Bujany Fotelik - maj'14 || Nowości w mojej biblioteczce


Nie mam zamiaru znów się usprawiedliwiać, bowiem rozwiązanie zagadki mojego spadku formy jest banalnie proste - lenistwo. Dopadło mnie i nie chce odpuścić... w zasadzie przejawia się ono nie tylko w sferze czytelniczej, ale dokonuje spustoszenia w ogólnym jestestwie. Należałoby zrobić tyle rzeczy, szafa niedługo będzie przypominała obraz jak po wojnie atomowej, no ale serio, nic mi się nie chce... przesilenie jakieś, czy co?
Jakby tego był mało, znów mamy remont <hura:(>...nic, tylko usiąść i płakać. Powiedzcie, że nie tylko ja tak mam, pliiisss...bo pomyślę, że wszyscy wokół żyją pełnią życia, wszystko mają doskonale zaplanowane i posprzątane, życie towarzyskie kwitnie, a ja, jak ten mops, siedzę naburmuszona i ze skwaszoną miną - narzekam. W zasadzie to nawet narzekać mi się nie chce...jest na to jakieś lekarstwo, czy samo przejdzie?
Dobra, dobra...trzeba spiąć poślady i napisać co nieco.A zatem zapraszam na moją subiektywną ocenę tytułów, które udało mi się 'pokonać' w maju.Skromnie, bo skromnie ale zawsze coś:D.
Ciemno, prawie noc, Wielki Gatsby


"Ciemno, prawie noc" Joanna Bator; liczba stron 528
Reporterka Alicja Tabor wraca do Wałbrzycha, miasta swojego dzieciństwa. Osiada w pustym poniemieckim domu, z którego przed laty wyruszyła w świat. Dowiaduje się, że od kilku miesięcy w Wałbrzychu znikają dzieci, a mieszkańcy zachowują się dziwnie.
Rośnie niezadowolenie, częstsze są akty przemocy wobec zwierząt, w końcu pojawia się prorok, Jan Kołek, do którego w biedaszybie przemówiła wałbrzyska Matka Boska Bolesna. Po jego śmierci grupa zbuntowanych obywateli gromadzi się wokół samozwańczego „syna", Jerzego Łabędzia.
Alicja ma zrobić reportaż o zaginionej trójce dzieci, ale jej powrót do Wałbrzycha jest także powrotem do dramatów własnej rodziny: śmierci rodziców, samobójstwa pięknej starszej siostry, zafascynowanej wałbrzyską legendą księżnej Daisy i zamku Książ.
Wyjaśnianiu tajemnicy Andżeliki, Patryka i Kalinki towarzyszy więc odkrywanie tajemnic z przeszłości Alicji.

Z twórczością Joanny Bator miałam przyjemność spotkać się po raz pierwszy. Książka została mi polecona przez Margaritum, jako godna uwagi, co zresztą później potwierdziło kilka moich czytelniczek.
Powiem tak... przeczytanie tej powieści było jak mistyczne doznanie, pozazmysłowe, tajemnicze. Jeśli mam być szczera, to jedna z lepszych książek, jaka wpadła w moje ręce. Myśląc o niej nasuwa mi się mnóstwo epitetów,, ale najbardziej wybijający się to :dziwna. Historia Alicji na początku tak zwyczajna, przeobraża się w prawdziwą i mroczną podróż w głąb człowieczeństwa - zepsutego, skażonego złem, pełnego 'kotojadów'. Słowotwórstwo autorki zasługuje na nagrody, jeszcze nie spotkałam się z tak fascynującym sposobem opisywania rzeczywistości. To nie jest książka łatwa i przyjemna, nie każdemu się spodoba... aby ją zrozumieć trzeba mieć otwarty umysł i chęć zagłębienia się w świat Alicji. Nie spodziewajcie się wartkiej akcji, licznych dialogów i ogólnej prostoty, tu ich nie znajdziecie. Jednak jeśli szukacie poruszającej lektury, wzbudzającej skrajne emocje, niespotykanych form dialogów i monologów, okraszonych naturalnie wkomponowanymi bluzgami, wyrazistych postaci nakreślonych ręką wprawnego obserwatora, niebanalnych spostrzeżeń i wielowątkowej fabuły, to Ciemno, prawie noc jest dla Was. Gorąco polecam!


"Wielki Gatsby"
Powieść uznana za jedną z najważniejszych w XX wieku. Autor Francis Scott Fitzgerald, czołowy twórca tzw. straconego pokolenia pisarzy amerykańskich, ukazał desperację i zagubienie młodych Amerykanów w okresie prosperity po ! wojnie światowej. Właśnie barwny obraz obyczajów, romanse, miłości i tragedie oraz szybkie fortuny z prohibicją w tle stanowią o nieprzemijającym uroku książki. 

