Ulubieńcy || Styczeń, luty 2014


Nie pytam ile pączków wczoraj zjedliście, ponieważ musiałabym sama się przyznać, a po co to rozgrzebywać:D.Było, minęło.Teraz nie pozostaje nic innego jak wyjeść zapasy, zacisnąć zęby i wypocić to, co wczoraj odłożyło się tu i ówdzie. 

Dziś ostatni dzień lutego, to wręcz nieprawdopodobne...czasem mam wrażenie, jakby czas przeciekał między palcami-przecież dopiero witaliśmy nowy rok.Koniec jednego i początek kolejnego miesiąca to dla blogosfery tradycyjnie moment wszelkiego rodzaju podsumowań-pojawiają się denka, nowości oraz plany na najbliższe dni.Na moim blogu cyklicznie publikowane posty to między innymi ulubieńcy oraz, od niedawna, seria artykułów o wdzięcznej nazwie Bujany Fotelik, mających przedstawiać moje zamiłowanie do czytania.
W dzisiejszym poście zajmiemy się pierwszą z wyżej wymienionych.Pora zaprezentować ulubieńców, którzy dzielnie towarzyszyli mi w styczniu i w lutym.Nie miałam większego problemu z wyłuskaniem produktów, które mnie zachwyciły, ponieważ używałam ich niemal codziennie.Wybór był więc oczywisty.
Moja piątka składa się w dużej mierze z kosmetyków, które dobrze znam, choć ta znajomość nie zawsze układała się po mojej myśli, a że w nowym roku postawiłam na zużywanie i zakupowy minimalizm, dlatego odkopałam kilka produktów, które dłuższy czas leżały i zbierały kurz.Przykładem może być tu masło do ciała Isana lub oliwka Babydream, o której istnieniu przypomniałam sobie dopiero po przeczytaniu posta  Justynki , i którą z miejsca pokochałam.Mam wrażenie, że to zupełnie inny produkt.Wspaniały przykład na to, że czasem warto dać  kolejną szansę i odnowić znajomość z kosmetykiem, który początkowo nas nie zachwycił lub zwyczajnie o nim zapomnieliśmy, ponieważ istnieje duże prawdopodobieństwo, że zaskoczy nas swoimi właściwościami i stanie się jednym z ulubieńców.
Początek roku był też początkiem mojej małej rewolucji w pielęgnacji.Uzupełniłam kosmetyczne zapasy, wzbogaciłam je o kilka perełek, zmieniłam też swoje codzienne rytuały, co w widoczny sposób przełożyło się na poprawę stanu cery.Za wcześnie jednak by opiniować i sumować wnioski, czas pokaże czy wszystkie elementy tej skomplikowanej układanki połączą się ze sobą w zadowalający mnie sposób, czy będzie trzeba szukać dalej.Na dzień dzisiejszy moim największym hitem i bezapelacyjnym zwycięzcą wśród nowości jest Exfoliating, pasta peelingująca Phenome.Nie przesadzę jeśli powiem, że to moje małe odkrycie.
Tak więc niektóre z produktów, które za moment pokażę  to udane powroty, inne należą od stosunkowo nowych zdobyczy ale każdy z tych kosmetyków zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie.
Wśród tej skromnej gromadki znalazł się tylko jeden kosmetyk do makijażu, reszta to produkty pielęgnacyjne zarówno do twarzy, włosów, jak i ciała.


1.  Dr Irena Eris, Clinic Way, dermokrem przeciwzmarszczkowy pod oczy
Doskonały kosmetyk pod oczy i tu zdania nie zmieniam.Osoby zainteresowane przeczytaniem bardziej szczegółowej recenzji, odsyłam do wpisu , który w całości poświęciłam propozycji Laboratorium Kosmetycznego Dr Irena Eris.Jest to krem dla osób w wieku +30, które szukają przede wszystkim nawilżenia, odżywienia oraz małego wspomagacza w walce z pierwszymi objawami starzenia się skóry.Cóż mogę dodać?może tylko tyle, że im dłużej go stosuję, tym lepsze robi wrażenie, a jedyne czego od nas wymaga to systematyczność:D. W głowie mam już kilka pomysłów na jego następcę, jednak nie wykluczam powrotu.

2.  Maybelline, 14HR Super Stay Lipstick, 110 Neverending Pink
Matowa pomadka w kolorze intensywnego różu, zakupiona bodajże jesienią służy mi nieprzerwanie i wciąż ją bardzo lubię.Cenię ją za trwałość, ciekawy kolor oraz uniwersalność, ponieważ fajnie sprawdza się zarówno do mocnego, wieczorowego makijażu, jak i tego bardziej naturalnego, na co dzień.Wszystko zależy od tego, w jaki sposób ją aplikujemy.Lubię mieć ją pod ręką, by w razie potrzeby szybko i bez problemów  poprawić swój wygląd. Tutaj    możecie przeczytać pełną recenzję pomadki Maybelline, natomiast  tutaj     zobaczycie mój codzienny makijaż, w którym jej użyłam.

3.  Phenome, Exfoliating Facial Paste
To jest ten hicior, o którym pisałam na wstępie.Ulubieniec, pośród ulubieńców, bez wątpienia jeden z lepszych peelingów, których dotąd używałam.Z całą pewnością zasłużył sobie na konkretną i rzeczową opinię, dlatego szczegółowa recenzja zapewne pojawi się już wkrótce.Mogę zdradzić, że będą to same pochwały i jeśli cena jest jedynym czynnikiem, jaki powstrzymuje Was od jego zakupu, to powinniście się skusić.Tak wydajnego produktu już dawno nie miałam i pomimo, że używam go regularnie 3-4 razy w tygodniu od ponad miesiąca, to nie dobiłam nawet do połowy słoika:D.Co ja mówię?...ledwo wierzchnią warstwę naruszyłam.Nazwa firmy jest idealnym odzwierciedleniem jakości produktu- ten peeling jest Phenome(nalny) :D i już teraz wiem, że przyszłym, ewentualnym następcom, postawił poprzeczkę bardzo wysoko.

4.  Isana, Krem do ciała z masłem shea i kakao
Pierwszy z kosmetyków, który po dłuższym, bezsensownym zajmowaniu kolejnych kątów w łazience, powrócił do łask.Doskonale znany większości, popularny i doceniony produkt, który jakiś czas temu święcił triumfy w blogosferze.Dziewczyny używały tego masełka nie tylko do ciała ale i do kremowania włosów.Ja także spróbowałam i okazało się, że to naprawdę świetny kosmetyk, a stosunek jakości do ceny jest w tym przypadku wręcz rewelacyjny.Za niespełna 10zł kupujemy 500ml produktu, który można wykorzystać na wiele sposobów i gdyby nie moje lenistwo i niechęć do wszelakiej maści smarowideł, już dawno nie byłoby po nim śladu.Tak więc w styczniu wyjęłam go ponownie z szafki i zaczęłam w miarę regularnie zużywać...co nadal idzie mi bardzo opornie...ale się staram, to już coś:D.Nie obiecuję, że będę to robiła co wieczór ale spróbuję się w tym temacie poprawić:D.

