Pielegnacja tłustej skóry | 3 maseczki - Organique, Lush, GlamGlow


Pielęgnacja tłustej, problematycznej skóry to niekończąca się walka. Osoby, które tak jak ja zostały takową obdarzone wiedzą, że zaspokajanie jej potrzeb bywa kłopotliwe i trzeba poświęcić jej mnóstwo uwagi oraz cierpliwości. Wypracowanie adekwatnego systemu pielęgnacji to często droga przez mękę, jednak metodą prób i błędów można z nią dojść do jako takiego kompromisu. 

Kluczowy jest bez wątpienia staranny demakijaż i na nim najbardziej się skupiam, ale jest kilka innych czynników, które mają istotny wpływ na kondycję skóry i pozwalają mi utrzymać ją w ryzach. Jedną z priorytetowych czynności, której nie pomijam i wyjątkowo się do niej przykładam jest regularne aplikowanie maseczek. Wspomniane lądują na mojej twarzy minimum 3 razy w tygodniu, dlatego w swoich zbiorach muszę mieć kilka do wyboru, by w razie potrzeby móc nimi żonglować i dobierać według aktualnych potrzeb.

Dziś opiszę trzy maseczki, które znakomicie się u mnie sprawdzają i które pomagają w codziennej pielęgnacji tłustej skóry. Jeśli nie przerażają Was teksty zawierające kilkanaście tysięcy znaków, zapraszam dalej :)

 Pielegnacja tłustej skóry | 3 maseczki - Organique, Lush, GlamGlow

Organique, Clay Mask

 

To nic innego, jak najczystsza postać białej glinki. Nie znajdziemy tu zbędnych domieszek - 100% natury. Biała glinka, czyli kaolin to zdecydowanie najdelikatniejsza z glinek, przez co powinny się nią zainteresować także osoby, które mają suchą, wrażliwą, czy skłonną do podrażnień skórę.
Dzięki dużej zawartości krzemianu glinu, który działa ściągająco, a także mikroelementów takich jak wapń, magnez, żelazo, czy potas, które odżywiają i regenerują, wspaniale sprawdzi się w pielęgnacji cer dojrzałych oraz - co dla mnie najistotniejsze - tłustych i mieszanych.

Biała glinka jest łagodna dla skóry, usuwa zanieczyszczenia, wygładza, uelastycznia, remineralizuje oraz delikatnie rozjaśnia. 


Propozycja marki Organique jako jedyna z prezentowanych ma postać proszku, który trzeba samodzielnie przekształcić w gęstą papkę nadającą się do aplikacji na twarz. Jedną łyżeczkę glinki mieszamy z wodą (można także użyć ulubionego hydrolatu, toniku, czy naparu z ziół), aż do uzyskania idealnie gładkiej masy. Wbrew pozorom jest to łatwa i nie zabierająca zbyt dużo czasu czynność. Należy jedynie pamiętać, by do rozrabiania naszej maski nie używać nic metalowego - najodpowiedniejsze będą drewniana miseczka i taka sama łyżeczka lub szpatułka.

Maskę z białej glinki przyrządzam sobie raz w tygodniu. Gdyby nie fakt, że po drodze stosuję także inne, mogłabym z powodzeniem zwiększyć częstotliwość, bez żadnego uszczerbku dla wyglądu mojej cery. Przez to, iż jest wyjątkowo delikatna, nie podrażnia skóry, nie odczuwam w trakcie seansu dyskomfortu, a oprócz uczucia ściągnięcia, które jest typowe dla glinek, nie dostrzegam żadnych dokuczliwości.

Ważne jest, by kontrolować stopień suchości i nie dopuścić do całkowitego wyschnięcia maseczki na twarzy, bo - pomimo, iż jest łagodna - może lekko podrażnić, zwłaszcza osoby mające wyjątkowo wrażliwą i suchą skórę. Dobrze jest lekko zraszać wysychającą maseczkę wodą termalną lub mineralną.

Świetnym pomysłem jest dodanie do papki kilku kropel ulubionego olejku, oliwy z oliwek, czy chociażby odrobinę jogurtu naturalnego lub żółtka, co zniweluje uczucie ściągnięcia i dodatkowo odżywi skórę. Maseczkę zawsze zmywam ciepłą wodą.
15-minutowy seans zapewnia mi zdrowo, świeżo i ładnie napiętą skórę. Pory są w widoczny sposób zmniejszone, cera jest jaśniejsza i wygładzona, a wszelkie zaczerwienienia zniwelowane.
Efekt utrzymuje się zazwyczaj do dnia następnego. Być może nie jest on spektakularny, ale naprawdę zadowalający, a co najważniejsze - im bardziej systematyczna jestem, tym wpływ białej glinki jest łatwiejszy do zauważenia.



