Czego o mnie nie wiecie? Poznajmy sie bliżej


Drogi Czytelniku, skoro tu jesteś to znaczy, że treści, które publikuję w jakimś stopniu Cię interesują, a blog sam w sobie wydaje Ci się miejscem, gdzie miło spędzisz klika minut.  Staram się jak mogę, byś chętnie do mnie wracał bez przeświadczenia, że będzie to czas zmarnowany i pozbawiony sensu. Podążając dalej tym tropem, śmiem sądzić, że i mnie - jako właścicielkę - darzysz odrobiną sympatii. Myślę, że na tym to właśnie polega... blog to nie tylko treść, czy piękne zdjęcia (choć też są ważne), ale przede wszystkim jego autor, ukryty gdzieś tam, w swoim fotelu, popijający ulubioną herbatę, stukający w klawiaturę i uśmiechający się na każdy, miły i budujący komentarz. 
Zastanawiasz się czasem kim jest ta osoba? Jaka jest na co dzień? Co ją cieszy, a co smuci? Czego się boi i jakie są jej marzenia? Osobiście rozmyślam na ten temat i to całkiem często. Snuję rozważania, jak bym z daną osobą spędziła czas, czy byłoby fajnie, czy znaleźlibyśmy wspólny język i jak to, co czytam przekłada się na rzeczywistość. Nie ukrywam, że z przyjemnością poznałabym kilka osób, z którymi poczułam szczególną więź... ufam, że tak się stanie, szkoda tylko, że często mieszkamy od siebie kilkaset lub kilka tysięcy kilometrów.

Się rozpisałam, a więc do sedna. Masz ochotę poznać kilka faktów o mnie? Jeśli interesuje Cię czego nie umiem i nigdy nie opanuję, zapraszam do dalszej części wpisu :)


YONELLE, Infusion Anti-Age Serum - infuzyjne serum młodości


Ten moment musiał kiedyś nadejść. Nieuniknionym było, iż w pewnym wieku cera stanie się bardziej wymagająca w kwestii pielęgnacji i oprócz czynności rutynowych, wykonywanych niemal schematycznie i mających poprawić jej kondycję, zapragnie czegoś mocniejszego. Odpowiednio dobrane serum to doskonały kosmetyk, który dzięki wysokiemu stężeniu składników aktywnych pomoże szybko zregenerować naszą skórę, lepiej niż krem poradzi sobie ze zmarszczkami, poza tym silniej nawilży i odnowi, dlatego warto zainwestować w dobry jakościowo produkt, który będzie dla naszej skóry swoistym zastrzykiem witalności.

Serum polskiej marki YONELLE to bardzo aktywny kosmetyk do cery dojrzałej 40+, z infuzyjną technologią NANODYSKÓW™ i reaktywatorem metabolizmu komórkowego. Wraz z wersją na okolice oczu stanowi nieodzowny i zgrany duet dla kobiet, które w walce z upływającym czasem pragną wytoczyć najcięższe działa. A ten - jak wiadomo - to szalenie trudny przeciwnik :)
YONELLE, Infusion Anti-Age Serum - infuzyjne serum młodości
Infusion Anti-Age Serum to nowatorski i superskuteczny silny reaktywator komórkowy zwany także serum młodości, którego zadaniem jest zapobieganie wszystkim objawom starzenia się skóry.

Własna domena - problemy, które pojawiły się w trakcie przeprowadzki

No i stało się. Miejsce, które właśnie odwiedziliście jest niby takie samo, a jednak inne. Inne, bo moje. Nie bez przeszkód, ale dałam radę - blog zyskał własną domenę. Yupi :D. Emocje już opadły, nerwy udało się okiełznać, ciśnienie wróciło do swego stałego, niepokojąco niskiego poziomu, a mięśnie ponownie zwiotczały, jestem więc gotowa, by napisać kilka słów na temat mojej przeprowadzki. Gdybym zrobiła to kilka dni temu, ten post wyglądałby mniej więcej tak : *****___**##**!!!!!

Nie jestem ekspertem, a kwestie techniczne z zakresu informatyki niczym różnią się dla mnie od archaicznego języka greckiego...to tak, jakby obcokrajowcowi kazać powiedzieć "Cecylia czyta cytaty z Tacyta". 
Łatwo nie było.
Własna domena to świetna sprawa, prestiż, możliwości i takie tam, ale ile nerwów zjadłam i ile paznokci obgryzłam podczas całego procesu, tylko ja jedna wiem... no i domownicy, którzy dzielnie znosili moje napady histerii:).
Pomyślałam więc, że dokładnie opiszę co i jak, od początku, do końca, wzdłuż i wszerz, łącznie z podaniem adresów stron, bez których utknęłabym już na samym początku. Być może ktoś z Was jest na etapie podejmowania decyzji i takie informacje mogą być przydatne. Wiem też, że gdybym osobiście na takowy poradnik trafiła wcześniej, zaoszczędziłabym sobie kilku godzin bezsensownego ślęczenia nad kompem.
Własna domena - problemy, które pojawiły się w trakcie przeprowadzki

Jestem na nie #2 || Rimmel, Garnier, Bielenda

Eksperymenty w temacie testowania kolejnych kosmetyków mają swoje zalety i wady. Nie każdy zakup stanowi wartość dodaną i zdarza się, że nasze oczekiwania nie mają przełożenia na końcowe zadowolenie. Powszechnie jednak wiadomo, iż to, co nie sprawdziło się u mnie, może być jednocześnie Waszym ulubieńcem, dlatego nie szafuję słowem "bubel".
Zapraszam na drugą odsłonę postu o trzech takich, co nie skradli mego serca :D.
Jestem na nie #2 || Rimmel, Garnier, Bielenda

L'oreal, Rouge Caresse Lipstick, 06 Aphrodite Scarlet

Kolejna pomadka? A i owszem, czemu nie? Geneza zakupu jest dość prozaiczna... otóż ta sztuka trafiła do mnie przez przypadek, tzn. do drogerii poszłam z rozmysłem, ale planowałam zaopatrzyć się w coś zupełnie innego, hmm..."drugi produkt do makijażu za 1gr" - pamiętacie tę słynną, listopadową promocję? No więc i ja tam byłam, a że nowa pomadka to - w moim przypadku - zawsze dobry pomysł...:)

Rouge Caresse to formuła łącząca działanie szminki, błyszczyka i balsamu do ust, czyli komfort, łatwość aplikacji oraz piękny połysk w jednym. Dostępna jest w 16 kolorach, co znacznie ułatwia wybór.