5.  Babydream fur Mama, olejek pielęgnacyjny
Olejek, który z założenia miał pomagać mamom w walce z rozstępami, doceniły przede wszystkim włosomanniaczki.Doskonały skład, w którym znajdziemy olej sojowy, olej ze słodkich migdałów, słonecznikowy, jojoba, macadamia oraz wit E oraz niewielki koszt oscylujący w granicach 10zł, czynią z niego produkt wart uwagi.Być może zastanawiacie się, który z moich ulubieńców lądował na włosach, ponieważ żaden nie jest do tego konkretnego celu przeznaczony?Chodzi właśnie o ten olejek.Nakładam go przed każdym myciem, na lekko zwilżone mgiełką aloesową włosy, na mniej więcej 2 godzinki, w zależności od ilości czasu, którym dysponuję.Sprawa jest o tyle dziwna, że gdy kupiłam go kilka miesięcy temu, kompletnie mi nie pasował.Włosy były po nim spuszone, jak w czasie największej wilgoci...a teraz?...nastąpił zwrot akcji i jestem w nim zakochana.Być może wpływ na to ma ogólna poprawa kondycji moich włosków, może teraz potrzebują czegoś innego?Cieszę się, że trafiłam na post Justynki, w którym opisywała swoją przygodę z oliwką Hipp, bo to ona zainspirowała mnie do tego, aby dać produktowi Babydream jeszcze jedną szansę. Dzięki Justyś:D.Znalazłam fajny zamiennik dla olejku arganowego, który w między czasie dobił dna, a który nawilża moje włosy w niemal porównywalny sposób.


I to by było na tyle.Który z moich ulubieńców jest Wam znany, a może któryś jest w kręgu Waszych zainteresowań ?Jeśli macie pytania, z przyjemnością na wszystkie odpowiem. Pozdrawiam :D



Prosty sposób na chrupiące placki ziemniaczane


Dziś dam się poznać "od kuchni", dosłownie i w przenośni. Być może to, co napiszę, niektórym z Was wyda się banalne i oczywiste, mam jednak nadzieję, że nie wszyscy są "mistrzami patelni" i takie wskazówki - na pierwszy rzut oka nic nie wnoszące - uatrakcyjnią nieco powszechnie znane i zazwyczaj lubiane potrawy:D. No bo któż nie lubi placków ziemniaczanych?? Zdaje się, że to pytanie retoryczne, bo odpowiedź może być tylko jedna < tak mi się przynajmniej wydaje>. Jest to jeden z bardziej lubianych przysmaków, cieszący się niesłabnącą popularnością.

To jest dobry moment, aby do czegoś się przyznać. Nie wiem, czy już to mówiłam, choć przypuszczam, że tak ale powtórzę raz jeszcze - placki ziemniaczane to jedna z tych potraw, przy których część mózgu odpowiedzialna za uczucie sytości jest u mnie kompletnie bezużyteczna. Potrafię wchłonąć naprawdę ogromną ilość cieplutkich placków < zimne też są spoko, bo to PLACKI ZIEMNIACZANE> i każda jest niewystarczająca. Jest jeszcze jedna potrawa, która działa na mnie w ten sam sposób - ruskie pierogi:D.

Dobra, dobra, bo kompletnie odbiegłam od tematu...koniec tych wyznań.
Placki można przyrządzać na wiele sposobów i każdy ma jakieś ulubione, z których zazwyczaj korzysta. Niektórzy lubią z cebulką na słono, inni wolą za śmietaną i z cukrem. U nas w domu zdecydowanie wygrywa wersja z cukrem ale podczas przygotowywania masy na placki, dodaję jeden składnik, który sprawia, że po usmażeniu stają się niezwykle chrupiące i aromatyczne. Co to takiego? Odpowiedź jest prosta i jakże banalna - żółty ser. Odrobina żółtego sera robi naprawdę dużą różnicę zarówno w smaku, jak i wyglądzie placuszków. Nie są takie "kapciowate", tylko chrupiące i co ważne, pozostają takie nawet po wystygnięciu:D

Prosty sposób na chrupiące placki ziemniaczane

Oczywiście ilość sera jest uzależniona od indywidualnych preferencji i możecie dodać taką, jaka zadowoli Wasze podniebienia. Ja sobie nie żałuję, bo takie najbardziej lubimy, a dodatkowo im większa ilość, tym bardziej chrupkie placki... ale tylko z zewnątrz, bo w środku są nadal mięciutkie i można wyczuć rozpuszczony, a co za tym idzie - ciągnący się ser...pycha:D


Ktoś ma ochotę?? Chciałabym poczęstować, serio ale placki znikają u mnie w tempie ekspresowym i jedyne, co po nich pozostaje to pusty talerz i zdarte paznokcie u prawej dłoni :D. Musicie jednak uwierzyć na słowo, że było pysznie...


Kto zna i stosuje ten myk? - ręka do góry. Ciekawa jestem jaką wersję placuszków Wy lubicie...na słodko?...na słono?



IVONA poleca, Oliver Koletzki feat. Fran

IVONA poleca, Oliver Koletzki feat. Fran


Hej Kochani:D.U Was też jest taaaka pogoda??No woow, aż żyć się chce!Słońce pięknie świeci działając jak dynamo- napędza mnie i dodaje energii:D.Mam nadzieję, że tak już zostanie i nie będzie powrotu zimy (takie moje pobożne życzenie).
Dziś będzie muzycznie, dla odmiany - taki tam lekki pościk na niedzielę, idealny w trakcie tłuczenia mięcha na kotlety:D.Wiecie przecież, że jestem ogromną pasjonatką dobrej muzyki.Moje gusta krążą wokół starych, dobrych numerów ale lubię czasem zapuścić się w nieznane mi dotąd rejony.Tak właśnie odkryłam ten kawałek.Znacie to?...słyszycie jakiś numer, jakiś fragment, gdzieś, w reklamie, filmie i zaczynacie gorączkowe poszukiwania w stylu "cholerka! co to było?". Ja tak miałam ostatnio po obejrzeniu reklamy Kinder Bueno.Tak mi wpadła w ucho muzyczka w tle, że musiałam ją wytropić. No i się udało, jakże by inaczej...od czego mamy internety?

Słucham jej teraz namiętnie.Działa na mnie niezwykle relaksacyjnie, a jednocześnie pobudzająco...można tak?hmm...taka fajna jest, odprężająca...no cóż, lubię jej klimat:D. Ale co ja się będę produkować, sami posłuchajcie...tylko ostrzegam- im dłużej i częściej, tym bardziej wciąga:D



A może podzielicie się ze mną tym, czego teraz słuchacie?Chętnie poznam coś nowego.Wrzucajcie linki albo podajcie chociaż namiary na wykonawcę.Dobrej muzyki nigdy za dużo:D

Życzę Wam cudownej niedzieli:D




Rimmel, Space Dust, 004 Luna Love


Kolekcja Space Dust  to zdaje się najmłodsze dzieciątko, które wyfrunęło spod skrzydeł Rimmela.Liczy sobie 5 wibrujących kolorowymi drobinkami odcieni o piaskowej fakturze.Jak widać Rimmel podąża za trendami i goni konkurencję świadom popularności, jaką cieszą się u konsumentek lakiery o podobnym  wykończeniu.Jest popyt, więc musi być i podaż.Kolekcja ukazała się jesienią 2013 i jest propozycją firmy na okres świąteczno-zimowy.Na naszym rodzimym rynku lakiery te pokazały się stosunkowo niedawno i zdaje się, że nie są jeszcze zbyt popularne, choć niewątpliwie wykazują do tego tendencję i są całkiem udaną, aczkolwiek mocno okrojoną kolorystycznie, propozycją.


Lakier, który posiadam pokazywałam Wam wraz z  nowościami stycznia  .Wzbudził wtedy spore zainteresowanie, dlatego postanowiłam zaprezentować efekt, jaki dzięki niemu uzyskujemy.Przyznam, że nie było to łatwe, bo o ile na paznokciach zachwyca i ukazuje swoje piękno z niebywałą łatwością, to uchwycenie jego wielowymiarowości obiektywem aparatu było skomplikowanym i czasochłonnym zadaniem.Mam nadzieję, że ilość zdjęć Was nie przerazi i przebrniecie przez nie z przyjemnością.