Książka rozpoczyna się od następujących słów :
Ile razy masz ochotę kogoś krytykować (...) przypomnij sobie, że nie wszyscy ludzie na tym świecie mieli takie możliwości jak ty.
Jakże banalne, a zarazem prawdziwe stwierdzenie.
Nie oglądałam ekranizacji filmowej, więc swoją opinię opieram tylko i wyłącznie na podstawie przeczytanej lektury. Pozwala mi to zachłysnąć się wyobrażeniem luksusu, przepychu i bogactwa, bo to one właśnie dominują i wybijają się na pierwszy plan w powieści Fitzgeralda. Tytułowy Gatsby to w gruncie rzeczy postać tragiczna, pełna ukrytych lęków i pragnień... na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, że zepsuta ale, moim zdaniem, to błędny,  bardzo krzywdzący i upraszczający tok myślenia. Gatsby to symbol, a to w jaki sposób go odbierzemy, zależy tylko i wyłącznie od naszego systemu wartości. Jest to jedna z tych powieści, które posiadają szerszy i znacznie głębszy przekaz. Ma być dowodem na to, że pieniądze szczęścia nie dają, nie kupimy za nie miłości, przyjaźni, czy szacunku innych...ale z drugiej strony, pozwalają na życie w luksusie. I tym luksusem Wielki Gatsby ocieka. Polecam.

Ilość przeczytanych stron - 717

Tytuły, które trafiły do mnie w maju:




Arbuzowy duet z Biedronki: peeling i masło Bielenda


Majowa promocja Biedronki przełożyła się na drobne zakupy. Podczas trwania wspomnianej, wzbogaciłam się jedynie o szczoteczkę do mycia twarzy za niespełna 20zł oraz arbuzowy zestaw do pielęgnacji ciała marki Bielenda - peeling i masło, każdy po 5,99zł. Jak ten owocowy duet sprawdził się u mnie? Powiedziałabym, pół na pół:D.
Arbuzowy duet z Biedronki: peeling i masło Bielenda

Arbuzowe masło do ciała

Zdecydowanie lepsza połowa. Delikatna, puszysta konsystencja przypominająca mus, o wspaniałym aromacie, sprawiła, że na moment zapomniałam o swojej niechęci do smarowideł wszelakiej maści i z wielką ochotą, co wieczór,  aplikowałam je na całe ciało. Produkt wchłaniał się w mgnieniu oka, przynosząc natychmiastową ulgę przesuszonej skórze. Systematyczne wcieranie dało zadowalające efekty, skóra stała się bardziej nawilżona, sprężysta i miękka. Masełko nie zostawiało po sobie żadnego filmu, skóra nie kleiła się, bezpośrednio po aplikacji nie czułam żadnego dyskomfortu. W sumie nie mam do czego się przyczepić. Bardzo przyzwoita propozycja marki Bielenda.

Arbuzowy peeling do ciała

W porównaniu z masełkiem,  peeling wypada bardzo słabo. Nie zapisze się w mojej pamięci korzystnie, ponieważ oprócz cudnego zapachu, nie dostrzegłam w nim więcej zalet. Peeling był zbity, gęsty, przez co sprawiał trudność w rozcieraniu. Nie było mowy o aplikacji na suchą skórę, a i przy mokrej, kompletnie się jej nie trzymał, krusząc i spadając wszędzie wokół, co bezpośrednio przełożyło się na mizerną wydajność. Wystarczył zaledwie na trzy, skąpe, wieczorne seanse. Drobinki ścierające były całkiem spore, ale cholernie ostre... ja lubię mocne ździeraki i takowe wybieram, ale ten peeling był jak brzeszczot... tarł niemiłosiernie mocno. Zakrawało to na masochistyczne zabawy w wannie:D. Musiałam uważać, by nie poranić delikatnej skóry na dekolcie. Co ciekawe, te nieprzyjemne doznania podczas samego seansu miały się do efektu końcowego jak Conchita do Wurst...czyli nijak:D. Po osuszeniu skóry nie dostrzegałam gładkości, jaką zwykły mi dawać moje ulubione peelingi, jak chociażby ten domowy, z kawy i olejków. Produkt okazał nie totalnym niewypałem i cieszę się, że nie zdecydowałam się na pozostałe wersje zapachowe.


Podsumowując, chciałabym poruszyć jeszcze kilka kwestii. Opakowanie - wygodne, plastikowe, z dodatkowym zabezpieczeniem w postaci sreberka. Fajnie mieć gwarancję, że produkt nie był macany:D. Szata graficzna bardzo udana, przyciąga wzrok energetycznymi kolorami.
Cena - otóż ta może być myląca, bowiem są to opakowania zawierające zaledwie 100ml produktu. Nie trzeba być Einsteinem, by przeliczyć sobie, ile kosztowałby ten zestaw, gdyby mieścił standardową ilość. Nadal nie jest to wygórowana kwota ale zdecydowanie bardziej miarodajna. Mi taka pojemność odpowiadała, ponieważ była akurat 'na przetestowanie'. Uff... dobrze, że peeling nie miał z pół litra:D.
Zapach - ten zasługuje na pochwały, zdecydowanie. Rześki, owocowy, nasycony, do złudzenia przypominający świeżo rozkrojonego arbuza, wypełniał łazienkę i otulał skórę na kilka godzin. Wspaniały.


Skusiliście się na promocyjne zestawy Bielendy?Jaki wariant zapachowy wybraliście? Wczoraj w mojej Biedronce były jeszcze dostępne, a więc jeśli ktoś, mimo wszystko, chce przetestować, to jeszcze ma ku temu okazję.
A od dzisiaj w Biedronce zaczęło się szaleństwo książkowe, ponad 500 tytułów, każdy po 4,99zł!Myślę, że to dobre info dla wszystkich miłośników czytania:D.Ja się wybieram, choć mój limit na książki został już w tym miesiącu przekroczony...trzykrotnie...hmm...:D.