Odcień, który posiadam, czyli Aphrodite Scarlet 06 to piękna, transparentna, delikatna czerwień, która wpada w różowe tony. Właściwie to więcej w niej różu, niż czerwieni, choć patrząc na kolor sztyftu, trudno w to uwierzyć. Bardzo niejednoznaczny kolor, który może przybierać różne odcienie w zależności od światła oraz naturalnej pigmentacji ust.

MAC, Creme Cup Lipstick - idealna pomadka w kolorze nude

Pomimo mojego uwielbienia dla mocnych, wyrazistych ust, są dni, gdy mam ochotę na subtelne podkreślenie. Wybieram wówczas delikatny błyszczyk lub pomadkę w naturalnym kolorze.
Ukochany nudziak, niezastąpiony w codziennym makijażu to przepiękna szminka z asortymentu firmy MAC, która wespół z Coral Bliss jest sprawdzoną receptą na nieskomplikowany i błyskawiczny make-up. Prawdę mówiąc, jest to już drugi egzemplarz tego koloru, ale na blogu ma dziś swoją premierę.

Creme Cup, bo o niej mowa, to pomadka o formule cremesheen, czyli kremowa z leciutkim połyskiem.

3 cechy, które podziwiam u popularnych blogerów

Mój blog ma już ponad dwa lata. Przez ten czas były wzloty i potknięcia, które w moim mniemaniu podważały sens jego istnienia. Niejednokrotnie zastanawiałam się w jakim kierunku chcę pójść, co chcę osiągnąć, czego oczekuję i czy w ogóle ma to wszystko sens. Patrząc na duże, popularne blogi, które skupiają wokół siebie kilkudziesięciotysięczne społeczności wydawało mi się, że moja strona to tylko kolejna, nic nie wnosząca pisanina. Nie lubię porównywać się z innymi i nie jestem typem zazdrośnicy - każdy ma tyle, ile sam sobie wypracował, ale słynni blogerzy mają coś, za co ich szczerze podziwiam. Wiadomo - kasa to efekt harówki, nierzadko po kilkanaście godzin dziennie, jednakże pewne cechy charakteru niewątpliwie ułatwiają osiągnięcie sukcesu. I zdaje się, że tych cech albo u mnie brak albo są tak głęboko ukryte wśród licznych obaw i lęków, że jeszcze się nie ujawniły.

3 cechy, które podziwiam u popularnych blogerów 

 


Odwaga

Rasowy bloger jest ambitny, niepokorny i ma odwagę wyrazić swoje zdanie, nawet jeśli jest kontrowersyjne, a im bardziej sporne i problematyczne, tym lepiej. To pobudza czytelników do dyskusji, do podważania jego opinii i choć nie każdy bloger bierze sobie do serca punkt widzenia odbiorców swoich treści, to przynajmniej wymiana zdań jest gorąca :)

Ja od zawsze mam z tym problem, zwłaszcza jeśli znajduję się w nowym środowisku - potrzebuję czasu, by się oswoić, a i on nie gwarantuje sukcesu. Najczęściej jestem zła na samą siebie i za każdym razem obiecuję sobie, że tym razem będzie inaczej, że będę bardziej odważna, że nowe otoczenie nie odbierze mi języka i rozumu. Guzik. Zawsze efekt jest taki sam - mądre myśli przychodzą po czasie, a ja żałuję, że znów dałam się pokonać własnej nieśmiałości. Strach przed nowym zupełnie mnie paraliżuje i odbiera zdolność do jakiejkolwiek aktywności.

Pamiętam jak kiedyś, będąc usmarkanym szczeniakiem, mój pan od muzyki dostrzegł we mnie zalążek talentu wokalnego. Postanowił go ze mnie wydobyć, fundując mi darmowe lekcje śpiewu. Wszystko było w porządku do czasu publicznego wystąpienia w jakimś konkursie - język stanął mi kołkiem, a w gardle zaschło ze strachu. Nie potrafiłam wydusić z siebie żadnego dźwięku, nie mówiąc już o zaprezentowaniu swoich wokalnych umiejętności. Stałam tak, w pięknej sukieneczce na środku wielkiej sceny i zdawało mi się, że za chwilę umrę.

Od tego czasu trochę się zmieniło, życie mnie zmieniło - łatwiej nawiązuję kontakty, mam odwagę wyrazić swoją opinię i uwielbiam, jak współrozmówcy są otwarci na mój punkt widzenia. Lubię dyskutować, ale nigdy nie narzucam swojego zdania jako nadrzędnego i jeśli tylko przedstawisz mi rozsądne argumenty jestem w stanie przyznać się do pomyłki. Może to błąd? Może powinnam zmienić nastawienie i uznać swoje stanowisko za jedyne właściwe? Czyż nie jest to rola opiniotwórczego blogera? Czyż nie tak kształtuje się jego wpływ na czytelników?
Lubię sobie pogadać, co zresztą widać na załączonym obrazku, jednak tylko wtedy, gdy mam coś sensownego do powiedzenia - ględzenie dla zabicia czasu jest kompletnie nie w moim stylu.


Ukierunkowanie na osiągnięcie sukcesu


Uwielbiam czytać blogi, szczególnie te, na których panuje życzliwa i przyjacielska atmosfera, których autorzy mają kontakt ze swoimi czytelnikami i na których czuję się kameralny i swojski klimat. W takich miejscach czuję się bardzo komfortowo.
Zakładam, że większość powstała pod wpływem impulsu, a rozpoznawalność i chęć budowania coraz większego zasięgu przyszły z czasem i były naturalnym następstwem. To tak samo, jak z apetytem - rośnie w miarę jedzenia. Jednak są blogi, których właściciele od samego początku ukierunkowali swą działalność na odniesienie sukcesu i każdy wpis, każde posunięcie było na chłodno przekalkulowane. Oni po prostu chcieli ten sukces odnieść! i - co najważniejsze - byli przekonani, że tak będzie.