GlamGlow, Tingling & Exfoliating Mud Mask


...czyli holliwoodzki sekret piękna i urody, stworzony przez amerykańską firmę, której założycielami są Glenn & Shannon Dellimore. Maska produkowana od 2011 roku sprzedawana jest obecnie w 52 krajach - w Polsce kupicie je m.in w perfumeriach Douglas.
Za sprawą trzech składników: Teaoxi®, czyli formule pobudzającej syntezę kolagenu, przeciwstarzeniowej i przeciwzmarszczkowej, francuskiej glince, która minimalizuje pory i chroni przed zanieczyszczeniami oraz skale wulkanicznej delikatnie złuszczającej obumarły naskórek, cera natychmiast wygląda młodziej i jest pełna blasku!


Zdobywające coraz większe uznanie oraz popularność maseczki GlamGlow przez długi czas chodziły mi głowie... niestety zaporowa cena studziła moje zapędy. Wspomnę tylko, że to ślicznie wyglądające maleństwo o pojemności 50ml kosztuje bagatela 199zł.
Blogosfera znana jest jednak z obecności dobrych duszyczek, i tak, za sprawą Agnieszki prowadzącej bloga Ines Beauty oraz Dystrybutora masek GlamGlow otrzymałam swoje małe, czarne cacuszko. Możecie tylko wyobrazić sobie moją radość :).
Maska przyszła do mnie w pięknym, czarnym kartonie zabezpieczonym folią. Sam słoiczek ma pod nakrętką sreberko, które chroni produkt. Wszystkie informacje dotyczące działania i składu znajdują się na kartonie, więc bez problemu odszukamy interesujące nas kwestie techniczne.

Producent zaleca, by nakładać cienką warstwę maski na 10 minut, 2 razy w tygodniu, lub w zależności od potrzeb. Na początku tak też jej używałam, jednak szybko przerzuciłam się na jedną aplikację tygodniowo. Maska ma działanie przede wszystkim silnie złuszczające i taka częstotliwość okazała się optymalna.

Tak jak w przypadku większości masek z zawartością glinki, tak i ta bardzo szybko zastyga na twarzy, tworząc skorupę baaardzo ograniczającą mimikę twarzy. Przez moment po nałożeniu daje się odczuć niemiłe pieczenie, mrowienie... nic przyjemnego, ale da się przeżyć. Po kilku minutach zanika. Często przetrzymywałam maskę do ok 20 minut. Po tym czasie lekko zwilżałam ją wodą i wykonywałam dokładny peeling skóry - zanurzone w masce cząstki doskonale złuszczały naskórek. Skóra po zmyciu może być lekko zaczerwieniona, jakby podrażniona, jednak po mniej więcej godzinie wszystko ładnie znika. Rezultaty utrzymują się ok 2 dni... polecam ja przed ważnym wyjściem.
Jeśli zastanawia Was kwestia wydajności, to spieszę wyjaśnić, iż pomimo niewielkiej pojemności maska GlamGlow jest wyjątkowo wydajna - spokojnie wystarczy na ok 12 aplikacji. Myślę, że w tej sytuacji kwota, jaka musimy za nią zapłacić, przestaje tak bardzo uwierać:)

Podsumowując jest to mały geniusz! Uwielbiam efekt, jaki osiągam po jej użyciu - skóra jest niesamowicie jędrna, jaśniejsza, a do tego nie da się nie zauważyć silnych właściwości liftingujących - wyglądam jak po zabiegach medycyny estetycznej:).
Czarna maska GlamGlow złuszcza i to jak złuszcza! Moim zdaniem jest to jedna z silniej eksfoliujących masek, z jakimi miałam do czynienia. Dobrym rozwiązaniem byłoby nałożyć po jej zmyciu wersję białą z kwasami, która pięknie oczyściłaby naszą skórę, natomiast szczytem luksusu zaaplikowanie na koniec niebieski wariant nawilżający :)
Nie wiem, jak mogłaby się zachować na skórach suchych, ale sądząc po mocy obawiam się, że byłaby zbyt silna. Moja tłusta skóra bardzo ją polubiła i nawet nieprzyjemne uczucie pieczenia nie sprawia większego problemu.

