam, że młode pokolenie nie wie nawet co to takiego:)


Rabarbar

Kwaśny jak diabli, ale latem, gdy słońce przypiekało skórę był najlepszym sposobem na szybkie orzeźwienie. Od kiedy pamiętam rósł na naszej podmiejskiej działce, na której co roku sadziliśmy mały warzywniak. W rodzinnym domu był częstym składnikiem kompotu albo ciasta. Do dziś widzę jak biegam po działce z badylem w dłoni i zajadam się wykrzywiając twarz od cierpkiego, rabarbarowego smaku.


Czekolada, pomarańcze

Wiem, wiem... młodsi czytelnicy pomyślą ale co to za smak dzieciństwa, teraz też są. Są, ale mam wrażenie, że smakują inaczej. Kiedyś, gdy pacholęciem byłam czekoladę i pomarańcze jadło się tylko w święta. Co ważne, nie wystarczyło iść do sklepu i po prostu kupić, tak jak ma to miejsce obecnie. Wychowałam się w małym miasteczku, po duże zakupy trzeba było specjalnie jechać do stolicy. Ach! Co to była za radość, gdy mama wracała z torbami po brzegi wypełnionymi świątecznymi specjałami. Dziś, po ponad dwudziestu latach, święta nadal pachną dla mnie świeżymi pomarańczami i tabliczką czekolady. Moja córka zupełnie tego nie rozumie i za każdym razem gdy wącham pomarańczę w poszukiwaniu wspomnień, patrzy co najmniej podejrzliwie, choć z zaciekawieniem... jak na jakieś zjawisko :)


Przysmak świętokrzyski

Kto pamięta charakterystyczną kratkę, która wrzucona do rozgrzanego tłuszczu pęczniała i zmieniała się w chrupiącą przekąskę? Nawet nie chcę myśleć ile milionów kalorii zawiera ten przysmak, ale jakże miłe i pełne wspomnień są to kalorie.... A wiecie, że można go jeszcze kupić? Ostatnio widziałam go w sklepie, leżał na najniższej półce, zasłonięty morzem czipsów i przekąsek, które teraz się jada... taki samotny, zapomniany... aż się żal przysmaku zrobiło :)


Oranżadka w proszku, guma Turbo, Donaldówki, draże 

Mogłabym wymieniać i wymieniać, bo jest tego naprawdę mnóstwo. Każdy z tych smaków nierozerwalnie wiąże się z beztroskim dzieciństwem. Nie było nic lepszego od oranżadki wyjedzonej umorusanym paluchem, czy draży kakaowych zjedzonych na szkolnej przerwie. A gumy Turbo i Donald? Założę się, że wśród Was są osoby, które zbierały dołączone do nich historyjki, czy obrazki z samochodami. Pamiętacie, jak wymieniało się je na takie, których nie mieliśmy jeszcze w swojej kolekcji? :D. Zdarzały się prawdziwe perełki, które były tak rzadkie, że z miejsca trafiały na listę najbardziej pożądanych i najbardziej wartościowych...



Ach, cudowne to były lata, aż się łezka w oku kręci. Napiszcie jakie smaki kojarzą się Wam z dzieciństwem? Jest coś tak charakterystycznego, że do dnia dzisiejszego wywołuje lawinę wspomnień?




Dodatki do Twojego domu. Jak szybko odmienić nudne wnętrze?

Remonty to świetna sprawa. Pomimo całego zamieszania i niedogodności, jakie panują podczas ulepszania i odnawiania, czynią naszą przestrzeń piękniejszą, bardziej komfortową i wygodną. Niestety duży remont wymaga sporego zaplecza finansowego i nie zawsze możemy sobie na niego pozwolić.
Moje mieszkanie największą renowację przeszło 2 lata temu. Było malowanie, kupowanie mebli i dekoracji. O ile na początku wszystko było bardzo w moim guście, tak teraz kilka rzeczy chętnie bym zmieniła. Na razie jesteśmy na etapie planowania sporego remontu kuchni, więc salon i pozostałe pomieszczenia muszą zostać takie, jakie są. 
Ale, ale... od czego są dodatki? Kilka drobnych, kosmetycznych zmian w wystroju pozwala szybko odmienić nudne wnętrze. Zakup większości to wydatek rzędu kilkunastu lub kilkudziesięciu złotych, a efekty na pewno usatysfakcjonują osoby, które chciałyby coś zmienić, ale fundusze nie pozwalają na kolejny generalny remont. 