A co ze mną? Moje niezdecydowanie przyprawia mnie czasem o mdłości. Z jednej strony bardzo bym tego chciała... zresztą, któż by nie chciał, a z drugiej boję się, że stracę swego rodzaju anonimowość. Jak na razie mój blog ginie w gąszczu tysięcy jemu podobnych i nie jest rozpoznawalny lub - tym bardziej - wpływowy, a o jego istnieniu wiedzą tylko moi domownicy i Wy, czyli moi obserwatorzy... chyba, że coś w tym temacie uległo zmianie bez mojej wiedzy :). Czy jest przez to gorszy? Nie. Może za mało mnie w sieci, albo nie ma mnie tam, gdzie bywać powinnam?

W ubiegłym roku jedna z moich ulubionych blogerek opublikowała post, który - i owszem - przeczytałam z wielkim zainteresowaniem, jednak podczas czytania komentarzy rozdziawiałam paszczę coraz bardziej i bardziej. Co zaskakujące, okazało się, że mnóstwo blogerów ukrywa swoje strony przed światem, obawiając się fali krytyki i niezrozumienia dla ich pasji. Do czego zmierzam? Otóż Joanna podjęła ryzyko i ujawniła bloga, co przyczyniło się do wzrostu popularności... ja nadal tkwię w ciemni.
Prawdopodobnie to niemądre, ale cały czas nie mogę pozbyć się wrażenia, że nie jestem odpowiednią osobą, by kreować opinie innych. A najciekawsze w tym wszystkim jest to, że ja naprawdę dobrze się czuję, gdy występuję w roli lidera, gdy decyduję o jakimś projekcie, gdy mój pomysł okazuje się lepszy i jest brany pod uwagę przez szefostwo. To jak rozdwojenie jaźni, jakby walczyły we mnie dwie, różne osobowości - jedna silna, przywódcza i żądna władzy, a druga zagubiona i szukająca pomocnej dłoni.
Muszę bardziej zawalczyć o siebie. Chyba potrzebuję mocnego kopa w zadek :). Być może jest to spowodowane zbyt wygórowanymi oczekiwaniami w stosunku do siebie samej, być może chcę być zbyt perfekcyjna, dlatego to co robię nie przynosi wystarczającego samozadowolenia?
Podziwiam blogerów, którzy mają w sobie dość siły, by podjąć walkę i nie wstydzą się głośno o tym mówić. Przewartościowanie priorytetów, sprecyzowanie celów i - tu będzie słowo klucz - DĄŻENIE do ich realizacji, to połowa sukcesu... druga to, nie bójmy się tego słowa - ciężka harówa, bowiem nic nie przychodzi ot tak, na pstryknięcie palcem.

Doskonałym przykładem blogerów, którzy postawili wszystko na jedną kartę i postanowili walczyć o swój sukces są Dorota, znana jako Kameralna oraz Michał prowadzący bloga Jak oszczędzać pieniądze? Opłaciło się. Rok 2014 to był ich rok! Dziś należą do elity polskich blogerów, a uznanie, które zdobyli jest dopiero preludium. Jestem pewna, że nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa. Osobiście bardzo im kibicuję, bo to niezwykle wartościowe osoby, od których wiedzę można czerpać garściami. Takie persony są dowodem na to, iż chcieć znaczy móc, dlatego są dla mnie ogromną inspiracją i motywują mnie do cięższej pracy.


Poczucie własnej wartości


Najważniejszy z punktów, który nierozerwalnie wiąże się z sukcesem. Nie da się go osiągnąć bez przekonania, że na to zasługujemy!  Jak trudna jest praca nad swoimi uprzedzeniami i obawami wiedzą tylko Ci, którzy taką walkę podjęli. Niska samoocena towarzyszy wielu osobom i zazwyczaj ma ona niewiele wspólnego z tym, co widać na zewnątrz. Tak sobie teraz myślę, że prawdopodobnie wiele osób, które uważałam dotychczas za pewne siebie i przebojowe ukrywa swe rozterki pod szczelnym pancerzem. Najistotniejsze jest to, by chociaż spróbować przepędzić złe duchy, a tym samym przetrzeć szlaki, które w wyniku znikomego poczucia własnej wartości, są dla nas niedostępne.

Prowadzenie swojego bloga to naprawdę świetna zabawa, a dla niektórych szczęśliwców - również praca. Blog, jako główne źródło utrzymania to - wbrew pozorom - bardzo ciężkie zajęcie, wymagające opanowania wiedzy z wielu różnych dziedzin. Monika napisała ostatnio znakomity artykuł o tym czego nauczy Cię blogowanie?, natomiast Michał w swoim pożegnaniu z 2014 rokiem podkreślił, jak wielki wpływ na niego samego miało pisanie bloga :

"Chciałbym Wam powiedzieć, że nadal jestem tym samym Michałem jak rok temu, ale to byłoby kłamstwem. Jestem inny. Jestem dużo bardziej pewny tego, że to co robię ma sens, że to co planuję i realizuję to nie mrzonki tylko konkret, że nie muszę mieć żadnych kompleksów (tak – ja też je mam), że bycie dumnym z tego co robię jest elementem mojej tożsamości i nie powinienem wypierać sukcesu, który odnoszę jako bloger."

Oczywiście droga do zmian jest żmudnym procesem, jednak nie jest to niewykonalne. W tym roku zamierzam o to zawalczyć :). Praca nad sobą i nad blogiem to jeden z moich najważniejszych celów na najbliższe 12 miesięcy.




YONELLE, Infusion Eye Lift Serum - liftingujące serum pod oczy i na powieki


YONELLE to polska marka założona w 2013 roku przez dwie kobiety - Jolantę Zwolińską oraz Małgorzatę Chełkowską, której misją jest tworzenie luksusowych kosmetyków o ponadprzeciętnej skuteczności przeciwzmarszczkowej. Grupą docelową są kobiety dojrzałe +40, które stopniowo tracą atrybuty młodości - skóra wolniej się regeneruje, wolniej wytwarza kolagen, widać pierwsze oznaki starzenia się. Marka stworzyła nową jakość kosmetyków opartą na Nanodyskach, wnikających nawet do 14 warstwy komórek skóry, dzięki czemu zapewniają radykalną poprawę wyglądu i jakości skóry.