Sorry ale cieszę sie, że taki mamy klimat:D


kombinezon, jak ukryć górę od kombinezonu, z lumpeksu
Oj, jest pięknie:D.Wreszcie widać prawdziwą wiosnę, a nie jej zubożałą  wersję i niech już tak zostanie...no, ewentualnie może być jeszcze cieplej, wcale się nie pogniewam.Taki klimat jak najbardziej mi odpowiada:D.
Co mam na sobie?Otóż te leciutkie spodnie z motywem papugi, to tak naprawdę kombinezon, który udało mi się wyłowić w lumpeksie.Sprytnie ukryta góra pozwala na noszenie ich w taki sposób.Jak to mówią?-potrzeba matką wynalazku:D.Delikatny ale efektowny naszyjnik, kilka bransoletek, szpilki i voila, gotowe.Jak Wam się podoba?
Udanego weekendu kochani, życzę pięknego słońca:D.Jakie macie plany?Pochwalcie się i pocieszcie mnie, bo ja niestety pracuję:(

Warto czasem brać przykład z dzieci


Nie mam cierpliwości do dzieci i zawsze to podkreślam. Moi bliscy śmieją się, że nie widzą we mnie zadatków na nauczyciela bądź osobę zawodowo zajmującą się opieką nad tymi małymi istotami. Prawdę mówiąc, i bez ich oceny wiem, że marny byłby ze mnie pedagog. Podziwiam persony na co dzień obcujące z tą wrzeszczącą sforą na szkolnych korytarzach... mi wystarczało 5 minut, gdy odbierałam córę, by stracić rozum i resztki dobrego samopoczucia.
Kwestia mojej cierpliwości została wyjaśniona, co nie zmienia faktu, że dzieci to naprawdę wspaniałe istoty i warto brać z nich przykład. Lubię je obserwować i w głębi ducha podziwiam ich podejście do życia. Jakiego życia? - spytacie, przecież to nieopierzone pisklaki, które dopiero w nie wkraczają! Owszem, wkraczają... ale z jaką gracją i niczym nie zmąconym optymizmem:D.
dlaczego warto brać przykład z dzieci?, dzieciństwo, beztroska
źródło

 

Warto brać przykład z dzieci ponieważ:

 

Mają niespożyte pokłady energii

Są wręcz nie do zdarcia. Kiedy ja po powrocie z pracy, myślę tylko o posadzenia swoich czterech liter na mięciutkiej kanapie, by w spokoju odpocząć i najczęściej tylko zdrowy rozsądek wespół z siłą wyższą mogą mnie od tego miejsca odkleić, te niestrudzone w poszukiwaniu wrażeń istoty, szaleją na placu zabaw, aż im głowy odskakują. Pamiętam czasy beztroskiego dzieciństwa, kiedy po powrocie ze szkoły, ewentualnie przedszkola, teczka wędrowała w kąt pokoju i trwała tam w oczekiwaniu na moment mojego powrotu z podwórka... nieraz do wieczora, ehh... to były czasy. Do domu zaglądało się by uzupełnić płyny, w biegu zjeść jakiś posiłek < najczęściej była to kanapka, bo na nic innego nie było czasu > i prędziutko wracało się do koleżanek. I tak całe, boże dnie. Kiedy stajemy się leniwymi kanapowcami? W którym momencie ulatnia się dziecięca energia i chęć podboju świata?

Nowinki techniczne to dla nich pikuś

Czasem mam wrażenie, że teraz dzieciaki rodzą się z twardym dyskiem zamiast mózgu. I nie mam tu absolutnie nic złego na myśli. Kiedy ja główkuję nad jakąś techniczną zagadką #niedorozwiązania, Klaudia podchodzi i roztrzaskuje to w pięć sekund, o! Powiedzcie, czy to ja cofam się w rozwoju, czy to te dzieciaki teraz takie mądre?? Na ten przykład, mój trzyletni bratanek włącza sobie w telefonie YT, by obejrzeć swoją ulubioną bajkę o Strażaku Samie, a ja mam problem, jak połączyć bloga z FB...no heellloł!

Są bezpośrednie i mówią, co myślą

Ta cecha poniekąd mi została, lubię bezpośrednich ludzi, lubię mieć jasne sytuacje, nie lubię ściemy i poklepywania po plecach. Otwarcie mówię, co myślę ale dzieciaki tym się różnią, że nie przejmują się konsekwencjami. Nie muszą. Dla nich wszystko jest czarne albo białe... chcesz? - kup, lubisz? - zjedz, smucisz się? - płacz. Do tego są bardzo wprawnymi obserwatorami i zawsze wyczują fałsz.
Niektórzy mówią, że dzieci są okrutne. Większej bzdury nie słyszałam. To my, dorośli je takimi czynimy, swoimi opiniami, zachowaniem, nieufnością, podejrzliwością i postrzeganiem świata, a dzieci z czasem zaczynają nas naśladować. Wyzywanie kaleki, wyśmiewanie biednego, poszturchiwanie i poniżanie nieśmiałego, to wszystko nasza - dorosłych - wina. Dla dzieci nic nie jest dziwne, ani inne dopóty, dopóki my im tego nie wmówimy. Proste.