Dodatki do Twojego domu. Jak szybko odmienić nudne wnętrze?


Kupowanie dodatków i zmiana dekoracji to - można powiedzieć - moje hobby :). Nie potrzeba wiele, wystarczą małe, kosmetyczne zmiany, by dom nabrał świeżości. Dziś postaram się zainspirować Was do takich zmian. Jak szybko odmienić nudne wnętrze? Zobaczmy...



1. Wiklinowe koszyki to nie tylko oryginalna dekoracja, ale i fajny sposób na przechowywanie różnych drobiazgów, których w domu nie brakuje. Osobiście wykorzystuję taki koszyk jako składzik na ładowarki do aparatu, telefonu, laptopa, dzięki czemu wszystko mam pod ręką.

2, 4. Latarenki, świeczniki kosztują niewiele, a potrafią momentalnie odmienić wnętrze i sprawią, że salon, czy chociażby balkon nabierze przytulności.

3. Lampa stołowa nie musi być nudna - ta, którą wybrałam doskonale doświetli małą przestrzeń... świetnie sprawdzi się jako ozdoba np. kącika do czytania.


5. Poduszki, poszewki - jeden z moich ulubionych sposobów na zmianę aranżacji. Kilka nowych poszewek w mig odświeży nudne wnętrze.

6. Koc, narzuta. Znakomita ozdoba, która ociepli klimat salonu. Może posłużyć jako ochrona Twojej skórzanej kanapy, czy ulubionego fotela albo - złożone na brzegu - ciekawa dekoracja.

7. Girlanda świetlna to wszechstronna ozdoba - sprawdzi się na brzegu komody, czy lustra, ale najfajniej prezentuje się w dużym, szklanym wazonie.

8. Typografia do powieszenia na ścianę to doskonały pomysł. Równie ciekawie wygląda wydrukowana, umieszczona w antyramie i ustawiona na stole czy szafce.


Oprócz dodatków, które przedstawiłam możecie skorzystać z jednego z najtańszych i najbardziej skutecznych sposobów na nudne wnętrze, czyli wazon z kwiatami. Nic tak nie ożywi pomieszczenia, jak piękny bukiet świeżego i pachnącego kwiecia. W moim domu królują tulipany, jednak często korzystam z sezonowych bukietów, rwanych na łące lub pokradzionych zza płotu sąsiada. Wiosną mój wazon należał do bzu i innych drzew, które akurat zakwitały. Latem jest to najczęściej roślinność polna - takie niedoskonałe bukiety są najpiękniejsze.

Jeśli posiadacie bogatą kolekcję zdjęć wywołajcie te, które przywołują miłe lub szczególnie ważne chwile i zróbcie swoją małą galerię. W tym temacie niezawodna jest Ikea - to w niej zaopatruję się w ciekawe modele. Jakiś czas temu zakupiłam kilka ramek w różnych rozmiarach z zamiarem powieszenia ich na ścianie w salonie. Taki zbiór fotografii będzie fantastycznym dodatkiem i ozdobą pomieszczenia, w którym spędzamy najwięcej czasu.


Wszystkie przedmioty, które przedstawiłam w dzisiejszym artykule pochodzą ze strony Westwing. Wyszukałam takie, które najchętniej widziałabym w swoim domu i które najbardziej trafiają w mój gust i styl mojego mieszkania. Jestem niemal pewna, że szeroki wybór dodatków uporządkowanych w tematyczne kampanie, zatrzymają Was na Westwing na długie godziny.



Gdzie zaopatrujecie się w dodatki do swojego domu? Jakie dekoracje kupujecie - i zmieniacie - najchętniej?




Yonelle, Infuzyjny krem pod oczy na noc

Na weekend zostawiam dla Was prawdziwą perełkę pielęgnacyjną polskiej marki YONELLE, zamkniętą w eleganckiej i luksusowej buteleczce z matowego szkła, w kobiecym pastelowo-różowym kolorze. Całość niezwykle urocza, w pełni odzwierciedlająca bogactwo, które skrywa.