Dokładnie 4 miesiące temu skusiłam się na dwa sera - do twarzy i pod oczy - z serii INFUSION, czyli luksusowych kosmetyków infuzyjnych, odmładzających wygląd skóry, przeznaczonych do pielęgnacji cery kobiet powyżej 40-stego roku życia. Dziś opiszę ten, który okazał się absolutnym geniuszem i z którego jestem niesamowicie zadowolona, a mianowicie serum pod oczy i na powieki:

 

Infusion Eye Lift Serum - serum liftingujące

YONELLE, Infusion Eye Lift Serum - liftingujące serum pod oczy i na powieki

Infusion Eye Lift Serum to silnie skoncentrowany kosmetyk pod oczy i na powieki, do stosowania zarówno na dzień, jak i na noc. Ponadprzeciętne właściwości serum osiągnięto dzięki rewolucyjnemu wspomaganiu przenikania m.in. Argireliny, czystego retinolu i kwasu hialuronowego. Każda kropla tego wyjątkowego kosmetyku daje natychmiastowe poczucie komfortu, wygładzenia i świeżości. Już po 1-2 tygodniach następuje redukcja wyraźnie zarysowanych zmarszczek, skóra pod oczami jest rozjaśniona, idealnie nawilżona. Często obserwuje się efekt podniesienia górnej powieki, przez co spojrzenie nabiera młodzieńczego blasku. 

7 najpiękniejszych kobiet - subiektywny ranking

Niemal dwa lata temu na moim blogu pojawił się gorący post, którego głównymi bohaterami byli niezwykle przystojni i nieziemsko pociągający mężczyźni. Przedstawiłam wówczas moich 7 wspaniałych, czyli osobników, których widok przyspiesza tętno, a "nogi uginają się pode mną, jak po całonocnej wódce" ( Henryk Grynberg ). Ranking odzwierciedlał moje indywidualne fascynacje, aczkolwiek Wasze komentarze uświadomiły mi, że mój gust jest - zdaje się - dość standardowy, bowiem wiele dziewczyn przyklasnęło moim nominacjom.

Dziś natomiast, dla odmiany, zaprezentuję przedstawicielki płci pięknej, które niezmiennie zachwycają mnie swoją aparycją, klasą oraz sexapilem. Jednak zanim przejdziemy do meritum, chciałabym wyjaśnić jedną kwestię - otóż nie interesuje mnie ile z tej urody to natura, a ile zostało doszlifowane chirurgicznym skalpelem i strzykawką. Nie zaczytuję się w portalach plotkarskich, ani nie śledzę fejsbukowych tablic, więc kto z kim i za ile także nie leży w kręgu moich upodobań. Panie, których zdjęcia za moment ozdobią mojego bloga przywołują miłe wspomnienia i - najzwyczajniej w świecie - dobrze mi się kojarzą :). Nieustająco z przyjemnością na nie patrzę, podziwiając wyjątkową urodę, piękną sylwetkę, czy świetny styl. W całym zestawieniu najważniejsze jest miejsce pierwsze - ta sexowna, zjawiskowa i szalenie pociągająca niewiasta to moja zdecydowana faworytka, pozostałe sześć Pań śmiało mogłoby stanąć razem na drugim stopniu podium, bowiem ciężko mi je w jakikolwiek sposób uporządkować:). Na potrzeby dzisiejszego postu starałam się przypisać odpowiednie numerki...przyjmijmy jednak, że mój prywatny ranking wygląda tak: miejsce pierwsze... długo, długo nic, a potem cała reszta:).

Zapraszam na mój subiektywny ranking... niewykluczone, że odnajdziecie w nim także swoje typy.

7 najpiękniejszych kobiet

 
Piękne kobiety, prywatny ranking, najpiękniejsze kobiety

 

Phenome, Purifying Hair Mask - oczyszczająca maska do włosów


Marzenia, które mnożą się wraz z początkiem roku obejmują różne sfery naszego życia. Ja, w trakcie pisania tego postu wymyśliłam kolejne...chciałabym, abym w 2015 roku trafiała na same kosmetyczne perełki, które mnie nie rozczarują, które nie będą zabójcze dla mojego portfela i które zachwycą mnie od pierwszego użycia, tak jak miało to miejsce w przypadku maski, którą będę Was dziś kusiła :).
Phenome, maska oczyszczająca, Puryfying Hair Mask, pielegnacja włosów

Purifying Hair Mask marki Phenome to nic innego, jak maska do włosów, która skutecznie i intensywnie oczyszcza włosy bez naruszania jej struktury. Z jej pomocą pozbędziemy się z naszych kosmyków nadmiaru sebum, a także pozostałości środków do stylizacji, dzięki czemu włoski odzyskają świeżość i witalność oraz będą idealnie przygotowane na dalsze zabiegi pielęgnacyjne.

Doskonały skład opracowany na bazie glinki kaolinowej działającej oczyszczająco i ściągająco, w którym znajdziemy m.in. ekologiczne wody roślinne, proszek ryżowy oraz drobinki z pestek oliwek, czyli naturalne substancje złuszczające, organiczne oleje: makadamia, arganowy i jojoba, które nawilżają, zmiękczają i odbudowują strukturę włosa oraz liczne naturalne ekstrakty i wyciągi roślinne, jak chociażby wyciąg z mięty pieprzowej, czy ekstrakt z liści oczaru wirginijskiego.