Luna Love to kolor, któremu bez wątpienia nie można odmówić uroku i który zmienia swe oblicze niczym kameleon, w zależności od natężenia i barwy światła.Momentami jest to typowy głęboki fiolet, lekko wpadający w bakłażan, by za chwilę przeobrazić się w intensywny róż, a nawet bordo.Luna Love to typowy, piaskowy gliter, w którym zanurzone są różnokolorowe drobinki, dające piękne, brokatowe wykończenie.Są one jednak na tyle subtelne, że nie musimy obawiać się o zbyt dyskotekowy, krzykliwy  efekt.Fioletowe, srebrne, niebieskie- wszystkie tworzą idealną, przenikającą się wzajemnie i  spójną całość, która potrafi zachwycić.


Muszę przyznać, że rzeczywisty kolor jest nieco ciemniejszy, głębszy, bardziej fioletowo-śliwkowy.Specjalnie zdjęcia nie są rozjaśniane, by wydobyć tę głębię, jednak blogger postanowił delikatnie ten efekt mi popsuć:D.
Buteleczka zawiera 8ml lakieru, a koszt oscyluje w granicach 10zł.Pędzelek jest dość gruby i krótki. Osobiście wolę te cieńsze, ponieważ moja płytka jest wąska i malowanie takim szerokim pędzelkiem sprawia mi sporo kłopotu.Muszę porządnie się nakombinować, by uzyskać zadowalający mnie i estetyczny efekt finalny.Lakier zasycha w tempie ekspresowym i trzyma się płytki ok tygodnia.Według mnie to szalenie dobry wynik.Konsystencja jest niezbyt gęsta, jednak ładnie się rozprowadza, nie rozlewa się na skórki, a piaskowa, chropowata faktura jest przyjemnie gładka, choć wyczuwalna.


Jak Wam się podoba nowa, piaskowa propozycja firmy Rimmel?Mnie kusi jeszcze ta ciemna zieleń, czyli Total Eclipse:D




Mój codzienny makijaż

Makijaż, który zazwyczaj wykonuję musi być przede wszystkim szybki, mało kłopotliwy i delikatny, a jednocześnie choć trochę podkreślać urodę. Rano nie mam czasu, ani ochoty na wymyślne malunki, dlatego używam minimalnej ilości kosmetyków - pewniaków, które zrobią mi na twarzy ekspresowego photoshopa:D.

Mój codzienny makijaż

Nic skomplikowanego, prawda?I o to chodzi:D. 



Kosmetyki, których użyłam to: 

- podkład mineralny, kryjący w kolorze Golden Fair, Annabelle Minerals
- bronzer The Balm, Bahama Mama ; dopiero go oswajam ale coś czuję, że będzie z tego miłość:D
- trójeczka Inglot; w zasadzie używam tylko tych dwóch górnych kolorków- jasny na całą powiekę ruchomą, a ciemny fiolet, z drobinkami mieniącymi  na załamanie; całość dokładnie rozcieram, prowadząc ciemny cień nieco powyżej załamania, by zniwelować opadającą powiekę i optycznie otworzyć oko
- eyeliner żelowy Maybelline, jednak kreska nie kończy się typową jaskółką, nie prowadzę jej zbyt daleko, ponieważ na co dzień preferuję wersję nieco delikatniejszą i mniej rzucającą się w oko; staram się też rozetrzeć ją pędzlem, by kontrast pomiędzy cieniem, a kreską nie był zbyt drastyczny; jeśli chcecie zobaczyć jak za pomocą eyelinera Maybelline wyczarować typową krechę, zapraszam  TUTAJ
- Maybelline Color Tatoo, 40- permanent taupe służy mi tradycyjnie do podkreślenia brwi oraz dolnej linii rzęs; makijaż, który wykonałam z jego użyciem możecie zobaczyć  TUTAJ
- rzęsy pomalowałam nowością w mojej kosmetyczce, czyli tuszem MAC, False Lashes Extreme Black; postaram się o post pokazujący go w pełnej krasie:D
- na linii wodnej hipoalergiczna kredka Bell w kolorze białym
- usta podkreślam moją ukochaną pomadką Maybelline, w kolorze 110 Neverending Pink, którą dokładniej możecie sobie obejrzeć  TUTAJ
- makijaż wykonałam w całości pędzlami firmy Hakuro,  H50s, H14, H77 i H85


A jak wygląda Wasz codzienny makijaż?Wybieracie wersję łagodną, czy nieco ostrzejszą?


Uwaga! ta część posta jest sponsorowana! :D
Chciałabym Was serdecznie zaprosić na bloga Anetki- niezwykle sympatycznej dziewczyny, tworzącej ciekawe, codzienne stylizacje.Aktualnie na jej blogu trwa konkurs zorganizowany wspólnie ze sklepem Rosewholesale.Jeśli macie ochotę wziąć w nim udział to super, sprawicie Anecie dużą radość.Warto odwiedzić jej bloga, chociażby ze względu na uroczą prowadzącą:D.Zainteresowanych zapraszam http://ideaforfashion.blogspot.com/




Wykreślone z listy marzeń #2 i #3 || Nowości lutego


Skrupulatnie i z pełnym zaangażowaniem wykreślam kolejne pozycje z mojej tegorocznej Listy marzeń i muszę Wam powiedzieć, że sprawia mi to coraz większą frajdę.Polecam zrobić takową każdemu, bo można fajnie uporządkować wszystkie swoje chciejstwa i potrzeby.Oczywiście wpada czasem do koszyka jakiś nieplanowany produkt ale nie dajmy się zwariować- jesteśmy tylko ludźmi, w dodatku bardzo podatnymi na wszelkie bodźce z zewnątrz, a  Wasze posty z nowościami nie ułatwiają trwania w czystości zakupowej:D.

Przejdźmy zatem do sedna sprawy, czyli do moich nowości lutego.
Wykreślone z listy marzeń #2 i #3 || Nowości lutego


 Douglas.pl    , tu skusiłam się na dwa produkty: Dior Addict Gloss, błyszczyk do ust w kolorze 653 Rose Surprise oraz tusz do rzęs MAC, False Lashes Extreme Black; 20% rabatu, a do tego darmowa wysyłka nie mogły przecież przejść bez echa:D


Cocolita.pl   , Batiste, suchy szampon do włosów, wersja Blush; dwa kolejne Hakuraski do kolekcji, czyli H14 oraz H77, no i gwiazda wieczoru- gorąca mamuśka prosto z wysp Bahama- The Balm, Bahama Mamma, bronzer; śniada piękność była na mojej liście, więc wykreślam, a co do pędzli, to jeszcze nie wszystkie, które bym chciała, dlatego jeszcze na niej pozostają:D; nie mniej jednak mały kroczek w kierunku skompletowania całego zestawu poczyniłam;


Pozostałe zakupy to : LIERAC, olejek do demakijażu ( wykreślam z listy ); kultowy antyperspirant VICHY; pomadka ochronna NUXE; szampon NIVEA oraz naturalne maseczki do skóry trądzikowej, zakupione podczas ostatniej promocji w Biedronce, sztuk 3...na zdjęciu widoczne 2, bo jedna odeszła już w zapomnienie, czyt. została wykorzystana:D


A na koniec -jako, że nie samymi kosmetykami człowiek żyje - trzy nowe pozycje do mojej biblioteczki:


To by było na tyle. Tradycyjnie zadam więc pytanie, czy znacie moje nowości, co u Was się sprawdziło lub nie i czy coś szczególnie Was zainteresowało?