Otwarcie okazują uczucia

Mają ochotę się przytulić? robią to, spontanicznie i naturalnie. Przypomina mi się sytuacja, kiedy moja córa, będąc małą dziewczynką, dziękowała mi i przytulała się, całując mnie na środku sklepu, bo kupiłam jej lizaka. Serio. Ludzie dookoła patrzyli, a ona skakała z radości, jakby nigdy wcześniej żadnego nie jadła. Potrafiła cieszyć się z najmniejszej pierdoły i okazywała to w taki sposób, że serce miękło. I gdybym wtedy kupiła jej pięć różnych lizaków, za każdego jednego dziękowała by w ten sam sposób.
Dlaczego więc my, dorośli, krępujemy się dać buziaka bliskiej osobie w miejscu publicznym, czemu się nie przytulamy, czemu uciekamy wzrokiem, gdy ktoś okazuje nam swoje uczucia? Czego się boimy? zgorszenia innych? A czort z nimi! Niech patrzą! zazdroszczą... a może podziwiają?! Oczywiście nie mam na myśli wyuzdanego obmacywania się na środku sklepu, ale okazywanie sobie uczuć, tak zwyczajnie, po prostu.
Zawsze się rozczulam, jak patrzę na zakochanych w sobie ludzi, bije od nich taka siła i wzajemne zrozumienie, zapatrzenie, świat mógłby dla nich nie istnieć. To jest piękne. Może warto czasem odnaleźć w sobie dzieciaka...hmmm?

Potrafią cieszyć się z najmniejszych rzeczy

Ten punkt częściowo wiąże się z poprzednim. Dzieci cieszą się z drobnostek. Nie mają wyimaginowanych potrzeb, nie mierzą wyżej niż muszą, nie doszukują się drugiego dna. Żyją tu i teraz i dobrze im z tym. Zachwyca je nowa zabawka, biedronka na źdźble trawy, motyl fruwający nad polaną, pierwsze promienie słońca, letnia burza, brodzenie w kałuży, budowanie zamków z piasku, oglądanie starych fotografii, słuchanie bajek, przytulanie. Niczym nie zmącony, otwarty na wszystko wokół umysł. Nie przejmują się, że zmokną, że ubrudzą buty, że ludzie będą patrzeć, że szminka mamy zostawi trwały ślad na nowej bluzeczce. Gdzie to się podziało Kochani? Wiem, powiecie życie jest ciężkie i brutalne ale może czasem warto się zatrzymać na ukwieconej łące albo boso wejść w kałużę, by przypomnieć sobie, jak to jest być dzieckiem?

Chcecie dodać coś jeszcze? O czymś zapomniałam? Tylko proszę, skupmy się na pozytywach i nie doszukujmy się na siłę nieczystych intencji:D. Choć przez chwilę znów bądźmy dziećmi...



Dior, Addict Gloss, 653 Rose Surprise

Moje serce należy do pomadek, najlepiej tych intensywnych, soczystych, rzucających się w oczy, jednak w kobiecej kosmetyczce zawsze znajdzie się miejsce dla błyszczyka w naturalnym, cielistym kolorku, który nie wymaga precyzji i którym można szybko i skutecznie poprawić makijaż.Wraz ze zbliżającą się wiosną, mój wzrok podążył w ich kierunku i tak stałam się posiadaczką flagowego produktu marki Dior, w kolorze 653 Rose Surprise.
Błyszczyki Addict Gloss zawierające kompleks Mirro Shine, nadają ustom niezwykły blask dzięki spolaryzowanym, krystalicznym mikro-kuleczkom, tworzącym warstwę lustrzanych płytek odbijając w ten sposób światło.Pielęgnacyjna, żelowa formuła, wzbogacona w cząsteczki kwasu hialuronowego, ujędrnia i nawilża usta, nadając im pełniejszy wygląd. 
Dior, Addict Gloss, 653 Rose Surprise

Jestem na nie || Isana, Nivea, Marion

Jestem na nie || Isana, Nivea, Marion
Pomysł z szybkimi recenzjami przyjęliście bardzo ciepło, więc dziś kolejna odsłona. W przeciwieństwie do poprzedniej, w której prezentowałam hity blogosfery znakomicie sprawdzające się w mojej pielęgnacji, dziś będą produkty, o których, z przykrością, nie mogę tego powiedzieć. Nie lubię nadużywać słowa 'bubel', ponieważ wśród Was bez trudu znajdą się osoby, którym dane kosmetyki służą, dlatego tytuł posta brzmi prosto, ale odpowiednie przesłanie zostało zachowane... 'jestem na nie'.

Szpilki, trencz i kręcone włosy

Szpilki, trencz i kręcone włosy
Jak w tytule, szpilki i trencz to ponadczasowe elementy damskiej garderoby, które nigdy się nie znudzą i nie przestaną być modne.Dlatego, podczas zakupów, warto kierować się uniwersalnością danego ciucha i unikać bezsensownego wrzucania wszystkiego 'jak leci'...nawet, jeśli jest to rzecz z sh i kosztuje grosze.Mając dobrą bazę, bez problemu stworzymy oryginalny, kobiecy i gustowny zestaw.Dziś możecie zobaczyć jak wyglądam w kręconych włoskach...nieczęsto mi się to zdarza ale czasem lubię zmienić swój image:D.
Udanego i oby mało deszczowego weekendu kochani...trzeba mieć nadzieję, że prognozy tym razem się nie sprawdzą...oby:D.