Skład: Kaolin, Citrus Medica Limonum (Lemon) Peel Water, Aloe Barbadensis Leaf Water, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Fruit Water, Caprylic/Capric Triglyceride, Cetearyl Alcohol, Glycerin, Camellia Sinensis Leaf Water, Macadamia Ternifolia Seed Oil / Macadamia Integrifolia Seed Oil, Ammonium Lauryl Sulfate, Cetearyl Glucoside, Oryza Sativa (Rice) Powder, Bentonite, Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil, Aqua, Argania Spinosa Kernel Oil, Olea Europaea (Olive) Seed Powder, Sodium Stearoyl Glutamate, Butyrospermum Parkii (Shea Butter), Shorea Stenoptera Seed Butter, Myristyl Myristate, Hamamelis Virginiana Leaf Extract, Zea Mays (Corn) Silk Extract, Cedrus Atlantica Bark Extract, Laminaria Saccharina Extract, Mentha Piperita (Peppermint) Extract, Crithmum Maritimum (Sea Fennel) Extract, Panthenol, Hydrolyzed Wheat Protein, Mel, Equisetum Arvense (Horsetail) Leaf Extract, Lycium Barbarum Fruit Extract, Morinda Citrifolia (Noni) Extract, Vaccinium Macrocarpon Fruit Extract, Lactic Acid, Xanthan Gum, Parfum, Potassium Sorbate, Sodium Benzoate, Citral, Geraniol, Limonene, Linalool 

Ciężki, masywny słój zawiera 200ml czystego dobra. Opakowanie powiedziałabym standardowe dla marki Phenome. Mamy tu więc dodatkowo karton, który obfituje w opisy wszelakiej maści - jak zawsze tylko w języku angielskim -, a także plastikowe wieczko zabezpieczające naszą maskę. Całość niezwykle urokliwa i elegancka.
Standardowa cena maski to 94zł. Swój egzemplarz nabyłam z 20% rabatem, co zdecydowanie przyspieszyło i ułatwiło decyzję o zakupie :) Okazje cenowe to coś, czym marka dosyć obficie nas rozpieszcza, zarówno w sklepach stacjonarnych, jak i na swojej stronie internetowej, dlatego proponuję być czujnym i czekać na sprzyjającą okoliczność.

Cóż mogę rzec? Purifying Hair Mask jest rzeczywiście wspaniała, więc nie dziwią mnie wszystkie zachwyty kierowane w jej stronę - kolejny produkt z asortymentu marki, który mnie absolutnie oczarował.
Jest to doskonały sposób na oczyszczenie włosów oraz skóry głowy delikatnie, acz skutecznie - ten aspekt docenią szczególnie osoby, które niestrudzenie dążą do przedłużenia świeżości swoich kosmyków, jednak pozbycie się z czupryny wszelkich nieczystości to zagadnienie, które powinno zainteresować wszystkich, bez wyjątku, tak więc maska ta automatycznie staje się doskonałą alternatywą i cudownym antidotum dla każdego rodzaju włosów, także tych suchych, czy normalnych.

Drobiny ścierające całkowicie wypłukują się podczas mycia szamponem, pomimo iż jest ich spora ilość, a konsystencja maski bardzo treściwa. Początkowo miałam w tej kwestii obawy, na szczęście okazały się przedwczesne i zupełnie bezzasadne.

Stosowanie Purifying Hair Mask to czysta przyjemność - połączenie wspaniałego aromatu, łatwości aplikacji, dogłębnego i efektywnego działania oraz długotrwałe efekty utrzymujące się nawet dwa dni, co przy konieczności codziennego mycia włosów jest nie lada wybawieniem. Gęsta, biała maź, w której zanurzone są peelingujące drobinki, pozwala na wykonanie relaksującego masażu skóry głowy, nie spływa nam z wilgotnych włosów podczas aplikacji, oczyszczając kosmyki na całej długości szybko, łatwo i skutecznie, co wyczuwalne jest już podczas kolejnego kroku, czyli tradycyjnego mycia szamponem.
Włosy po jej użyciu odzyskują blask, lekkość, sypkość i puszystość, są szalenie miękkie w dotyku... prawdę mówiąc ciężko jest powstrzymać się przed ciągłym ich mizianiem :). Osobiście rezygnuję z odżywki po myciu, bowiem zupełnie nie czuję takiej potrzeby - włosy nie plączą się podczas rozczesywania, a odżywienie i nawilżenie jest satysfakcjonujące.

Maska jest niezwykle wydajna. Używam jej mniej więcej dwa razy w tygodniu od niespełna trzech miesięcy i zostało mi jeszcze ok 1/4 opakowania. Wszystko przez treściwą konsystencję - wystarczy niewielka ilość, by produkt zaczął rozpieszczać nasze włosy swym fantastycznym działaniem.

Gorąco polecam!


Jak pielęgnujecie swoje włosy? Stosujecie maski oczyszczające? Znacie maskę marki Phenome?



Pielegnacja tłustej skóry | 3 maseczki - Organique, Lush, GlamGlow


Pielęgnacja tłustej, problematycznej skóry to niekończąca się walka. Osoby, które tak jak ja zostały takową obdarzone wiedzą, że zaspokajanie jej potrzeb bywa kłopotliwe i trzeba poświęcić jej mnóstwo uwagi oraz cierpliwości. Wypracowanie adekwatnego systemu pielęgnacji to często droga przez mękę, jednak metodą prób i błędów można z nią dojść do jako takiego kompromisu. 

Kluczowy jest bez wątpienia staranny demakijaż i na nim najbardziej się skupiam, ale jest kilka innych czynników, które mają istotny wpływ na kondycję skóry i pozwalają mi utrzymać ją w ryzach. Jedną z priorytetowych czynności, której nie pomijam i wyjątkowo się do niej przykładam jest regularne aplikowanie maseczek. Wspomniane lądują na mojej twarzy minimum 3 razy w tygodniu, dlatego w swoich zbiorach muszę mieć kilka do wyboru, by w razie potrzeby móc nimi żonglować i dobierać według aktualnych potrzeb.

Dziś opiszę trzy maseczki, które znakomicie się u mnie sprawdzają i które pomagają w codziennej pielęgnacji tłustej skóry. Jeśli nie przerażają Was teksty zawierające kilkanaście tysięcy znaków, zapraszam dalej :)

 Pielegnacja tłustej skóry | 3 maseczki - Organique, Lush, GlamGlow

Organique, Clay Mask

 

To nic innego, jak najczystsza postać białej glinki. Nie znajdziemy tu zbędnych domieszek - 100% natury. Biała glinka, czyli kaolin to zdecydowanie najdelikatniejsza z glinek, przez co powinny się nią zainteresować także osoby, które mają suchą, wrażliwą, czy skłonną do podrażnień skórę.
Dzięki dużej zawartości krzemianu glinu, który działa ściągająco, a także mikroelementów takich jak wapń, magnez, żelazo, czy potas, które odżywiają i regenerują, wspaniale sprawdzi się w pielęgnacji cer dojrzałych oraz - co dla mnie najistotniejsze - tłustych i mieszanych.