L'biotica, BIOVAX, Intensywnie regenerująca maseczka do włosów słabych ze skłonnością do wypadania


Maski Biovax to bez wątpienia jedne z bardziej znanych produktów do włosów.Jeśli nawet nie używaliście ich osobiście, to z całą pewnością o nich słyszeliście.Maski dostępne są w kilku wersjach, na przeróżne włosowe problemy, więc bez trudu wybierzecie z asortymentu firmy L'biotica taką, która wpasuje się w Wasze potrzeby.
Ta, którą chcę dziś opisać przeznaczona jest do włosów słabych , ze skłonnością do wypadania.Z własnego doświadczenia  wiem, że ten problem potrafi spędzać sen z powiek.Jakieś 2 lata temu, w okresie jesiennym włosy leciały mi na potęgę.Zdaję sobie sprawę, że na ten stan rzeczy złożyło się wtedy mnóstwo czynników, m.in odstawienie hormonów.Musicie wiedzieć, że to co dzieje się w organizmie kobiety po zaprzestaniu przyjmowania tabletek hormonalnych, to prawdziwa katastrofa zarówno dla cery, włosów oraz ogólnego samopoczucia.Gdybym na początku wiedziała jak ta przygoda się zakończy, nigdy, powtarzam nigdy!, nie sięgnęłabym po tę formę antykoncepcji.Ok, może i jest niemal pewna ale jej całkowite bezpieczeństwo i brak skutków ubocznych to slogan, który można między bajki włożyć.Potrzeba czasu, by pozbyć się tego świństwa z organizmu.W moim przypadku pierwszymi objawami były wysyp na twarzy, choć nigdy nie miałam problemów z cerą, znaczne wahania wagi oraz właśnie wypadanie włosów. Każdorazowe czesanie kończyło się puklem kosmyków na szczotce.Nawet moja fryzjerka była tym zaniepokojona.Poleciła mi wtedy właśnie tę maskę, jako produkt, który często chwaliły jej klientki jako efektywny i pomagający uporać się z nadmiernym wypadaniem włosów, w dość krótkim czasie.Cóż miałam do stracenia?- kupiłam, zużyłam i pokochałam na tyle, że wracam do niej regularnie, stosując prewencyjnie jako expresową kurację regeneracyjną, mniej więcej dwa razy do roku, przeważnie wiosną i jesienią.

L'biotica, BIOVAX, Intensywnie regenerująca maseczka do włosów słabych ze skłonnością do wypadania
250ml / ok 17zł

Intensywnie regenerująca maseczka Biovax opracowana została przez specjalistów w celu zagwarantowania Twoim słabym i skłonnym do wypadania włosom jak najlepszej kondycji. Maseczka Biovax dba nie tylko o zdrowie i kondycję włosów, ale również zapewnia im gruntowną ochronę i bezpieczeństwo. 

Składniki aktywne:
- 100% sok z aloesu intensywnie odżywia cebulki, chroniąc włosy przed nadmiernym wypadaniem. Wpływa korzystnie na rozdwojone końcówki i skutecznie zmniejsza łamliwość włosów.
- Kompozycja olejku ze słodkich migdałów oraz miodu silnie nawilża, zmiękcza i odżywia włosy, nadając im piękny połysk.
- 100% ekstrakt z henny ułatwia aktywnym składnikom wnikanie do wnętrza włosa i jego cebulki.


Skład: Aqua, Cetyl Alcohol, Cetearyl Alcohol (And) Ceteareth - 20, Cetrimonium Chloride, Aloe Barbadensis Leaf Juice, Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil, Acetylated Lanolin, Glycerin, Lawsonia Inermis Extract, Mel (Honey) Extract, Parfum, Benzyl Alcohol (And) Methylchloroisothiazolinone (And) Methylisothiazolinone, Citric Acid, Linalool, Potassium Sorbate, Sodium Benzoate, C.I. 42090



Jak jej używam?Oszczędnie.Moje przetłuszczające się włosy nie lubią nadmiaru treściwych masek i potraktowane nimi zbyt hojnie szybko tracą świeżość i sypkość.Dlatego staram się nie przesadzić z ilością i częstotliwością.Maska ta jest gęsta, konsystencją przypomina budyń i wystarczy naprawdę niewielka jej ilość, by zaczęła działać i przynosić oczekiwane efekty.Zazwyczaj nakładam ją na same włosy, trzymając pod czepkiem i ręcznikiem nawet godzinkę, natomiast gdy zaaplikuję ją też na skórę głowy, znacznie skracam ten czas- tak do 20 minut, by uniknąć ewentualnego obciążenia włosów.Ważne jest określenie naszych potrzeb, bowiem traktując tę maskę jako mającą zregenerować włosy i wpłynąć na zmniejszenie wypadania, należy ją nakładać 2-3 razy w tygodniu, natomiast dla wzmocnienia, wygładzenia i odżywienia, wystarczy raz na tydzień.Maska jest bardzo wydajna i spokojnie wystarczy na przeprowadzenie intensywnej, miesięcznej kuracji. 

Dlaczego ją lubię?Odpowiem banalnie - bo działa:D.Widzę efekty gołym okiem, a brak włosów na szczotce, ubraniu oraz na podłodze w łazience,  tylko utwierdza mnie w tym przekonaniu.Włosy po takiej kuracji są błyszczące, odżywione i mięsiste, nie puszą się, ani nie elektryzują.Oczywiście nie stanie się to po pierwszej aplikacji ale systematycznie używana,  ma znaczący wpływ na poprawę kondycji włosów.
Jest tylko jeden tyci szczególik.Zapach.Mocny, apteczny, długo utrzymujący się na włosach, charakterystyczny i ostry.Dla mnie nie ma to większego znaczenia ale z rozmów wiem, że nie każdy jest nim zachwycony.Kwestia wrażliwości zapachowej.
Cóż więcej mogę rzec?Polecam wypróbować i się przekonać...być może Wam też się spodoba.Fajną ofertę miała ostatnio Biedronka, gdzie można było nabyć różne wersje maseczek Biovax w ekonomicznych saszetkach.Ja niestety się nie załapałam ale być może w Waszych Biedronkach jeszcze jest i będziecie mogli je przetestować, bez konieczności kupowania pełnowymiarowego opakowania.Mnie kusi wersja z olejami.

A jakie jest Wasze zdanie?Mieliście?Jak się sprawdziła?



p.s. mam wiadomość dla wszystkich fanów produktów YC; w sklepie goodies.pl  tylko w dniu dzisiejszym obowiązuje promocja- darmowa dostawa, przy zakupach na kwotę minimum 20zł; jako klientka sklepu i subskrybentka newslettera dostałam właśnie maila z hasłem uprawniającym do promocyjnych zakupów; hasło to 18LUTY; udanych łowów...tylko mi tam nie przepadnijcie:)




 


Dziś dla odmiany mój wczorajszy zestaw...no bo ile można pisać o kosmetykach?:D
Koszule to zdecydowanie moja ulubiona część garderoby- pasują niemal na każdą okazję.Czuję się w nich niezwykle komfortowo i wygodnie, a w zależności od dodatków, można z ich udziałem stworzyć zestaw zarówno na co dzień, jak i na bardziej uroczyste spotkania.Oprócz klasycznych jeansów, jest to najbardziej uniwersalny ciuch i- według mnie- powinien znaleźć się w każdej,  kobiecej szafie.
Zdjęcia zrobione były dość spontanicznie, bez wcześniejszych przygotowań...ot, wyskoczyliśmy w czasie podróży, cyknęliśmy kilka fotek i uciekliśmy do samochodu, bo pomimo bystrego słońca, wiatr mocno dawał się we znaki.Co ja będę ściemniać...było zimno jak diabli:D


płaszcz, New Yorker/ koszula, Stradivarius/ spodnie, Cropp/ torba, prezent/ buty, nn/ pasek, Auchan