Wykreślone z listy marzeń # 5 oraz inne nowości

Maj to dla mnie miesiąc spełniania marzeń:D.Z dumą wykreślam kolejne zrealizowane, a mianowicie nowy smartfon.Wiem, że na liście umieściłam Samsunga S3, jednak zważywszy na fakt kupna wypasionej lustrzanki, musiałam to marzenie trochę zmodyfikować.Zamiast S3 wybrałam Samsunga Galaxy Trend Plus- o połowę tańszy, a parametry ma całkiem niezłe, opinie zresztą też.Jedyna kwestia, która absolutnie i bezsprzecznie nie mogła ulec zmianie to kolor- miał być biały i jest.Może i  mało praktyczny ale jaki fajniusi:D.
Samsung Trend plus, lista marzeń, telefon Samsung
Dawno nie pokazywałam kosmetycznych zakupów z jednego, głównego powodu-prawie nic nie kupuję, serio.Do koszyka wpadają tylko te niezbędne artykuły lub takie, które aktualnie są na wykończeniu.Totalny minimalizm...prawdę mówiąc, nie pamiętam kiedy kupiłam sobie coś z kolorówki...świat się kończy!
Tak więc zapraszam na mały przegląd nowości, które zasiliły moją kosmetyczkę w kwietniu i w maju...spokojnie, nie będzie tego dużo:D.

Annabelle Minerals, Podkład mineralny matujący, Golden Fair


Produkty Annabelle Minerals to wyjątkowa kompozycja najwyższej jakości składników, wśród których znajdziemy wyłącznie te sprawdzone i naturalne, co znacznie zmniejsza ryzyko pojawienia się podrażnień, czy reakcji alergicznych. Kosmetyki mineralne w szczególności polecane są osobom o cerze trądzikowej, gdyż zawarty w nich tlenek cynku oraz substancje o działaniu antybakteryjnym pozwalają zredukować niedoskonałości skóry. Co równie ważne - kosmetyki mineralne nie zatykają porów, więc można je stosować beż obawy, iż spowodują powstawanie stanów zapalnych lub zaskórników. Kosmetyki Annabelle Minerals są produkowane bez użycia talku, substancji zapachowych, parabenów, olei mineralnych, silikonów, konserwantów, alkoholu, emulgatorów, sztucznych barwników oraz tlenochlorku bizmutu. Jest to zatem znakomita propozycja również dla alergików oraz osób posiadających wrażliwą skórę.

Swoją podróż po krainie podkładów mineralnych rozpoczęłam w styczniu, od zakupu 5 sampli na stronie producenta. W poszukiwaniu odpowiedniej formuły i odcienia wybrałam kilka wariantów, spośród wersji kryjącej oraz matującej. Jako, iż naturalnego blasku mam aż nadto, opcję rozświetlającą skreśliłam już na samym początku. Pomyślałam, że podzielę się z Wami spostrzeżeniami na temat swojego wyboru oraz formuły i koloru, które sprawdziły się u mnie najlepiej. Zaznaczam, że moja cera jest tłusta, z licznymi przebarwieniami i zdecydowanie daleko jej do ideału:D.
Annabelle Minerals, pędzel Hakuro, podkład mineralny

Pierwsza wizyta na stronie Annabelle Minerals przypominała bardziej spacer we mgle, niż satysfakcjonujące zakupy. Wybór jest tak ogromny, że w pewnym momencie, zniechęcona, kliknęłam znak X w prawym, górnym rogu i zrezygnowałam. Przewertowałam kilka blogów, przeczytałam kilka recenzji i pełna wiary oraz motywacji, ponowiłam próbę. Fakt, utknęłam tam na ładnych parę godzin ale misja została zakończona sukcesem:D. Wahałam się pomiędzy formułą matującą, a kryjącą, bowiem moja cera potrzebuje i jednej, i drugiej. Kolory... tu było odrobinę łatwiej, wiedziona instynktem kliknęłam w odcienie Golden, które są typowymi żółtkami, a te sprawdzają się na mojej twarzy najlepiej. Dodam tylko, że testerki są niesamowicie wydajne i gdyby nie fakt, że nie wszystkie okazały się trafnym wyborem, starczyłyby na kilka miesięcy. Po zużyciu tych, które mi najbardziej odpowiadały i próbach mieszania pozostałych w celu uzyskania zadowalającego efektu, przyszedł czas na zakup pełnowymiarowego produktu. Zdecydowałam się na wersję matującą w odcieniu Golden Fair.