Biała glinka jest łagodna dla skóry, usuwa zanieczyszczenia, wygładza, uelastycznia, remineralizuje oraz delikatnie rozjaśnia. 


Propozycja marki Organique jako jedyna z prezentowanych ma postać proszku, który trzeba samodzielnie przekształcić w gęstą papkę nadającą się do aplikacji na twarz. Jedną łyżeczkę glinki mieszamy z wodą (można także użyć ulubionego hydrolatu, toniku, czy naparu z ziół), aż do uzyskania idealnie gładkiej masy. Wbrew pozorom jest to łatwa i nie zabierająca zbyt dużo czasu czynność. Należy jedynie pamiętać, by do rozrabiania naszej maski nie używać nic metalowego - najodpowiedniejsze będą drewniana miseczka i taka sama łyżeczka lub szpatułka.

Maskę z białej glinki przyrządzam sobie raz w tygodniu. Gdyby nie fakt, że po drodze stosuję także inne, mogłabym z powodzeniem zwiększyć częstotliwość, bez żadnego uszczerbku dla wyglądu mojej cery. Przez to, iż jest wyjątkowo delikatna, nie podrażnia skóry, nie odczuwam w trakcie seansu dyskomfortu, a oprócz uczucia ściągnięcia, które jest typowe dla glinek, nie dostrzegam żadnych dokuczliwości.

Ważne jest, by kontrolować stopień suchości i nie dopuścić do całkowitego wyschnięcia maseczki na twarzy, bo - pomimo, iż jest łagodna - może lekko podrażnić, zwłaszcza osoby mające wyjątkowo wrażliwą i suchą skórę. Dobrze jest lekko zraszać wysychającą maseczkę wodą termalną lub mineralną.

Świetnym pomysłem jest dodanie do papki kilku kropel ulubionego olejku, oliwy z oliwek, czy chociażby odrobinę jogurtu naturalnego lub żółtka, co zniweluje uczucie ściągnięcia i dodatkowo odżywi skórę. Maseczkę zawsze zmywam ciepłą wodą.
15-minutowy seans zapewnia mi zdrowo, świeżo i ładnie napiętą skórę. Pory są w widoczny sposób zmniejszone, cera jest jaśniejsza i wygładzona, a wszelkie zaczerwienienia zniwelowane.
Efekt utrzymuje się zazwyczaj do dnia następnego. Być może nie jest on spektakularny, ale naprawdę zadowalający, a co najważniejsze - im bardziej systematyczna jestem, tym wpływ białej glinki jest łatwiejszy do zauważenia.



GlamGlow, Tingling & Exfoliating Mud Mask


...czyli holliwoodzki sekret piękna i urody, stworzony przez amerykańską firmę, której założycielami są Glenn & Shannon Dellimore. Maska produkowana od 2011 roku sprzedawana jest obecnie w 52 krajach - w Polsce kupicie je m.in w perfumeriach Douglas.
Za sprawą trzech składników: Teaoxi®, czyli formule pobudzającej syntezę kolagenu, przeciwstarzeniowej i przeciwzmarszczkowej, francuskiej glince, która minimalizuje pory i chroni przed zanieczyszczeniami oraz skale wulkanicznej delikatnie złuszczającej obumarły naskórek, cera natychmiast wygląda młodziej i jest pełna blasku!


Zdobywające coraz większe uznanie oraz popularność maseczki GlamGlow przez długi czas chodziły mi głowie... niestety zaporowa cena studziła moje zapędy. Wspomnę tylko, że to ślicznie wyglądające maleństwo o pojemności 50ml kosztuje bagatela 199zł.
Blogosfera znana jest jednak z obecności dobrych duszyczek, i tak, za sprawą Agnieszki prowadzącej bloga Ines Beauty oraz Dystrybutora masek GlamGlow otrzymałam swoje małe, czarne cacuszko. Możecie tylko wyobrazić sobie moją radość :).
Maska przyszła do mnie w pięknym, czarnym kartonie zabezpieczonym folią. Sam słoiczek ma pod nakrętką sreberko, które chroni produkt. Wszystkie informacje dotyczące działania i składu znajdują się na kartonie, więc bez problemu odszukamy interesujące nas kwestie techniczne.

Producent zaleca, by nakładać cienką warstwę maski na 10 minut, 2 razy w tygodniu, lub w zależności od potrzeb. Na początku tak też jej używałam, jednak szybko przerzuciłam się na jedną aplikację tygodniowo. Maska ma działanie przede wszystkim silnie złuszczające i taka częstotliwość okazała się optymalna.

Tak jak w przypadku większości masek z zawartością glinki, tak i ta bardzo szybko zastyga na twarzy, tworząc skorupę baaardzo ograniczającą mimikę twarzy. Przez moment po nałożeniu daje się odczuć niemiłe pieczenie, mrowienie... nic przyjemnego, ale da się przeżyć. Po kilku minutach zanika. Często przetrzymywałam maskę do ok 20 minut. Po tym czasie lekko zwilżałam ją wodą i wykonywałam dokładny peeling skóry - zanurzone w masce cząstki doskonale złuszczały naskórek. Skóra po zmyciu może być lekko zaczerwieniona, jakby podrażniona, jednak po mniej więcej godzinie wszystko ładnie znika. Rezultaty utrzymują się ok 2 dni... polecam ja przed ważnym wyjściem.
Jeśli zastanawia Was kwestia wydajności, to spieszę wyjaśnić, iż pomimo niewielkiej pojemności maska GlamGlow jest wyjątkowo wydajna - spokojnie wystarczy na ok 12 aplikacji. Myślę, że w tej sytuacji kwota, jaka musimy za nią zapłacić, przestaje tak bardzo uwierać:)

Podsumowując jest to mały geniusz! Uwielbiam efekt, jaki osiągam po jej użyciu - skóra jest niesamowicie jędrna, jaśniejsza, a do tego nie da się nie zauważyć silnych właściwości liftingujących - wyglądam jak po zabiegach medycyny estetycznej:).
Czarna maska GlamGlow złuszcza i to jak złuszcza! Moim zdaniem jest to jedna z silniej eksfoliujących masek, z jakimi miałam do czynienia. Dobrym rozwiązaniem byłoby nałożyć po jej zmyciu wersję białą z kwasami, która pięknie oczyściłaby naszą skórę, natomiast szczytem luksusu zaaplikowanie na koniec niebieski wariant nawilżający :)
Nie wiem, jak mogłaby się zachować na skórach suchych, ale sądząc po mocy obawiam się, że byłaby zbyt silna. Moja tłusta skóra bardzo ją polubiła i nawet nieprzyjemne uczucie pieczenia nie sprawia większego problemu.