Słonecznej niedzieli Kochani, buziaki:)



Clinique, Blushing Blush Powder Blush, 114 Iced Lotus


Nie ukrywam, że przed tym zawodnikiem postawiłam poprzeczkę dość wysoko.Oczekiwania wobec niego rosły wprost proporcjonalnie do kolejnych, pozytywnych recenzji czytanych na blogach, a także na Wizażu.Moje emocje przez długi czas skutecznie ostudzała cena ale nie mogłam mu się opierać w nieskończoność.Raz wygenerowane chciejstwo tak łatwo nie odpuszcza i wraca do nas nieustannie, często ze zdwojoną siłą.Decyzja o zakupie była zatem nieunikniona i w listopadzie ubiegłego roku dumnie wkroczył do mej kosmetyczki.Ciekawe jesteście czy przeskoczył poprzeczkę, czy się pod nią jedynie przeczołgał?Pokrótce Wam o tym opowiem:D

Clinique, Blushing Blush Powder Blush, 114 Iced Lotus
6g; ok 120zł

Opisując ten róż nie można pominąć opakowania, byłoby to wręcz karygodne.Tak więc oprócz typowego kartonika, widzimy tu piękną, srebrną puderniczkę, z dużym lusterkiem wewnątrz, które w awaryjnej sytuacji z powodzeniem zastąpi nam to standardowe, które mamy w domu i przy którym wykonujemy makijaż.Pozwólcie, że pozachwycam się jeszcze dodając, że owo srebrne opakowanie to nie żadna bazarowa tandeta ale solidnie i precyzyjnie wykonana oprawa dla kosmetyku, który znajduje się w jej środku.Pokusiłabym się tu nawet o stwierdzenie, że samo opakowanie- ciężkie, metalowe- jest genialną ozdobą damskiej kosmetyczki i bynajmniej nie jest wstydem go z niej wyjąć:D.Dodatkiem, na który warto zwrócić uwagę jest doskonały, skośnie ścięty pędzelek z miękkiego włosia.Nie jest to duży gagatek ale sama niejednokrotnie z niego korzystałam i spisywał się wręcz idealnie.


Blushing Blush Powder Blush od Clinique to trwały, beztłuszczowy kosmetyk, który po nałożeniu na policzki wtapia się w skórę i trwa na nich od rana do wieczora, nie tracąc nic ze swego pierwotnego uroku. Nie ściera się, nie migruje nam po twarzy, a jedynie nieco blednie.Jestem dla tego różu prawdziwą szkołą przetrwania, ponieważ mój makijaż musi czasem wytrzymać kilkanaście godzin.Dlatego trwałość kosmetyku to jeden z głównych aspektów, którym kieruję się podczas zakupów...w przypadku tego przyjemniaczka jest ona godna mistrza :D.Róż ma dość zbitą, pudrową konsystencję, która fajnie trzyma się pędzla, nie kruszy się, nie pyli.Nie uświadczymy tu zabrudzonej puderniczki, czy lusterka pełnego drobinek.

Przejdźmy zatem do meritum, czyli do cudownego wnętrza.Długo szukałam odcienia, który w pełni by mnie usatysfakcjonował.Wymyśliłam sobie chłodny odcień, który dałby mi efekt naturalnego, zimowego rumieńca.Taki właśnie jest Iced Lotus z numerkiem 114. Już po pierwszych testach wiedziałam, że to był strzał w dziesiątkę.Kolor niezwykle delikatny, subtelny, a dzięki milionom malusieńkich, srebrnych drobinek daje mroźną, satynową taflę bez nachalnego błyszczenia.Jest to taki subtelny glow, policzek wygląda jakby był delikatnie oszroniony.Intensywność koloru możemy z łatwością stopniować, aż do uzyskania zadowalającego nas efektu.Jestem pewna, że nawet osoby, które do tej pory miały znikomy kontakt z różami, nie zrobią sobie nim krzywdy.Cudeńko...



Próbowałam uchwycić ten efekt na policzku ale to nie było to...na zdjęciach nie było widać tej subtelności i elegancji, które zamierzałam Wam pokazać.Wymachiwałam więc łapką we wszystkie strony świata, łapiąc odpowiednie światło:D, byście ujrzały go w pełnej krasie.

Ciekawa jestem jak Wam się podoba.Według mnie jest to produkt, który zasługuje na brawa i wart jest tych 120zł, które trzeba za niego zapłacić.Biorąc pod uwagę jego niezwykłą wydajność, posłuży mi jeszcze bardzo długo i w pełni zrekompensuje poniesione koszty:D



Dr Irena Eris, Clinic Way, dermokrem przeciwzmarszczkowy pod oczy, który działa


Clinic Way to pierwsza linia łącząca w sobie dermatologiczne formuły i efekty kosmetyki estetycznej. Unikalne działanie odmładzające i opóźniające procesy starzenia skóry bazuje na rewolucyjnym, na skalę światową, odkryciu naukowców: REAKTYWATORZE ODNOWY SKÓRY FGF1 LMS™ oraz technologii transportu dermalnego LIPO-SPHERE (zgłoszenie patentowe). Wzbogacenie formuły o Aqua Calcis o właściwościach kojących i łagodzących podrażnienia oraz rygorystyczne badania kliniczne gwarantują bezpieczną pielęgnację nawet najbardziej wrażliwej i alergicznej skóry. 


Krem pod oczy Clinic Way Hialuronowe Wygładzenie 1 i 2 stopień pielęgnacji przeciwzmarszczkowej Laboratorium Kosmetycznego Dr Irena Eris jest dedykowany grupie wiekowej +30, jako propozycja lekkiego dermokosmetyku wspomagającego walkę ze zmarszczkami ekspresyjnymi i elastotycznymi.Duża zawartość kwasu hialuronowego, powoduje natychmiastowe nawilżenie hamując objawy starzenia się skóry.Odpowiedni dla cer wrażliwych, delikatnych, hipoalergiczny.

Gdzie kończy się zdrowe odchudzanie, a zaczyna obsesja?


Na początku ubiegłego roku podjęłam trudną dla mnie decyzję- odchudzam się!Postanowiłam zrzucić balast, który był moją zmorą  przez wiele lat, a który miał swój początek 12 lat wcześniej, gdy na teście ciążowym pokazały się dwie kreski.Przyznaję bez bicia, że sama sobie na niego zapracowałam- swoim lenistwem, chęcią oszukania samej siebie oraz niepohamowanym apetytem na słodycze.Przez 9 miesięcy bez opamiętania zajadałam się wszystkim, na co miałam ochotę, by po porodzie stwierdzić z przerażeniem, że większość tej nadwyżki najzwyczajniej w świecie- została.I tak sobie żyłam przez 12 lat, raz chudłam, by za chwilę ponownie przytyć- istna huśtawka.

Gdzie kończy się zdrowe odchudzanie, a zaczyna obsesja?