SKŁAD: Aqua (Water), Montmorillonite (Volcanic Minerals), Kaolin (French Sea Clay), Magnesium Aluminum Silicate (Purified Clay), Polyethylene, Pumice (Micro Volcanic Rock), Camellia Sinensis Leaf (Green Tea Leaf), Camellia Oleifera Leaf Extract (Green Tea), Chamomilla Recutita Flower Extract (Chamomile), Calendula Officinalis Flower Extract (Marigold), Cucumis Sativus Fruit Extract (Cucumber), Hedara Helix Extract (Ivy), Symphytum Officinale Leaf Extract (Comfrey Herb), Lavandula Hybrida Oil (Lavender), Glycerin (Vegetable), Parfum, [Benzyl Benzoate, Hexyl Cinnamal, Limonene, Linalool], Phenoxyethanol, Methylparaben, Butylparaben, Ethylparaben, Propylparaben, Isobutylparaben, Diazolidinyl Urea

po lewej stronie maseczka LUSH, natomiast po prawej czarna GlamGlow


LUSH, Mask Of Magnaminty

 

Maska angielskiej marki znanej z produkcji naturalnych kosmetyków, została stworzona z myślą o cerach normalnych, mieszanych i tłustych. Jest to głęboko oczyszczający produkt, który może być stosowany zarówno do pielęgnacji twarzy, jak i ciała. Zielony kolor maska zawdzięcza obecności chlorofilu, w składzie znajdziemy także mieloną fasolkę Aduki, która delikatnie peelinguje oraz dezynfekującą, chłodzącą i odświeżającą skórę miętę pieprzową.


Mask of magnaminty to trzeci i ostatni produkt marki LUSH, który miałam okazję testować. Jeśli ciekawią Was dwa pozostałe, to zapraszam do szczegółowych recenzji : czyścik do twarzy Angels on bare skin oraz świeża maska Catastophe cosmetic.

Intensywnie pachnąca, silnie chłodząca i silnie oczyszczająca - tak mogłabym ją opisać w wielkim skrócie. Twarz po jej użyciu prezentuje się wspaniale, jest gładka, jaśniejsza, pory zminimalizowane, wszelkie krostki natychmiast przysychają, a zaczerwienienia znikają.
Maska pomimo zawartości glinki nie zasycha na twarzy - przez cały seans pozostaje lekko wilgotna, a jej zmycie nie sprawia kłopotu. Podczas usuwania jej z twarzy wykonujemy intensywny masaż, dzięki czemu drobiny peelingujące mają szansę się wykazać i genialnie złuszczyć skórę, która po takim domowym spa jest świetnie nawilżona i napięta. Mam też wrażenie, że systematycznie aplikowana reguluje wydzielanie się sebum - skóra dłuższy czas zachowuje mat i nienaganny wygląd.

Mask of magnaminty nie jest świeżą maską, którą trzeba trzymać w lodówce, jednak ja właśnie tak ją przechowywałam. Dzięki zawartości mięty pieprzowej, mocno schłodzona dawała niezwykłe odświeżenie i genialnie pobudzała skórę.
Zapach mocno miętowy, obawiam się, że nie wszyscy będą z niego zadowoleni, bowiem jest naprawdę intensywny. Niezbyt gęsta papka z łatwością daje się nałożyć na skórę twarzy, w trakcie użytkowania odrobinę gęstnieje w opakowaniu.

Skład, który znajdziecie na plastikowym słoiczku prezentuje się imponująco:
Bentonite Gel, Kaolin, Honey, Talc, Ground Aduki Beans (Phaseolus), Glycerine, Evening Primrose Seeds (Oenothera biennis), Peppermint Oil (Mentha piperita), African Marigold Oil (Tagetes erecta), Vanilla Absolute (Vanilla planifolia), Perfume, Chlorophyll, Methylparaben.


Moim zdaniem Mask of magnaminty sprawdzi się nie tylko na tłustych skórach... mam nawet wrażenie, że na tych suchych i normalnych efekt będzie jeszcze lepszy, bardziej spektakularny.
Bardzo, ale to bardzo spodobało mi się to, co robi z moją twarzą... szkoda, że już dobiła dna:(


Znacie moje maseczkowe ulubienice? Może macie swoje typy, na które powinnam zwrócić uwagę. Jak zawsze czekam na Wasze komentarze:)
Pozdrawiam:)



IVONA

Spodobał Ci się ten tekst? Pozostańmy proszę w kontakcie: zostaw komentarz, daj lajka lub udostępnij swoim znajomym.
Jeśli chcesz być na bieżąco, zaobserwuj blog poprzez Bloglovin, możesz także kliknąć w gadżet Obserwatorzy.
Więcej o mnie dowiesz się na Instagramie.
Dziękuję, że jesteś i do zobaczenia!