Yonelle, Infuzyjny krem pod oczy na noc

Infuzyjny krem pod oczy na noc to odżywczy krem o bogatej konsystencji stworzony z myślą o pielęgnacji skóry dojrzałej 40+, suchej i normalnej, który stanowi skuteczną terapię przeciwzmarszczkową i regenerującą nasycając skórę cennymi substancjami odżywczymi i stymulującymi. Pomaga skórze wytwarzać więcej kolagenu i elastyny, zwiększa jędrność, elastyczność i gęstość, dając komfort odnowionej skóry.
Ponadprzeciętne właściwości kremu osiągnięto dzięki zastosowaniu NANODYSKÓW, czyli rewolucyjnych nośników substancji aktywnych, zwiększających wnikanie retinolu nawet o 340%.

Główne składniki to: nanodyski, retinol, peptydy, kwas hialuronowy, olej tsubaki, olej jojoba.

Krem nie zawiera kompozycji zapachowej, a aromat który wyczuwamy to naturalny zapach składników.
Pojemność to standardowe 15 ml. Cena 149 zł.

Yonelle, Infuzyjny krem pod oczy na noc
Yonelle, Infuzyjny krem pod oczy na noc

Infuzyjny krem pod oczy na noc to nie pierwszy kosmetyk YONELLE, który opisuję dla Was na blogu. Te, których używałam dotychczas sprawiły, że stałam się absolutną fanką receptur stworzonych przez tę markę. Jak dotąd żaden mnie nie zawiódł, a musicie wiedzieć, że moja aktualna pielęgnacja opiera się w głównej mierze na jej produktach, więc mam w zanadrzu jeszcze kilka recenzji :)

Wróćmy jednak do bohatera dzisiejszego wpisu, bo ten zasługuje na same pochwały. Choćbym nie wiem jak usilnie szukała jego słabszych punktów, to nic nie jestem w stanie znaleźć. Odpowiada mi wszystko począwszy od przepięknego opakowania, poprzez konsystencję, aż do efektów i samej przyjemności z używania. Już na pierwszy rzut oka widać, że został stworzony z prawdziwej pasji, z niezwykłym wyczuciem estetyki i z największym zaangażowaniem. Opakowanie dopracowane w najmniejszym szczególe, by dać klientkom odrobinę luksusu podczas codziennej dbałości o skórę. Wszelkie niuanse, jak chociażby materiałowy woreczek, który otula butelkę, sprawiają, że używanie kremu sprawia przyjemność.

To, co znajduje się w środku to bogaty, gęsty krem, który przeznaczony jest do stosowania na noc. Dzięki temu skóra ma sposobność wchłonąć jeszcze większą ilość wartościowych składników znajdujących się w kosmetyku. Rozprowadzenie go nie przysparza problemów, aczkolwiek - z uwagi na jego gęstość - trzeba robić to ostrożnie, by nie naciągać delikatnej skóry pod oczami. Krem potrzebuje kilku minut aby się wchłonąć, jednak nie znika zupełnie otulając okolice oczu subtelną, odżywczą warstwą. Często nakładam go jak maskę, aplikując większą ilość i zostawiając do wchłonięcia. Taki kompres rewelacyjnie koi moją skórę, nawilża, regeneruje i przynosi niebywałą ulgę przesuszonej całodziennym makijażem skórze.

Po kilku tygodniach daje się zauważyć znaczną poprawę kondycji okolic oczu - skóra jest znacznie bardziej odżywiona, napompowana regenerującymi składnikami, a zmarszczki mimiczne zauważalnie spłycone. Przez chwilę stosowałam go razem z rewelacyjnym serum liftingującym, przez co efekty były jeszcze bardziej widoczne. 
Krem nie podrażnia, nie dostrzegłam też żadnych problemów uczuleniowych. 

Jeśli poszukujecie treściwego i skutecznego kremu pod oczy, to z czystym sumieniem polecam Wam ten produkt. Zapraszam na stronę marki YONELLE, gdzie będziecie mogły zapoznać się z pozostałymi kosmetykami stworzonymi przez tę wyjątkową markę.

Zachęcam również do kliknięcia w etykietę Yonelle, która przeniesie Was do innych produktów.