Rok temu powiedziałam stanowczo i kategorycznie DOŚĆ! Pamiętam Wasze życzliwe komentarze, pamiętam jak mnie wspieraliście i trzymaliście kciuki.Miłe to było- takie sytuacje dają porządnego motywacyjnego kopa, a zupełnie bezinteresowne trzymanie kciuków, powodowało chęć dalszej, ciężkiej pracy nad swoim ciałem.Gdy pojawiły się pierwsze pozytywne efekty cieszyłam się jak dzieciak i chciałam więcej i więcej.W czerwcu, czyli po półrocznej walce opublikowałam pierwsze efekty. W sześć miesięcy zrzuciłam 10 kg. Chciało mi się skakać z radości.
Dostawałam od Was mnóstwo komentarzy, wiadomości prywatnych i różnego rodzaju sygnały...że widać... że schudłam...że wyglądam dobrze.Sama też zaczęłam to dostrzegać.Poczułam się dobrze we własnej skórze, a osoby z mego środowiska pytały mnie co zrobiłam, że tak schudłam.Nie powiem, że to nie było miłe.Łechtało moje ego i sprawiało, że batalia, którą stoczyłam z własnym ciałem, nabierała sensu.


I tu zaczyna się sens mojego dzisiejszego posta. Pomiędzy dwoma zdjęciami powyżej jest różnica jednego roku i 10 kilogramów.Wiem, że widać:D. Podczas sesji w kombinezonie ważyłam 66kg, waga startowa, czyli zdjęcie w spódniczce- 76.Przez kolejne pół roku schudłam jeszcze 2 kg, a więc moja obecna waga waha się w granicach 63-64kg przy wzroście 175cm . Moim celem było i jest 60!
Do czego zmierzam?
Otóż obecnie, w wieku 33 lat ważę tyle samo, co w czasach szkoły średniej, czy w momencie zajścia w ciążę. Nie wiem, czy to moja paranoja, czy chęć schudnięcia przerodziła się już w obsesję ale ja cały czas mam niedosyt. Pomimo wszelkich sygnałów, że naprawdę dobrze wyglądam, ja wciąż widzę jakieś defekty do poprawy...a to fałdka na brzuchu, a to uda za grube...i tak w kółko. Oprócz licznych komplementów pojawiły się też sugestie, że już wystarczy, że jestem wręcz chuda.Ktoś mnie nawet zapytał, czy chora nie jestem, bo to niemożliwe, by tak szybko schudnąć:D.Nie wspomnę o biadoleniu mamy, czy życzliwych ciotek-klotek. Ostatnio założyłam czarne, cholernie obcisłe spodnie...mój facet popatrzył i stwierdził, że jestem już wystarczająco szczupła i że super wyglądam...a gdy powiedziałam, że jeszcze 3kg i będę happy, popukał się w czoło.
Czy odchudzając się tracimy rzeczywisty obraz swojego ciała?Czy to, co widzimy w lustrze my sami, jest zupełnym przeciwieństwem tego, co widzą inni?


W którym momencie powiedzieć dość?Może to, że czujemy się dobrze we własnej skórze, może te wszystkie ukradkiem rzucane spojrzenia obcych mężczyzn, to niewystarczający argument?Czy sugerować się opinią innych, czy pozostać w zgodzie z własnymi potrzebami i dążyć do nich mimo wszystko?
A z drugiej strony skąd mam mieć pewność, że obca osoba jest mi życzliwa i chce dla mnie dobrze, a jej słowa są wypowiadane z troski, a nie ze zwykłej, ludzkiej zazdrości?
Gdzie jest ta cienka linia pomiędzy zdrowym odchudzaniem, a obsesją?

Może macie jakieś doświadczenie w tym temacie i chcecie się nim podzielić? 
Błagam, tylko oszczędźcie mi komentarzy w stylu " to grozi anoreksją"...nasłuchałam już się tego od mamy:D



Dove, Winter Care, Limited Edition || Idealny zestaw do zimowej pielęgnacji ciała


Zestaw Dove, z limitowanej edycji zimowej Winter Care, składający się z żelu pod prysznic, kremu do rąk oraz balsamu do ciała,  to jedna z moich ulubionych grudniowych nowości.Używałam tych produktów z największą przyjemnością i już żałuję, że to tylko limitowanka.

Suche powietrze w ogrzewanych pomieszczeniach i przeszywający zimny wiatr na zewnątrz sprawiają, że skóra staje się napięta i podrażniona. Pamiętajmy, że zimą nasze ciało wymaga specjalnej pielęgnacji.
Już podczas pierwszych jesiennych dni skóra zaczyna tracić swoją miękkość, staje się szorstka i sucha. Nowa limitowana edycja Dove Winter Care przygotuje ją do trudnych zimowych warunków, a specjalnie dobrana, ciepła nuta zapachowa ukoi zmysły podczas długich i mroźnych wieczorów. 


Zawarte w kosmetykach formuły Nutrium Moisture oraz Deep Care Complex doskonale odżywią zmęczoną skórę, a ich delikatna woń umili chłodne zimowe dni. Limitowana linia Dove Winter Care nie tylko przyniesie ulgę przesuszonej skórze, ale również ochroni ją przed skutkami niskich temperatur.
Zadbaj o swoje ciało zanim zacznie ono odczuwać skutki pierwszych przymrozków. Dzięki odżywiającej pielęgnacji Dove Winter Care skóra pozostanie miękka i delikatna nawet podczas srogiej zimy.


Nourishing Body Wash  

250ml\10zł 
 
Żele pod prysznic Dove to jedne z tych produktów, do których mam po prostu słabość.Uwielbiam ich uwodzicielskie, kuszące wspaniałymi zapachami formuły i szczerze żałuję, że nie mogę mieć wszystkich- na każdy dzień miesiąca inny zapach:D.Żele te robią co mają robić, czyli po prostu doskonale myją ciało, nie wysuszając przy tym skóry, a ich kremowa, doskonale pieniąca się konsystencja czyni z nich produkt -jak dla mnie- idealny.Wygodne, estetyczne opakowania z wygodnym zamknięciem na klik, to tylko dodatek do ich cudownych właściwości.Osobiście nie mam tym żelom nic do zarzucenia i z wielką radością testuję kolejne wersje zapachowe:D

Skład: Aqua, Sodium Laureth Sulfate, Sodium Hydroxypropyl Starch Phosphate, Cocamidopropyl Betaine, Petrolatum, Sodium Cocoyl Glycinate, Lauric Acid, Sodium Lauroyl Isethionate, Glycerin, Helianthus Annuus Hybrid Oil, Parfum, Sodium Chloride, Stearic Acid, Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Sodium Palmitate, Sodium Isethionate, Sodium Stearate, Sodium Palm Kernelate, Zinc Oxide, Tetrasodium EDTA, Tetrasodium Etidronate, Alumina, Citric Acid, BHT, DMDM Hydantoin, Sodium Benzoate, Methylisothiazolinone, Benzyl Alcohol, Benzyl Salicylate, Butylphenyl Methylpropional, Coumarin, Hexyl Cinnamal, Linalool, CI 77891.

Nourishing Body Lotion, Odżywczy Balsam do Ciała
250ml\20zł

Balsamowanie, kremowanie, wcieranie- Ci, którzy mnie znają wiedzą, że mam problem z regularnością .Smaruję ciało dopiero wtedy, gdy ewidentnie woła o pomoc, a skóra na łydkach- bo tam przesusza mi się najszybciej- przypomina rybią łuskę. Staram się z tym walczyć, jednak nie zawsze wychodzi:D.Balsam Dove polubiłam dlatego, że nie potrzebuje on jakiejś szczególnej uwagi podczas aplikacji. Wchłania się w tempie ekspresowym, przynosząc ulgę przesuszonej skórze.W zasadzie zanim skończę wieczorną toaletę, jego już nie ma. Skóra po jego użyciu jest gładka, fajnie nawilżona i sprężysta, bez oznak suchości, czy nadmiernego łuszczenia.Konsystencja delikatnego mleczka idealnie trafia w mój gust, a piękny zapach dość długo pozostaje na skórze.