Skoro mam coś do ukrycia, to czemu matująca? - zapytacie.
Otóż wersja kryjąca zupełnie nie zdała egzaminu, tworząc na mym licu coś w rodzaju maski. Fakt, kryła świetnie, jednak w krótkim czasie od aplikacji przebijał się nieestetyczny błysk, dodatkowo ważyła się na twarzy < efekt ciasteczka >. Próbowałam wielu zestawień oraz sposobów nałożenia i za każdym razem finał był ten sam.
Strzałem w dziesiątkę okazała się opcja matująca.
Krycie lekkie, do średniego ale fajnie można je stopniować, dodając kolejne warstwy podkładu. Najlepiej jest znaleźć optymalną dla swojej skóry ilość, aby ładnie zakryć wszelkie niedoskonałości, nie tworząc przy okazji podkładowej maski. W moim przypadku idealnie sprawdzają się dwie, cienkie warstwy. Mat utrzymuje się ok 5-6 godzin, w nienaruszonym stanie. Po tym czasie podkład zaczyna się delikatnie ścierać, a skóra błyszczeć. Aby przedłużyć efekt, wystarczy lekko przypudrować skórę.
Podkład Annabelle ma postać sproszkowaną, która zbija się w malutkie grudeczki. Nie jest to jednak miałka, sucha konsystencja, jaką znamy z pudrów sypkich. Znakomicie współpracuje z pędzlem, wtapiając się w jego włosie dosyć mocno. Przed aplikacją na twarz należy delikatnie strzepnąć nadmiar kosmetyku, by uniknąć nieestetycznych i trudnych do rozprowadzenia placków.
Kolejną istotną kwestią jest przygotowanie skóry do nałożenia minerałów. Nie ukrywam, że był to jeden z moich większych problemów, bowiem nie każdy krem chce z nimi współpracować. U mnie najlepiej sprawdził się  Active sebum-control gel, Phenome. Dobrze jest przypudrować skórę po aplikacji kremu, by oddzielić ją od suchego podkładu. Taki myk pozwala przedłużyć trwałość minerałów.

Od strony technicznej: podkład zamknięty jest w plastikowym pudełeczku, w środku mamy dodatkowe zabezpieczenie w postaci sitka, osłoniętego przekręcanym wieczkiem. Nie ukrywam, że taka forma jest bardzo wygodna. Pełnowymiarowe opakowanie zawiera 10g produktu, a jego koszt to 50zł. Dostępna jest jeszcze wersja mniejsza - 4g oraz wspomniane sampelki, które zawierają po 1g podkładu.
Golden Fair to odcień w żółtej tonacji, dla średnio jasnych karnacji. Dla tych najjaśniejszych, odpowiedniejszy będzie Golden Fairest.
Podkład nakładam pędzlem Hakuro H50s.
Dla uzyskania mocniejszego efektu, można spróbować aplikacji na mokro, spryskując pędzel np.wodą termalną lub zwykłą, mineralną. Ja nakładam minerały wyłącznie na sucho... taka opcja jest dla mnie zwyczajnie wygodniejsza. Jak to robię? Wysypuję niewielką ilość podkładu na nakrętkę od opakowania, zanurzam pędzel, strzepuję nadmiar i kolistymi ruchami wcieram w skórę... po pierwszych kilku próbach stanie się to banalnie prostą czynnością, wykonywaną intuicyjnie, obiecuję:D.

Przejdźmy zatem do sedna, czyli efektu. Dziewczyny, które pisały o wspaniałym rozświetleniu i naturalności, jakie uzyskujemy za pomocą podkładów mineralnych, miały absolutną rację. Jeszcze żaden nie zapewnił mi tak zdrowo wyglądającej skóry. Wszelkie mankamenty są ładnie przykryte, a twarz wygląda promiennie i świeżo. Skóra pod minerałami oddycha, a to szczególnie ważna kwestia dla tych problematycznych, którym nie obce są wypryski, czy trądzik. Co więcej, dzięki zawartości tlenku cynku oraz substancji o działaniu antybakteryjnym, wpływa na poprawę stanu skóry. Nie sądziłam, że efekt będzie tak widoczny. Najlepszą rekomendacją niech będą liczne komplementy, jakie dostałam odnośnie wyglądu. To miłe. Odkąd odstawiłam tradycyjne podkłady skóra prezentuje się zdrowiej, a wszelakie wykwity pojawiają się zdecydowanie rzadziej. To była jedna z lepszych decyzji. Maskowanie zmian trądzikowych ciężkimi podkładami to, w gruncie rzeczy, masło maślane - ukrywamy znienawidzone niedoskonałości, zapychając skórę, a ta buntując się raczy nas kolejnymi...neverending story:D. Podkłady mineralne nie dość, że ładnie stapiają się ze skórą, to w widoczny sposób poprawiają jej stan. Czy muszę dodawać coś jeszcze? hmm...może tylko zdjęcie...:D


O rany, rany...to chyba jeden z moich najdłuższych  postów...jeśli jeszcze jesteście, to podziwiam i dziękuję:).
Mam nadzieję, że choć trochę pomogłam i ta moja pisanina na coś się przydała.
Gdybyście mieli jakieś pytania, chętnie na wszystkie odpowiem, buziaki:D.