A tymczasem życzę Wam cudownego i słonecznego weekendu:)


Tonujący krem z wysokim filtrem: Bioderma, Photoderm AR SPF 50+, Natural Colour

Jednym z kosmetyków, których nie może zabraknąć w mojej kosmetyczce latem jest krem z filtrem, który skutecznie ochroni moją skórę przed potencjalnym ryzykiem częstej i długiej ekspozycji na słońce. Dobranie właściwego to często droga przez mękę, a efekt po aplikacji skutecznie zniechęca do systematycznego używania. Najczęściej odstrasza nas wizja wieloetapowej pielęgnacji: krem, filtr, podkład. Mam dziś dla Was bardzo kuszącą propozycję. Co powiecie na tonujący krem z wysokim filtrem, który nie bieli, nałożony na twarz stanowi porządną ochronę przeciwsłoneczną, a jednocześnie delikatnie koloryzuje i poprawia wygląd skóry?

Tonujący krem z wysokim filtrem: Bioderma, Photoderm AR SPF 50+, Natural Colour

Photoderm AR SPF 50+ firmy Bioderma to skuteczna ochrona przeciwsłoneczna dla skóry reaktywnej i wrażliwej, z problemami naczynkowymi. Opatentowany kompleks Bioprotection chroni skórę przed szkodliwym wpływem promieni UV, stymulując naturalny system obronny, a dzięki składnikom zapobiegającym zaczerwienieniom oraz kompleksowi Rosactiv łagodzi podrażnienia oraz redukuje rumień.

Dodatkowo propozycja firmy Bioderma zawiera kolorowy pigment, który pięknie wyrównuje koloryt skóry, stanowiąc doskonałe połączenie ochrony przed promieniami UVA/UVB z lekkim kremem tonującym, który latem z powodzeniem zastąpi cały makijaż.

Bioderma Photoderm AR to dermokosmetyk, który nie zatyka porów, jest hypoalergiczny, wodoodporny, fototrwały i bezzapachowy.


Pojemność produktu to 30ml. Aktualnie w aptece internetowej i-Apteka.pl kupicie go w atrakcyjnym zestawie z mleczkiem łagodzącym skutki opalania.


Skład: Water (Aqua), Dicaprylyl Carbonate, Octocrylene, Methylene Bis-Benzotriazolyl Tetramethylbutylphenol, Butyl Methoxydibenzoylmethane, Alcohol Denat., Cyclomethicone, Dimethiconol Behenate, Glycerin, Potassium Cetyl Phosphate, Glyceryl Stearate, Peg-100 Stearate, Hydrogenated Vegetable Oil, Glycyrrhetinic Acid, Ginkgo Biloba Extract, Glycine Soya (Soybean) Germ Extract, Tocopheryl Acetate, Ectoin, Mannitol, Xylitol, Rhamnose, Fructooligosaccharides, Laminariaochroleuca Extract, Propylene Glycol, Decyl Glucoside, Ammonium Acryloyldimethyltaurate/Vp Copolymer, Xanthan Gum, Iron Oxides (Ci 77492), Titanium Dioxide (Ci 77891), Disodium Edta, Trilinolein, Bht, Iron Oxides (Ci77491), Iron Oxides (Ci 77499), Citric Acid, Trilinolenin, Triolein, Tripalmitin, Caprylic/Capric Trigyceride, Tristearin, Phenoxyethanol, Methylparaben, Propylparaben. Ethylparaben

Tonujący krem z wysokim filtrem: Bioderma, Photoderm AR SPF 50+, Natural Colour

Wczesna wiosna to odpowiedni moment na rozpoczęcie poszukiwań dobrego filtru. Przez ostatnie dwa lata pozostawałam wierna emulsji matującej Vichy, Capital Solei, jednak w tym roku na jej miejsce wskoczył krem tonujący Bioderma. To moje pierwsze spotkanie z filtrami tej firmy, ale z całą stanowczością stwierdzam, że jest ono bardzo udane.

Photoderm AR stanowi fajne połączenie dwóch kosmetyków. Moja skóra, choć w niezłym stanie, potrzebuje lekkiego stonowania i wyrównania kolorytu. Dzięki kremowi z wysokim filtrem chronię, a dodatkowo subtelnie poprawiam jej wygląd. Produkt nieźle się wchłania, aczkolwiek potrzebuje na to kilku minut, a przypudrowany trwa na skórze mniej więcej 3 godzinki. Należy mieć jednak na uwadze, iż planując typowe opalanie aplikacja powinna być ponawiana co 2 godziny lub po każdej kąpieli. Na co dzień doskonale zastępuje makijaż... jest lżejszy, niż podkład, a ponadto chroni i pielęgnuje skórę.
Podczas długotrwałej ekspozycji na słońce stanowi bardzo dobre zabezpieczenie przed poparzeniem oraz przebarwieniami, skóra jest zadbana, a ja spokojna :). Krem nie wchodzi w pory, bardzo dobrze się rozprowadza, nie podkreśla niedoskonałości w postaci suchych skórek, czy drobnych zmarszczek.  Moim zdaniem jest to doskonałe rozwiązanie na słoneczne dni. Polecam.