Skład: Aqua, Glycerin, Isopropyl Palmitate, Dimethicone, Stearic Acid, Cyclopentasiloxane, Glycol Stearate, Collagen Amino Acids, Helianthus Annuus Hybrid Oil, Isomerized Linoleic Acid, Potassium Lactate, Sodium PCA, Urea, Dimethiconol, Isopropyl Myristate, Glyceryl Stearate, Stearamide AMP, Triethanolamine, Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Carbomer, Cetyl Alcohol, Isohexadecane, Magnesium Aluminum Silicate, Polysorbate 80, Sodium Acrylate/Sodium Acryloyldimethyl Taurate Copolymer, Sorbitan Oleate, Disodium EDTA, Parfum, Methylparaben, Phenoxyethanol, Propylparaben, Alpha-Isomethyl Ionone, Benzyl Alcohol, Butylphenyl Methylpropional, Citronellol, Coumarin, Hexyl Cinnamal, Limonene, Linalool, CI 77891

Hand Cream
75ml\9zł

Kremy do rąk to mój niezbędnik i jeśli mam być szczera- małe spaczenie:D.Używam ich bardzo często i w zasadzie nie potrafię w tej chwili powiedzieć dokładnie,  ile różnych tubek posiadam.Mam je dosłownie wszędzie i ochoczo z nich korzystam.Krem Dove uwiódł mnie nie tylko cudnym, głębokim, ciepłym zapachem ale przede wszystkim swoim działaniem.Odżywia skórę dłoni skutecznie i na długo przynosi ulgę.Według mnie to bardzo ważny czynnik, szczególnie teraz- gdy za oknem zima, a dłonie potrzebują zwiększonej ochrony.Zapach, w którym wyczujemy orientalną nutkę oraz miękka tuba, z wygodną formą otwierania, czynią z niego fajny kremik do torebki.Nic nie musimy odkręcać, czy przekręcać- szybkie klik i po sprawie.Krem Dove idealnie koi naszą suchą skórę, pozostawiając ją gładką i miłą w dotyku:D

Skład: Aqua, Glycerin, Stearic Acid, Caprylic/Capric Triglyceride, Dimethicone, Glycol Stearate, PEG-100 Stearate, Cyclopen-tasiloxane, Petrolatum, Butyrospermum Parkii Butter, Sodium PCA, Potassium Lactate, Helianthus Annuus Hybrid Oil, Isomerized Linoleic Acid, Urea, Collagen Amino Acids, Lactic Acid, Glyceryl Stearate, Stearamide AMP, Triethanolamine, Cetyl Alcohol, Acrylates/ C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Carbomer, Disodium EDTA, Parfum, Phenoxyethanol, Methylparaben, Propylparaben, Alpha-Isomethyl Ionone, Benzyl Alcohol, Benzyl Salicylate, Butylphenyl Methylpropional, Citronellol, Coumarin, Hexyl Cinnamal, Linalool, CI 77891


Podsumowując, uważam że seria Winter Care  to bardzo udana propozycja firmy Dove. Nie mam jej nic do zarzucenia...no może tylko tyle, że jest limitowana:). Jeśli tak jak ja jesteście wielbicielami produktów Dove, to będziecie usatysfakcjonowani, a Ci, którzy nie mieli okazji ich poznać, powinni zdecydowanie wypróbować:D Polecam.



Jakie drogi prowadzą Was w me progi?, czyli kilka haseł z wyszukiwarki Google


Nadmiar wolnego skutkuje częstszymi postami...mam nadzieję, że nie macie nic przeciwko?Trochę Was jeszcze pomęczę, bo wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że posiedzę na L4 jeszcze ze dwa tygodnie.No cóż...cierp ciało coś chciało...mam to na własne życzenie.Nie żebym jakoś szczególnie z tego powodu narzekała- najgorsze już za mną, teraz tylko błogie lenistwo połączone z codziennymi, krótkimi wizytami w szpitalu.Da się przeżyć:D.Grunt, że już nie boli i chodzić normalnie mogę, a nie kuśtykam jak kaczka <chociaż w moim przypadku to raczej "kwoka" byłaby odpowiednim porównaniem>.
He he...się uśmiałam...:D
Kolejny luźny post ale zauważyłam, że lubicie jak piszę posty z cyklu "z życia wzięte". Zawsze jest mnóstwo komentarzy, fajna dyskusja się toczy, można się pośmiać, powspominać, wygadać...strrasznię się cieszę, że chcecie to czytać.Czasami wszyscy mamy dość ściśle określonych tematycznie notek i takie właśnie posty o treści nijakiej, cieszą się sporym zainteresowaniem.W końcu każdemu należy się chwila relaksu, prawda?
No dobra...bo odbiegłam...po co ja tu?...a! wiem!

Google, Google...powiedz przecie...czyli jedne z moich ulubionych postów na Waszych blogach.Od jakiegoś czasu zerkam sobie na swoje statystyki, celem wyłuskania prawdziwych hasełkowych perełek.Udało mi się znaleźć kilka ciekawych i chciałabym się nimi podzielić...może Wy podpowiecie mi co autor takiego hasła miał na myśli, kiedy je wpisywał...bo ja otumaniona jestem przez antybiotyki i mogę nie wszystko kumać:D

poznajcie Oskara:D


lubię być wredna i złośliwa
swój znajdzie swego; nie ważne w jaki sposób- ważne, że wreszcie się spotkamy; ej, a tak serio...to czy ja jestem wredna i złośliwa??...hmm?...przeca ja do każdego z sercem na dłoni, a moje własne gołąbka dobrocią by zdeklasowało...tsetsetse...żartowałam:D

żel neonowy słabo kryje
ale co ja mam na to poradzić?wiem, że neonowe lakiery słabo kryją ale z żadnym żelem nie miałam do czynienia

fara do wlosuw orzechowy blad  
pisownia oryginalna:D
nie mam pojęcia jakiej fary szukał czytelnik ale mam nadzieję, że jego ciekawość została zaspokojona

kamila-piorek w pończochach
przy tym haśle zupełnie zbaraniałam i nawet nie wiem jak je skomentować:D...help...jaka kamila, jakie pończochy no i jaki piorek??...czas się chyba zdrzemnąć panie czytelniku, bo mózg ci się lasuje od tych internetów...

facebook rajstopy
hmm...widać temat rajstop i pończoch jest na moim blogu mocno pożądany; pomyślę, pomyślę...zobaczę co z tym fantem da się zrobić:D

blogspot seksowny ootd
czyżbym takowy zapodała??no niby pokazywałam się Wam w sukienkach i skórzanych spodniach...może to o to chodzi?

wiecznie żyć nie będę
fajnie, że ktoś chce połączyć się ze mną w swym bólu; ja też wiecznie żyć nie będę :D

balsam soraya do ciała na włosy
to do ciała, czy na włosy?; no niby jedno nie wyklucza drugiego ale nie przypominam sobie abym pisała o takim wykorzystaniu<uwielbiam to słowo> tego balsamu; a może ktoś z Was próbował i może poradzić coś biednemu szukającemu??

krem hm po oczy
nie wiem, nie znam się, nie używałam, ja tu tylko sprzątam:D

dziewczynka,porozmawiać gilgotanie
to mój niekwestionowany zwycięzca tego zestawienia!
ktoś chce gilgotać rozmawiając,czy rozmawiać gilgotając??i mam nadzieję, że ta dziewczynka jest już pełnoletnia! ...nie chce iść za kraty za rozpowszechnianie treści niedozwolonych!
no...


To już jest koniec...na razie:D.Jak uzbieram kolejną porcję ciekawych haseł, to nie omieszkam się nimi podzielić.A Wy zaglądacie czasem do swoich statystyk?Trafiły Wam się jakieś kwiatki?Pytam bom ciekawa strasznie.