Auriga, Flavo C Forte, serum 15%

Serum Flavo C Forte to preparat działający silnie przeciwzmarszczkowo i rozświetlająco.Przeznaczony głównie dla palaczy, osób przebywających w pomieszczeniach klimatyzowanych, cer zniszczonych słońcem, a także do regeneracji, odświeżenia skóry, poprawienia elastyczności i redukcji przebarwień.Producent obiecuje spektakularne rozświetlenie cery, wygładzenie i spłycenie istniejących zmarszczek, a także zapobieganie powstawania nowych, dzięki zawartości 15% witaminy C <forma lewoskrętna...ponoć najlepsza...> oraz 30% wyciągu z Gingko biloba.
serum z witaminą C, Auriga, pielegnacja przeciwzamarszczkowa,serum na przebarwienia,FlavoC

Hity blogosfery: La Roche-Posay, Vichy, Green Pharmacy

Produkty, o których dziś napiszę to prawdziwe hiciory blogosfery, dlatego swój punkt widzenia przedstawię w  innej formie, niż zazwyczaj - będzie krótko, zwięźle i na temat. Dlaczego tak? Otóż o tej trójcy napisano już tyle, że kolejna obszerna recenzja nie wniesie nic nowego. Jednakowoż,  z własnego doświadczenia wiem, że szukając w internetach opinii o interesującym mnie produkcie, lubię mieć wystarczająco duże porównanie, traktując każdą jedną jak swego rodzaju część składową i dopiero zebrawszy wszystko do kupy analizuję, czy dany artykuł będzie dla mnie odpowiedni, a następnie  podejmuję decyzję o ewentualnym zakupie. Tak więc, dziś trzy szybkie mini-recenzje... być może komuś się przydadzą:D.

Hity blogosfery: La Roche-Posay, Vichy, Green Pharmacy


Vichy, Antyperspirant 48H

Popularna kulka firmy Vichy trafiła do mnie w lutym i od tego czasu używam jej codziennie. Dorzuciłam ją do koszyka trochę z ciekawości. Chciałam na własnych pachach poczuć moc, którą gwarantuje producent:D. W zasadzie moje wymagania odnośnie antyperspirantów nie są zbyt wygórowane... mają mnie chronić, mam czuć się komfortowo i swobodnie, wolałabym także, aby nie zostawiały białych plam na ubraniach. Ten produkt zapewnia mi to w 100%. Nie straszny mu stres, intensywny wysiłek fizyczny, nie brudzi moich bluzek i jest bardzo wydajny - trzy miesiące to niezły wynik. Nie podrażnia skóry nawet po goleniu, nie swędzi, nie piecze. Zapach delikatny, przyjemny, nie kolidujący z aromatem perfum, których używam. Bez alkoholu, bez parabenów, również dla osób o wrażliwej skórze. Cena ok 30zł, w zależności od apteki. Wiem, że dostępne są dwupaki po ok 55 zł i następnym razem w taki się zaopatrzę. Jest świetny.
Jeśli chcecie doczytać więcej informacji o tym produkcie zapraszam tutaj


La Roche-Posay, Effaclar Duo

Kolejny kultowy kosmetyk, mający być wybawieniem dla osób, których problemem jest trądzik oraz zaskórniki. Jak sobie poradził z moją cerą?... rewelacyjnie!
Początkowy wysyp okazał się preludium do widocznego oczyszczenia skóry. Zaczęłam używać go późną jesienią, kontynuując kurację zimą oraz wczesną wiosną... jedną tubką:D. Pierońsko wydajny. Może powodować uczucie mrowienia lub pieczenia... u mnie tak było. Należy być systematycznym i nie zrażać się tragedią, która we wstępnej fazie rozpanoszy się na naszej twarzy, serio, to może zniechęcić. Kolejne tygodnie przynoszą znaczną poprawę, krostki znikają, a ropne wykwity pojawiają się rzadziej. Liczyłam na większą pomoc w walce z przebarwieniami, ale i tak jest nieźle. Aktualnie stosuję go profilaktycznie, mniej więcej dwa razy w tygodniu lub punktowo w razie nagłej awarii. Taka częstotliwość pomaga utrzymać moją skórę w ryzach, nie powodując niepotrzebnego wysuszenia. Podczas kuracji nie zapominajcie o odpowiedniej ochronie, krem z filtrem to nie nasze widzimisię ale konieczność, w końcu mamy do czynienia z produktem zawierającym kwasy. Cena ok 40zł. Polecam.
Więcej opinii o serii Effaclar znajdziecie na stronie producenta: tutaj


Green Pharmacy, Jedwab w płynie

Serum  na łamliwe końcówki,  o lekko żelowej konsystencji, w wygodnej buteleczce z pompką, dzięki łagodnej formule nie obciąża moich włosów. Przeznaczone do włosów: cienkich, delikatnych, łamliwych, uwrażliwionych na wskutek działania czynników chemicznych i/lub mechanicznych, przemęczonych zabiegami fryzjerskimi. Olejki ryżowy i kameliowy regenerują uszkodzoną strukturę włosa i chronią końcówki przed rozdwajaniem. 100% ekstrakt aloesu i olejek cedrowy nawilżają przesuszone partie włosów przywracając im lśniący, zdrowy wygląd. Jedwab, który w składzie nie ma grama jedwabiu?... hmm... nie wiem skąd ta nazwa ale trudno z nią dyskutować, jest i już:D. Ważne, że działa dyscyplinując i chroniąc moje włosy, które są dzięki niemu w znakomitej kondycji. Fajnie radzi sobie z ujarzmieniem fruwających maluszków na czubku głowy... przynajmniej nie wyglądam jak rażona piorunem:D. Tani, skuteczny i pięknie pachnie. Cena ok 8zł.

Cała trójka wskakuje do grona moich ulubieńców. Zasłużenie.


Jak Wam się podoba taka forma recenzji?Znacie te produkty?