Używacie kremów z filtrem? Jaki kosmetyk zabezpiecza Waszą skórę przed szkodliwym promieniowaniem?




Bujany Fotelik. Książki czerwca


W czerwcu udało mi się przeczytać w całości lub tylko dokończyć 4 tytuły. Niedużo, ale lipiec zapowiada się pod tym względem o wiele lepiej - szósty dzień, a ja właśnie kartkuję drugą książkę. Pod koniec miesiąca zaczynam 3-tygodniowy urlop, więc czasu na czytanie będzie aż nadto. Nie mogę się doczekać :)
A dziś zapraszam na jakże skąpy post z cyklu Bujany Fotelik, z tym, że każdą z przeczytanych w czerwcu książek mogę Wam polecić. 4 lektury, każda inna... zapraszam.

Bujany Fotelik. Książki czerwca


"Michael Douglas. Biografia" Marc Eliot; liczba stron 352

Szczegółowy portret jednego z odnoszących największe sukcesy hollywoodzkiego aktora, Michaela Douglasa napisana przez autora popularnych biografii, Marca Eliota (m.in. Cary Granta, Clinta Eastwooda i Steve'a McQueena).
Trudna, pełna rywalizacji relacja syna z ojcem, hollywoodzką legendą Kirkiem Douglasem, ukształtowała karierę oraz prywatne życie Michaela. Dzięki swej determinacji i kreatywności oraz charyzmie, Michael Douglas zdołał zrzucić z siebie potężny cień rzucany na niego przez słynnego ojca. Przejął własny los w swoje ręce i stał się jednym z najbardziej wpływowych graczy Hollywood.

Michael Douglas to jeden z moich ulubionych aktorów. Jego kreacje zapamiętuje się na długo i zawsze są zapowiedzią dobrego filmowego seansu, dlatego z zaciekawieniem sięgnęłam po biografię napisaną przez Marca Eliota, okraszoną licznymi zdjęciami ukazującymi kolejne etapy w życiu aktora.
Książka bardzo szczegółowo opisuje rodzinne sekrety, twórczość, prywatność, walkę z chorobą i wreszcie szczęście, które Douglas znalazł u boku Catherine Zeta-Jones. Wciągająca lektura, która jest dowodem na to, iż sława i pieniądze nie zawsze idą w parze z udanym życiem osobistym, a czerwony dywan często jest usłany kolcami.


"Agent Storm. We wnętrzu Al-Kaidy i CIA" Morten Storm, Paul Cruickshank, Tim Lister; liczba stron 504

Morten Storm – były przestępca i islamski radykał, jako podwójny agent, brał udział w spektakularnych i najniebezpieczniejszych akcjach wywiadowczych. Dzięki niemu duńskie, brytyjskie i amerykańskie służby specjalne prowadziły operacje, których celem była m.in. likwidacja jednego z najniebezpieczniejszych terrorystów na świecie.

Storm był zbuntowanym przestępcą, członkiem duńskiego gangu motocyklowego. Żył na krawędzi, popadał w konflikty z prawem, brakowało mu celu w życiu. Po wyjściu z więzienia spotkał muzułmańskich duchownych i dał się uwieść ideologii radykalnego islamu. Jako nawrócony biały muzułmanin wtopił się w środowisko ekstremistów, nawiązał kontakty z niebezpiecznymi terrorystami i rozpoczął przygotowania do dżihadu. Kiedy jednak nowi przyjaciele zawiedli jego oczekiwania, bez wahania zmienił front i zaoferował swoje usługi zachodnim wywiadom. Zadeklarował, że chce wykorzystać swoją wiedzę i kontakty, by uderzyć w islamistów – dla pieniędzy. Służby nie odrzucają takich prezentów. Storm miał infiltrować siatki radykałów, a Amerykanie likwidować je precyzyjnymi uderzeniami dronów. Aby wystawić Al-Awlakiego, jednego z liderów Al-Kaidy, niedawnego przyjaciela, Storm musiał opracować karkołomny plan nakłonienia go do romansu z pewną Europejką…