Fryzury z przeszłości, czyli wspomnienie lat 80' i 90'


Ma ktoś ochotę powspominać stare, dobre i śmieszne czasy?Osobiście bardzo lubię takie podróże, bo zawsze poprawiają mój humor, dlatego będę rada, jeśli zechcecie się przyłączyć.
Szczególnie zadowolone będą osoby +30... w końcu to nasze lata młodości...pamiętacie to? - trwała, "mokra włoszka", natapirowana grzywka na Alfa, fryzura na Rachel i blond balejaż, wyglądający jak sraczka?Ach, bym zapomniała...były też czasy farbowania włosów od spodu na czarno, bądź czerwono, a cały wierzch był koloru blond:). Całość wyglądała jak zemsta fryzjera ale cóż...taka była moda.Niedoścignione w temacie szalonych fryzur były zdecydowanie lata 80' , choć 90' dzielnie depczą im po piętach.

Pamiętam, miałam kiedyś koleżankę- mieszkała w bloku obok. Zawsze z podziwem patrzyłam na jej włosy. Ja jeszcze byłam za smarkata, żeby nosić coś takiego < teraz się cieszę> ale ona...hmm...z uporem manniaka, codziennie tapirowała swoje włosy do tego stopnia, że miała problem, by kaptur założyć.Nie straszna jej była wichura, czy burza.Grzywka 'na Alfa' nastroszona do pionu i pieczołowicie uformowana w misterne pazurki, wytrzymywała o dziwo cały dzień, ba! ona zapewne jeszcze stała, nawet jak Wioletka <bo tak miała na imię> już się spać położyła.Wyobrażam sobie ten opar lakieru do włosów, który unosił się w łazience, jeszcze długo po wyjściu Wioletki.Dla zobrazowania problemu...wyglądała mniej więcej tak...

Bujany fotelik || "Wyspa Motyli" Corina Bomann


No i jest...-dzięki dużemu wsparciu z Waszej strony, rozpoczynamy dziś nowy cykl na moim blogu.Będzie on poświęcony tematyce książkowej.Zapytacie pewnie skąd ta enigmatyczna nazwa cyklu?Otóż było to moje pierwsze skojarzenie- wspomnienie, dzięki któremu przenoszę się w czasie i widzę moją babcię.W takim właśnie bujanym fotelu czytała książki oraz opowiadała mi bajki, a ja siedząc na dywanie słuchałam jej z podziwem i fascynacją. 

Na pierwszy rzut pójdzie książka, którą przeczytałam < a właściwie pochłonęłam jednym tchem > całkiem niedawno.Prawdę mówiąc po skończeniu owej lektury oprócz lekkiego niedosytu, spowodowanego tym, że się skończyła, czułam dziwny ucisk w żołądku."Wyspa motyli" to jedna z tych książek, które na długo zapadają w pamięć i potrzeba czasu, by ochłonąć i wrócić z egzotycznych i niezwykle malowniczych zakątków Sri Lanki do rzeczywistości.

Corina Bomann "Wyspa Motyli" ; liczba stron 464 ; premiera: lipiec 2013 ; Wydawnictwo Otwarte

"Tajemnica z przeszłości i namiętna miłość ukryte pośród herbacianych wzgórz. 
Diana, wzięta prawniczka, nigdy nie przypuszczała, że z dnia na dzień wyjedzie na drugi koniec świata. Trzymając w ręku zdjęcie młodej kobiety na tle wzgórz, decyduje się wyruszyć na Cejlon, by rozwikłać rodzinną tajemnicę sprzed stu lat. Diana chce spełnić ostatnią wolę ukochanej ciotki, poznać swoje korzenie i uciec od niewiernego męża. Na urzekającej wyspie spowitej aromatem herbacianych krzewów odkrywa historię namiętnego, zakazanego uczucia, które na zawsze zmieniło losy jej rodziny. Czy to sprawi, że Diana znajdzie szczęście i miłość?"



Powiecie pewnie "e tam, jakieś ckliwe romansidło, nuuudaa"...prawdę mówiąc ja też tak pomyślałam, gdy wzięłam tę książkę do rąk.Jednak jej magiczna, hipnotyzująca okładka urzekła mnie do tego stopnia, że musiałam przekonać się, czy jej piękno przełoży się na piękno fabuły.Na szczęście się nie zawiodłam...książka pochłonęła mnie bez reszty, a ja z wypiekami na policzkach brnęłam dalej w tę ekstytującą historię pełną miłości, intryg, zagadek do rozwikłania i niesamowitych opisów krajobrazów Cejlonu.

"Wyspa Motyli" to wciągająca powieść o odkrywaniu rodzinnego sekretu, o dążeniu do celu, o miłości, która nie miała szans na spełnienie, o tradycji, przesądach, o podziale klasowym i wynikających z niego ograniczeń.Wszystkie te wątki poznajemy dzięki akcji, która tocząc się w dwóch wymiarach-teraźniejszości oraz przeszłości- wzajemnie się  uzupełnia, tworząc harmonijną  i spójną całość.Losy Diany- wziętej prawniczki, która to -chcąc wywiązać się z obietnicy, jaką złożyła umierającej ciotce- pragnie rozwikłać rodzinną tajemnicę, w wyniku czego wyjeżdża na Sri Lankę, sprytnie i bardzo subtelnie przeplatają się z historią jej prababki Grace, zamieszkującej na wyspie Cejlon w 1887 roku.Pomimo, iż to Diana jest główną bohaterką, to zdecydowanie postać 'panienki Grace' wzbudza najwięcej zainteresowania i to jej losy szczególnie mnie poruszyły.Diana moim zdaniem odgrywa tu rolę drugoplanową...ma być naszym przewodnikiem i osobą, dzięki której możemy poznać przepiękną, a jednocześnie tragiczną historię jej rodziny, mającą swój początek wśród herbacianych pól malowniczej wyspy Cejlon.Co takiego wydarzyło się ponad 120 lat temu?Z tym pytaniem odsyłam Was do kart powieści.

Duże brawa należą się autorce tej magicznej powieści. Corina Bomann opisała wszystko tak dokładnie, tak rzetelnie i tak plastycznie, że niemal czujemy zapach krzewów herbacianych.Fabuła jest dość przewidywalna, jednak sposób jej pisania nie pozwala nam oderwać się od lektury."Wyspa Motyli" to cudowna podróż, dzięki której odkrywamy fantastyczną przyrodę i malownicze krajobrazy Sri Lanki.Wspaniale połączone dwie historie- Diany i Grace, nie pozwalają nam się nudzić, pomimo dość powolnie rozwijającej się akcji.Moim zdaniem to właśnie spokój i delikatność, czynią z książki Bomann tak odrywającą od rzeczywistości lekturę. Czytając ją czujemy, że czas zatrzymuje się w miejscu.
Nie jest to może jakaś ambitna lektura- pisana jest językiem prostym ale nie ubogim.Jeśli szukacie zatrważających zwrotów akcji, tu ich nie znajdziecie.Mamy za to fajny klimat i cudownie pachnące pola Cejlonu-idealne na zimowe wieczory:D Polecam.


*****************************


Przypominam o szybkim oddaniu. Na zgłoszenia osób chętnych czekam do jutra. Podkłady czekają na nowy dom:). Banerek znajduje się w prawym, górnym rogu...Zapraszam:)

Dajcie też znać czy taka forma cyklu przypadła Wam do gustu, może coś powinnam zmienić, ulepszyć, czegoś powinno być więcej, a czegoś mniej. Czekam na Wasze sugestie.Buziaki:)