SKŁAD: Aqua (Water), Montmorillonite (Volcanic Minerals), Kaolin (French Sea Clay), Magnesium Aluminum Silicate (Purified Clay), Polyethylene, Pumice (Micro Volcanic Rock), Camellia Sinensis Leaf (Green Tea Leaf), Camellia Oleifera Leaf Extract (Green Tea), Chamomilla Recutita Flower Extract (Chamomile), Calendula Officinalis Flower Extract (Marigold), Cucumis Sativus Fruit Extract (Cucumber), Hedara Helix Extract (Ivy), Symphytum Officinale Leaf Extract (Comfrey Herb), Lavandula Hybrida Oil (Lavender), Glycerin (Vegetable), Parfum, [Benzyl Benzoate, Hexyl Cinnamal, Limonene, Linalool], Phenoxyethanol, Methylparaben, Butylparaben, Ethylparaben, Propylparaben, Isobutylparaben, Diazolidinyl Urea

po lewej stronie maseczka LUSH, natomiast po prawej czarna GlamGlow


LUSH, Mask Of Magnaminty

 

Maska angielskiej marki znanej z produkcji naturalnych kosmetyków, została stworzona z myślą o cerach normalnych, mieszanych i tłustych. Jest to głęboko oczyszczający produkt, który może być stosowany zarówno do pielęgnacji twarzy, jak i ciała. Zielony kolor maska zawdzięcza obecności chlorofilu, w składzie znajdziemy także mieloną fasolkę Aduki, która delikatnie peelinguje oraz dezynfekującą, chłodzącą i odświeżającą skórę miętę pieprzową.


Mask of magnaminty to trzeci i ostatni produkt marki LUSH, który miałam okazję testować. Jeśli ciekawią Was dwa pozostałe, to zapraszam do szczegółowych recenzji : czyścik do twarzy Angels on bare skin oraz świeża maska Catastophe cosmetic.

Intensywnie pachnąca, silnie chłodząca i silnie oczyszczająca - tak mogłabym ją opisać w wielkim skrócie. Twarz po jej użyciu prezentuje się wspaniale, jest gładka, jaśniejsza, pory zminimalizowane, wszelkie krostki natychmiast przysychają, a zaczerwienienia znikają.
Maska pomimo zawartości glinki nie zasycha na twarzy - przez cały seans pozostaje lekko wilgotna, a jej zmycie nie sprawia kłopotu. Podczas usuwania jej z twarzy wykonujemy intensywny masaż, dzięki czemu drobiny peelingujące mają szansę się wykazać i genialnie złuszczyć skórę, która po takim domowym spa jest świetnie nawilżona i napięta. Mam też wrażenie, że systematycznie aplikowana reguluje wydzielanie się sebum - skóra dłuższy czas zachowuje mat i nienaganny wygląd.

Mask of magnaminty nie jest świeżą maską, którą trzeba trzymać w lodówce, jednak ja właśnie tak ją przechowywałam. Dzięki zawartości mięty pieprzowej, mocno schłodzona dawała niezwykłe odświeżenie i genialnie pobudzała skórę.
Zapach mocno miętowy, obawiam się, że nie wszyscy będą z niego zadowoleni, bowiem jest naprawdę intensywny. Niezbyt gęsta papka z łatwością daje się nałożyć na skórę twarzy, w trakcie użytkowania odrobinę gęstnieje w opakowaniu.

Skład, który znajdziecie na plastikowym słoiczku prezentuje się imponująco:
Bentonite Gel, Kaolin, Honey, Talc, Ground Aduki Beans (Phaseolus), Glycerine, Evening Primrose Seeds (Oenothera biennis), Peppermint Oil (Mentha piperita), African Marigold Oil (Tagetes erecta), Vanilla Absolute (Vanilla planifolia), Perfume, Chlorophyll, Methylparaben.


Moim zdaniem Mask of magnaminty sprawdzi się nie tylko na tłustych skórach... mam nawet wrażenie, że na tych suchych i normalnych efekt będzie jeszcze lepszy, bardziej spektakularny.
Bardzo, ale to bardzo spodobało mi się to, co robi z moją twarzą... szkoda, że już dobiła dna:(


Znacie moje maseczkowe ulubienice? Może macie swoje typy, na które powinnam zwrócić uwagę. Jak zawsze czekam na Wasze komentarze:)
Pozdrawiam:)



Nowy rok, nowa lista marzeń oraz podsumowanie chciejstw roku 2014


Podsumowania oraz plany wyrastają w sieci, jak grzyby po deszczu. Początek nowego roku stwarza niepowtarzalną okazję, by zwerbalizować to, co siedzi nam w głowie. Na to, ile z tych marzeń się spełni wpływa wiele, różnych czynników, jednak trzeba mieć nadzieję, że najwięcej zależy od nas samych oraz naszej silnej woli i chęci, by te pragnienia przerodziły się w rzeczywistość.
Sferę prywatną zostawiam dla siebie, natomiast z przyjemnością podzielę się z Wami swoją małą, *nietylkokosmetyczną* listą marzeń na 2015 rok. Chciałabym, aby przelanie moich 'chceń' na papier stało się trampoliną do ich realizacji.

Zanim jednak zobaczycie na co zamierzam wydać pieniądze w nowym roku, zapraszam na podsumowanie chciejstw roku 2014. Co kupiłam, z czego zrezygnowałam, a co przeszło na ten rok?