Historia wciągająca, która z powodzeniem mogłaby służyć za scenariusz filmu. Nie mogę napisać, że czytało się ją lekko, a chwile spędzone z opowieścią Storma to czysty relaks. W książce poznajemy życie Agenta od dzieciństwa aż do chwili obecnej. Morten opowiada swoją drogę, która zaprowadziła go do udziału w zlikwidowaniu jednego z najgroźniejszych przywódców Al-Kaidy. Trudno uwierzyć w to, iż zaczęła się ona przez zupełny przypadek, w momencie gdy w bibliotece natrafił na książkę o islamie.
Książka przedstawia niezwykłą przemianę duchową młodego człowieka. Na szczęście opamiętanie przyszło w porę i Storm zrozumiał jak zgubny wpływ miała na jego życie.


"Dziesiąta symfonia" Joseph Gelinek; liczba stron 360

Młody hiszpański muzykolog Daniel Paniagua bierze udział w koncercie, podczas którego zostaje wykonana rekonstrukcja pierwszej części X Symfonii Ludwiga van Beethovena i zaczyna podejrzewać, iż autor tej rekonstrukcji, Ronald Thomas, być może jest w posiadaniu oryginału dzieła. Wkrótce Thomas zostaje bestialsko zamordowany - mordercy odcinają swojej ofierze głowę, na której jest wytatuowana sekwencja muzyczna. Daniel Paniagua zostaje wciągnięty w wir zaskakujących wydarzeń, piętrzących się zagadek, tajemniczych przypadków, które kolejno odsłaniają nieznane fakty z biografii Ludwiga van Beethovena.

Dziesiąta symfonia to książka napisana przez anonimowego autora ukrywającego się pod pseudonimem. Czytając ją nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że jej schemat zaczerpnięty jest z twórczości Dana Browna, czyli jednego z moich ulubionych pisarzy. Jeśli mieliście w dłoniach Kod Leonarda da Vinci, zapewne się ze mną zgodzicie. 
Czy Beethoven napisał X symfonię? Autor sugeruje, że tak. Przeczyłoby to wszystkiemu, co w świecie muzyki znane jest jako klątwa dziewiątej symfonii, która mówi, że artysta tworzący IX symfonię niedługo umrze. Na IX symfonii twórcze życie zakończyli; Anton Bruckner, Louis Spohr, Antonín Dvořák i Ralph Vaughan Williams. 
Mamy tu tajemniczy szyfr, brutalne morderstwo i śledztwo prowadzone w celu odzyskania rękopisu wielkiego dzieła, które dla miłośników i znawców muzyki jest niczym święty graal. Oprócz samego śledztwa w książce znajdziecie mnóstwo wątków z życia Beethovena, poznacie proces i okoliczności tworzenia kolejnych utworów oraz kilka szczegółów z dziedziny muzykologii. 


"Przebudzenie" Stephen King; liczba stron 536

Mroczna, elektryzująca powieść o tym, co może istnieć po drugiej stronie życia…
W niedużej miejscowości w Nowej Anglii, ponad pół wieku temu, na małego chłopca bawiącego się żołnierzykami pada cień. Jamie Morton podnosi głowę i widzi intrygującego mężczyznę, jak się okazuje, nowego pastora. Charles Jacobs wraz ze swoją piękną żoną odmieni miejscowy kościół. Mężczyźni i chłopcy skrycie podkochują się w pani Jacobs; kobiety i dziewczęta – w tym także matka Jamie’go i jego ukochana siostra Claire – tym samym uczuciem darzą wielebnego Jacobsa. Jednak kiedy rodzinę Jacobsów spotyka tragedia, a charyzmatyczny kaznodzieja wyklina Boga i szydzi z wiary, zostaje wygnany przez zszokowanych parafian.
Jamie ma własne demony. Od wielu lat gra na gitarze w zespołach na terenie całego kraju i wiedzie tułaczy żywot rock-and-rollowego muzyka, uciekając od rodzinnej tragedii. Po trzydziestce – uzależniony od heroiny, pozostawiony na pastwę losu, zdesperowany – Jamie ponownie spotyka Charlesa Jacobsa, co ma głębokie konsekwencje dla nich obu. Ich więź przeradza się w pakt, o jakim nawet diabłu się nie śniło, a Jamie odkrywa, że słowo „przebudzenie” ma wiele znaczeń.