Roladki ze szpinakiem i wędzonym łososiem

Jeśli lubicie szpinak oraz wędzonego łososia, przy jednoczesnej awersji do wielogodzinnego stania przy kuchni i wymyślania skomplikowanych potraw, to ten przepis będzie dla Was jak znalazł. Banalnie proste w wykonaniu roladki, są znakomitą przekąską i - co ważne - całkiem dostojnie się prezentują:D. U mnie ostatnio zrobiły furorę i zniknęły z prędkością światła.

roladki, dania ze szpinaku, wędzony łosoś

Co nam będzie potrzebne?

Składniki:
  • paczka mrożonego szpinaku
  • 4 jajka
  • serek ; ja używam biedronkowego Delikate, tu akurat w wersji czosnkowej ale może być naturalny
  • wędzony łosoś
Na patelni przesmażamy kilka ząbków czosnku, wyjmujemy je, następnie dodajemy rozmrożony uprzednio szpinak; doprawiamy do smaku, dorzucamy 4 żółtka; białka ubijamy na sztywną pianę, delikatnie łączymy z masą szpinakową; całość przekładamy do prostokątnej blachy wyłożonej papierem do pieczenia; wszystko robimy intuicyjnie, na oko - im większa blacha, tym ciasto szpinakowe będzie cieńsze.
Blacha wędruje do piekarnika, aby masa lekko stwardniała...ok 15-20 minut...trzeba kontrolować stopień stwardnienia <bez podtekstów proszę:D> żeby była upieczona, ale nie spalona; wyjmujemy, pozostawiamy do ostygnięcia.
Smarujemy serkiem, tu możecie sobie nie żałować - im więcej tym roladki będą lepsze; po jednej stronie układamy wędzonego łososia i zawijamy dosyć ścisło; i już... roladka powinna powędrować na jakiś czas do lodówki, aby składniki dobrze się połączyły, a smaki przeniknęły:D; kroimy na dowolnej szerokości kawałki i delektujemy się wybornym smakiem.

Polecam!



Wykreślone z listy marzeń # 4 || Canon EOS 600D

Witajcie Kochani.Wybaczcie ale muszę...mam nadzieję, że zrozumiecie moją radość i przymkniecie oko na ten chwalipięcki post:D.Nowiuśka, jeszcze pachnąca...nareszcie ją mam...

Canon EOS 600D

Miłego wieczoru, buźka:D

Bujany Fotelik - marzec, kwiecień'14 || Nowości w mojej biblioteczce

Aż wstyd się przyznać, że w ciągu dwóch miesięcy przeczytałam zaledwie 4 książki.Porównując ten wynik z lutym,wypadam dość marnie.Przyczyną takiego stanu rzeczy były dwie sytuacje-po pierwsze w marcu zaczęłam czytać książkę, na której totalnie utknęłam, nie mogłam się przez nią przebić, a że nie lubię zaczynać i nie kończyć, męczyłam ją tak prawie trzy tygodnie.Po drugie, w kwietniu jak wiadomo były Święta i mnóstwo przygotowań, więc książki zeszły na dalszy plan.Kompletnie nie miałam czasu na tę lubianą przeze mnie chwilę relaksu.Mam cichą nadzieję, że maj zakończę efektywnie i poprawię swoje czytelnicze wyniki.W kolejce czeka kilka interesujących i polecanych przez Was tytułów:D


Kosmetyczni ulubieńcy || złota piątka marca i kwietnia'14

Wczoraj, w drodze do pracy, wywąchałam zapach bzu, a skoro go poczułam, to znaczy, że kwitnie...a jeśli bez pokrywa się kwieciem, może oznaczać to tylko jedno-maj.Ten miesiąc od zawsze kojarzył mi się z niezwykle aromatycznym, moim ukochanym białym bzem, zbliżającym się wielkimi krokami latem oraz rozwijającym swe białoróżowe pąki, drzewem kasztanowca...
Jest jeszcze coś-matury...kwitnące kasztany oznaczają, że maturzyści chwytają za pióra i wytężają swoje umysły.Dla mnie to mgliste wspomnienie i-co dziwne-po czasie nawet nie takie straszne.Zatem wszystkim tegorocznym maturzystom życzę powodzenia i trzymam za Was kciuki...niechaj pióro lekkim będzie.Na pocieszenie dodam tylko, że po egzaminach czekają Was najdłuższe wakacje życia:D.

A co dzisiaj na blogu?-jeden z tych postów, które piszą się same,czyli ulubieńcy.W moim przypadku będzie to gromadka z dwóch miesięcy.Marcowe podsumowanie sobie odpuściłam, albowiem moja pielęgnacja w ostatnich miesiącach jest do bólu monotonna i bardzo minimalistyczna, dodatkowo cały czas wykańczam produkty, które zakupiłam w tym celu wraz z początkiem roku.
Tak więc zapraszam na złotą piątkę, przemyślaną, sprawdzoną i godną polecenia.Pierwsze skrzypce dzisiejszego zestawienia gra pielęgnacja, jednak znalazło się miejsce dla kosmetyku kolorowego, które podbiło moje serce, jest też jeden pędzel do makijażu.Niektóre produkty z tej zacnej gromadki, doczekały się oddzielnej recenzji, więc będą odpowiednio podlinkowane.Ok, ruszamy...