Podsumowanie chciejstw roku 2014

Dokładnie rok temu zasiadłam przed komputerem z zamiarem spisania listy produktów, które chętnie zobaczyłabym w swoich zbiorach. W zasadzie listy były dwie - jedna typowo kosmetyczna, natomiast druga obejmowała gadżety oraz  wycieczkę do Zakopanego.
Do swoich założeń podeszłam z nadzieją, ale nie uzależniałam od nich zakupowej satysfakcji, bowiem po drodze wpadały w moje ręce produkty, które na liście się nie znalazły, a jednak wygenerowały niemałe zadowolenie. Największym, a do tego zupełnie nieplanowanym zakupem był nowy notebook Dell... w zasadzie był to jeden z gwiazdkowych prezentów, jaki sobie sprawiłam, wszak podarki od siebie dla siebie cieszą najbardziej:). Teraz wreszcie mogę pracować spokojnie i bez konfliktu z resztą domowników :) - wszyscy są zadowoleni.

Przez cały rok sukcesywnie wykreślałam cele, które osiągnęłam, a lista regularnie zmniejszała swą objętość. Przyznam, że było to bardzo fajne doświadczenie, tym bardziej, że - jak się później okazało - moje chciejstwa okazały się być niezwykle trafione.


Co kupiłam?

Wszystkie artykuły, które udało mi się kupić oznaczyłam serduszkiem. Co z pozostałymi? Otóż z biegiem czasu niektóre chciejstwa straciły na mocy, natomiast część zasili bieżącą listę marzeń.

Największym osiągnięciem był niewątpliwie zakup wymarzonej lustrzanki Canon EOS 600D. Frajda była i jest ogromna, a efekty współpracy - coraz lepsze. Aktualnie rozważam kupno nowego obiektywu, bowiem ten, który był w zestawie przestał mnie satysfakcjonować oraz koniecznie lampy pierścieniowej w celu doświetlania fotografowanych obiektów. Chciałabym, aby zdjęcia na blogu były jak najlepszej jakości, dlatego planuję rozbudowanie swojego warsztatu.
W związku ze sporym wydatkiem, jaki poniosłam na zakup aparatu zdecydowałam się na tańszy model telefonu. Czy ta zamiana wyszła mi na dobre? W zasadzie jestem zadowolona... w zasadzie.
Z listy wykreśliłam także czarną, skórzaną kurtkę. Osoby, które śledzą mnie na Instagramie miały okazję obejrzeć ją z bliska.
Rzutem na taśmę rozpoczęłam także realizację jednego z marzeń roku 2014, otóż jestem w trakcie kompletowania swojej idealnej palety cieni. Kasetka 10-tka zakupiona, pierwsze cienie już sobie w niej grzecznie siedzą, więc zaopatrzenie jej w pozostałe to tylko kwestia czasu:). W tym miejscu pragnę podziękować dziewczynom, które na Instagramie odpowiedziały na moje pytanie odnośnie swoich cieni Inglot - Wasze typy niezwykle mi pomogły.

Kosmetyczne cele, które miałam przyjemność nabyć i użytkować to m.in. serum Flavo C Forte Auriga, bronzer The Balm - Baham Mama, olejek do demakijażu Lierac, czyścik oraz dwie maseczki LUSH.
Jak widzicie na liście znajdują się jeszcze produkty, których nie wymieniłam powyżej. Dlaczego?
Kosmetyki Phenome - w zasadzie to, co chciałam kupiłam, jednak marka zainteresowała mnie na tyle, że postanowiłam poznać ją jeszcze bliżej i przy sprzyjających okazjach cenowych zaopatrzyć się w kolejne kosmetyki tejże.
Rozświetlacz The Balm - nie wykluczam zakupu, aczkolwiek na chwilę obecną cieszę się Macowym Soft&Gentle, więc zakup Mary Lou będzie tylko kaprysem :).
Pędzle Hakuro - wymieniam na Zoevę.

W sferze marzeń pozostaje wyjazd do Zakopanego... mam nadzieję, że w tym roku uda nam się to pragnienie zrealizować.

Z czego zrezygnowałam?

Baza Chanel - jeśli nadarzy się korzystna ewentualność, zapewne ja zakupię, przypuszczam, że w okolicach lata, nie mam ciśnienia :).
Podkład Lancome - odkąd przerzuciłam się na minerały, standardowa forma podkładów ciągnie się w ogonie listy marzeń. Na chwilę obecną bliżej mi sercem do przetestowania podkładów Chanel lub Guerlain, więc one będą miały pierwszeństwo.
Szczotka z naturalnego włosia kompletnie przestała mnie fascynować... w zupełności wystarcza mi Tangle Teezer, w ostateczności zdecyduję się na zakup drewnianego grzebienia.
Trójeczka Inglota - jeśli zabraknie mi miejsca w 10-tce, zapewne skuszę się na kolejną. Kasetki są na tyle mobilne, że z powodzeniem można je przewozić w podręcznej kosmetyczce, a idealnie skomponowane cienie pomogą wyczarować makijaż na każdą okazję.

Podsumowanie za nami, pora więc ujawnić listę marzeń na rok 2015. Oto i ona...

Nowy rok, nowa lista marzeń


Clarins, Ladylike, cienie w kremie; pędzle Zoeva; serum Estee Lauder Advanced Night Repair; meteorki Guerlain; Phenome - kolejne produkty; Bobbi Brown, Long-Wear Gel Eyeliner; Inglot - kompletowanie palety; MAC - głównie pomadki; zegarek MK; pomadki Bourjois, Rouge Edition Velvet


Tak prezentuje się moja lista marzeń na rok 2015. Jak widać, mamy tu kilka nowych pozycji, kilka przeszło z roku ubiegłego. Ufam, że za rok wszystkie przedstawione powyżej produkty będą w moim posiadaniu :)


Ciekawa jestem, czy tworzycie takie listy, czy idziecie na zakupowy żywioł. Jeśli tak, koniecznie pochwalcie się, co chcielibyście sobie kupić w nowym roku. W końcu od czego są marzenia...na ich spełnienie mamy całe 12 miesięcy.

Wszystkiego najpiękniejszego Kochani! Oby nam się...:)