Przyznaję, że ta książka budziła we mnie lęk i pewne obawy. Kto, jak kto, ale King znany jest z pisania mrocznych, niekiedy ciężkich do pojęcia i przetrawienia tytułów. Moje ostatnie spotkanie z jego twórczością było zawiłe, by nie rzec zniechęcające... wyobraźnia mistrza ewidentnie mnie przerosła i Czarny Dom wspominam jako skomplkowaną lekturę, której czytanie przychodziło mi z ogromnym trudem.
Przebudzenie okazało się jednak książką fascynującą... po raz kolejny King ukazał swoje bezsprzeczne mistrzostwo w tworzeniu trzymających w napięciu, momentami przedziwnych historii. Wszystko zaczyna się przyjemnie, wręcz sielankowo, by za chwilę przeobrazić się w horror, z porywającym, aczkolwiek mocno kontrowersyjnym zakończeniem. Zastawiające jest, jak wielki i otwarty musi być umysł osoby, która tworzy takie dzieła. Nieprawdopodobne. Kolejny raz jestem pod ogromnym wrażeniem kunsztu Kinga. Co nas czeka po drugiej stronie? Nie gwarantuję, że wizja Kinga spotka się z Waszą akceptacją...

Za tymi drzwiami czekają koszmary, których nie sposób objąć rozumem. Nie tylko kraina śmierci, ale kraina poza śmiercią, świat pełen obłędnych kolorów, szalonej geometrii i bezdennych otchłani, w których Wielkie Bóstwa wiodą swój niekończący się, obcy żywot i snują niekończące się, nikczemne myśli.



Jakie tytuły towarzyszyły Wam w czerwcu? Oczywiście liczę, że podzielicie się ze mną swoimi odkryciami.



Geomar, Thalasso Scrub, Odświeżający peeling do ciała


Prezentując hity kosmetyczne czerwca napomknęłam o świetnym peelingu do ciała na bazie oligoelementów z Morza Martwego firmy Geomar. Linia Thalasso to kuracja regenerująco-wyszczuplająco-oczyszczająca, mająca na celu redukcję cellulitu i poprawę mikrokrążenia.
Oprócz odświeżającej wersji, którą posiadam, wśród peelingów włoskiej marki znajdziecie także zmiękczającą truskawkową, rozświetlającą cytrynową, remodelującą kawową, czy antycellulitową z białą glinką.

Geomar, Thalasso Scrub, Odświeżający peeling do ciała

Odświeżający peeling do ciała Geomar to produkt złuszczający, który delikatnie usuwa martwe komórki i zanieczyszczenia skóry. Formuła opracowana jest na bazie soli morskiej i piasku wulkanicznego, które złuszczają i odnawiają naskórek. W składzie odnajdziemy także odżywiający, zmiękczający i nawilżający olej arganowy, ekstrakty z ananasa i Kocanki włoskiej, mentol i eukaliptus, które drenują oraz wywołują odprężenie i odświeżenie ciała. Ponadto mamy tu także rozjaśniające Witaminę B3 i C, a oligoelementy z Morza Martwego sprawiają, że skóra staje się miękka i sprężysta.

Plastikowy słój mieści aż 600ml produktu. Do opakowania dołączona jest widoczna na zdjęciach, mała szpatułka, która służy do dokładnego wymieszania peelingu, tak by sól morska połączyła się z odżywczymi olejami. Można to zrobić oczywiście palcami ( co jest nawet przyjemne ).

Regularna cena peelingów Geomar to 69zł, a kupicie  je w perfumeriach Douglas. Ja swój egzemplarz dorwałam w promocji za 49zł.

Geomar, Thalasso Scrub, Odświeżający peeling do ciała
Geomar, Thalasso Scrub, Odświeżający peeling do ciała
Geomar, Thalasso Scrub, Odświeżający peeling do ciała

Osobiście dość długo nie mogłam przemóc się do peelingów solnych. Miałam kiedyś nieudane spotkanie z jednym takim, o którym chciałabym już zapomnieć, dlatego przez długi czas wybierałam cukrowe produkty złuszczające. Gdy kilka miesięcy temu Justynka podarowała mi solny peeling Balea przekonałam się, że mogą być całkiem przyjemne i powolutku przeciągnęły mnie na swoją stronę. Aktualnie korzystam z ich dobrodziejstwa bardzo chętnie.