    KOMENTARZE:

25 komentarze:

  1. Bardzo chciałabym wypóbować tę od LUSH, a o GlamGlow słyszałam same dobre opinie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Białą glinkę miałam kiedyś, ale jakiś powalających rezultatów po niej nie zauważyłam. Teraz używam zielonej i marokańskiej efekt bardziej mi odpowiada :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Cieszę się Kochana Iwonko, że tak się polubiłaś z maską GG , ja je kocham , każdą :) u mnie przy mojej cerze suchej czarna krzywdy mi nie robi, zużyła już chyba ze 3 albo nawet 4 opakowania :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Organique chętnie poznałabym

    OdpowiedzUsuń
  5. Glinek nie lubię bo je później muszę ściągać z włosów.;))) Ale Glam Glow chętnie bym wypróbowała.:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Obecnie również używam białej glinki z Organique i jestem zadowolona - skóra jest ładnie rozjaśniona a pory zmniejszone, przy tym cera nie jest podrażniona. Wcześniej używałam innych glinek z Organique - glinki zielonej - moim zdaniem ma mocniejsze działanie oczyszczające i glinki Ghassoul - jak dla mnie najmocniejsza z testowanych glinek, idealnie sprawdzała się w okresie kiedy moja cera szalała, szła w kierunku tłustej i pojawiało się na niej wiele niedoskonałości. Nawet mój partner z chęcią używał glinki Ghassoul bo widział natychmiastowe działanie ;)
    Czarną Glam Glow też przerobiłam i byłam nawet zadowolona, fajnie sprawdzała się w roli peelingu. W tej chwili moja cera potrzebuje nawilżenia więc prym wiodą maseczki nawilżające ;) W tej roli moim faworytem jest różowa maseczka Clinique.

    OdpowiedzUsuń
  7. Z całej trójki najbardziej zaciekawiła mnie maska z Lusha, oj biedny będzie mój portfel, gdy w końcu nadejdzie okazja do zakupów w ich sklepie ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Mam białą glinkę, ale nie tyle samozaparcia do jej używania. Nie wiedziałam z resztą, że aż tak zbawiennie działa na skórę.

    OdpowiedzUsuń
  9. Maske Lusha kocham! zawsze gosci w mojej lodówce <3 mam mieszana skóre ale na policzkach wrazliwa i nigdy mnie nie podraznila <3

    OdpowiedzUsuń
  10. LUSHkową uwielbiam, choć dawno nie miałam :( GlamGlowka czarnego kocham! Do glinek w formie sypkiej się chyba nigdy nie przekonam. Za dużo zabawy jak dla mnie :P

    OdpowiedzUsuń
  11. Szkoda, że nie mamy sklepu on-line Lusha w PL, byłabym częstym klientem:) GG jest świetna, chciałabym przetestować także wersję białą z kwasami:)
    Być może i Ty się na którąś skusisz:)

    OdpowiedzUsuń
  12. Jesli zależy Ci na delikatności, a jednocześnie zacnym działaniu, to powinnaś zwrócić uwagę na białą glinkę - jest dużo łagodniejsza od zielonej, czy ghassoul :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Na pewno jeszcze będzie okazja:)

    OdpowiedzUsuń
  14. Biała ma to do siebie, że jest naprawdę łagodna, ale zauważyłam, że regularne stosowanie uspokoiło moje sebum i skóra przestała się tak bardzo przetłuszczać. Tak jak napisałam - co zresztą potwierdzasz - efekty nie sa spektakularne, ale niezwykle przyjemne:)

    OdpowiedzUsuń
  15. Polubiłam i to bardzo! Ciekawa jestem jak by sie sprawdziło połączenie czarnej, a nastepnie białej...mogłoby być woow! Dziękuję Aguś raz jeszcze:)

    OdpowiedzUsuń
  16. A co tam szczególnie Cię nęci?

    OdpowiedzUsuń
  17. Lushowych maseczek jeszcze nie mialam ale niedlugo wyprobuje ale bardzo mnie ciekawi Glamglow szczesciara jestes u Sw. Mikolaja Iwonko co do tej maseczki

    OdpowiedzUsuń
  18. Ja za to uwielbiam maseczki wszelkiego rodzaju i chętnie eksperymentuje... nie sprawia mi nawet kłopotu jeśli muszę się pobawić w małego chemika i własnoręcznie coś ukręcić:), choć wiadomo jak jest - niekiedy leniwa natura zwycięża i nakładam na twarz gotowca:)

    OdpowiedzUsuń
  19. Wiemy, co dobre :) Też ją trzymasz w lodówce? fajnie chłodzi skórę, prawda?

    OdpowiedzUsuń
  20. Ja mam chrapkę na białego GG, próbowałaś?
    Leniuuuchu Ty!
    :*

    OdpowiedzUsuń
  21. Daj znać, czy jesteś zadowolona, oki?
    Tu chyba bardziej zadziałała piękna Śnieżynka, niż sam Mikołaj haha:)

    OdpowiedzUsuń
  22. No nic, będę w takim razie wyczekiwała jakiejś promo, bo cena regularna w tej chwili jest dla mnie zabójcza...ale co się odwlecze...:)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuje za wszystkie komentarze:)

Aby nasza dyskusja miała sens, na Wasze pytania odpowiadam pod postem.
Jednocześnie informuję, że komentarze oparte tylko i wyłącznie na spamie, będą usuwane.

Pozdrawiam serdecznie:)