Dziewczyny, które używały peelingów Geomar i Collistar twierdzą, iż działanie i właściwości obydwóch są porównywalne, z tym, że cena tego pierwszego jest trzy razy niższa. Niestety, jak dotąd nie miałam okazji używać produktu Collistar, więc bazuję na recenzjach znalezionych w sieci.

Jaka jest moja opinia o peelingu odświeżającym Geomar? Jeśli nie straszna Wam sól, która jest mocnym zdzierakiem, a do tego lubicie uczucie chłodzenia i mocnego odświeżenia ciała, to koniecznie musicie go wypróbować!

Produkt ten to porządnie złuszczający produkt, który w połączeniu z silnym mentolowo-eukaliptusowym aromatem znakomicie oczyszcza skórę, a dodatkowo cudownie odpręża i chłodzi ciało. Po wymieszaniu warstwy olejowej z solą uzyskujemy gęstą i treściwą konsystencję, która nie osypuje się w nadmiarze i którą wykonamy skuteczny, pobudzający masaż. Po zabiegu skóra jest gładziutka, miękka i nawilżona, a ponadto wersja odświeżająca gwarantuje nam wspaniałą aromaterapię... mentol daje czadu. Uczucie chłodzenia odczuwalne jest do godziny po użyciu. 
Oleje zawarte w składzie pozostają na skórze tworząc subtelną powłoczkę, ale nie jest ona tłusta, przeszkadzająca, czy marząca się. Otacza naszą skórę rześkim zapachem i odżywiającą warstewką przynosząc komfort i przemiły efekt aksamitnej skóry. 

Regularnie używany poprawia stan naskórka, ciało nabiera zdrowego kolorytu, a drobne wypryski, czy przebarwienia po nich znikają. Skóra jest elastyczna i pełna życia. Całkowita redukcja cellulitu oczywiście nie nastąpiła, ale poprawa jędrności jest zauważalna.

Podsumowując uważam, że peeling do ciała Geomar to naprawdę porządny produkt i warto skusić się na jakąś wersję, by przekonać się o jego właściwościach. Opcja odświeżająca doskonale sprawdzi się latem, gdy uczucie chłodu jest na wagę złota. Gwarantuję, że przyniesie ulgę i wspaniale orzeźwi łaknące cienia ciało. 



Instagram mix #2


Czerwiec za nami, a więc pora podsumować profil na Instagramie. W minionym miesiącu działo się dużo dobrego, zresztą zobaczcie...

Instagram mix #2
zaczynamy cudowny weekend we Wrocławiu ( odsyłam do wpisu ze szczegółową relacją ) | Wyspa Słodowa | Most Tumski zwany mostem zakochanych | widok na Ostrów Tumski z Zatoki Gondoli

jeszcze trochę Wrocławia i pyszna pizza, #yummie | taką sprawiłam sobie pamiątkę... wreszcie mam! :D | a to już drobny prezencik | prezentacja musiała być

selfie w przymierzalni, czyli zakupy blogery :D | ykhm, tyle dobra, że człowiekowi odbija... | nowości w szafie | nowa torba w akcji

relaks z Kingiem i truskawkami | sezonowe pyszności | domowy chlebek na zakwasie | a ten mani pokazywałam na blogu, o tu

wreszcie ogarnęłam szafę, yupi! | taki wschód słońca - widok z mojego łóżka, dla ciekawych: ok 5 rano:) | #detailsoftheday | chillowanie

kolejny cudowny weekend, tym razem Lublin i wizyta u Anetki | a to właśnie Aneta... i ja, ale mnie już znacie :D | blogery piją... | ... i zwiedzają...

... i jedzą absolutnie smakowite gofry | ... nadal jedzą, tu placki ziemniaczane z warzywami zapieczone serem | a to ja i Anetki Czesiek |  na zakończenie weekendu w Lublinie zrobiło się romantycznie, #my 

ja | ja | ja | bluza :)



Do zobaczenia za miesiąc! Buziaki :*