Jak fajne miejsce w sieci zamieniło się w jedną, wielką poradnię?


Rzadko komentuję pewne sprawy dotyczące naszego blogosferowego poletka, bo - nauczona doświadczeniem - wiem, ze czasem nie warto sobie niepotrzebnie nerwów szarpać. Są kwestie, których nie przeskoczymy, choćbyśmy wzięli nie wiadomo jak długi rozbieg. Na kilka tematów już się wypowiedziałam, więc znacie moje zdanie. Swego czasu napisałam co myślę na temat blogosfery, współprac oraz bezosobowych komentarzy zostawianych pod postami  tylko po to, żeby coś w ogóle napisać i zaakcentować swoją obecność. Dziś chciałabym pogadać z Wami na temat, który od jakiegoś czasu mocno mnie nurtuje i którego mamy ostatnio prawdziwy wysyp. Osobiście reaguję już na niego alergicznie... na początku czytałam i uśmiechałam się pod nosem, ale teraz zaczęło mnie to zwyczajnie denerwować.
źródło: planeria.pl

Powiedzcie mi kochani dlaczego piszecie bloga? Czy to jest Wasze hobby? Pasja? Sposób na spędzenie wolnego czasu? Chęć zdobycia sławy? Lub pieniędzy? O co chodzi?

Dla mnie blogowanie to przede wszystkim czysta przyjemność i staram się robić to najlepiej jak potrafię, tak by odwiedzający mnie czuli się tu jak u koleżanki na plotach. W zasadzie do tej pory odbierałam tak większość blogów. W dużej mierze były to miejsca przyjazne, gościnne i nastawione przede wszystkim na budowanie fajnych relacji z czytelnikiem. Co się więc takiego stało, że Ci sami autorzy, którzy genialnie opisywali kosmetyki lub prezentowali super stylizacje, postanowili zrobić ze swych blogów prawdziwe poradniki?? "Jak blogować?", "Jak powinien wyglądać Twój blog?", "Jak zarabiać na blogu?" to tylko niektóre z poruszonych tematów.

Osobiście widzę prawdziwy wysyp dobrych rad. Przypomina mi to trochę te wszystkie "rady" cioci Krysi lub babci Zosi, które są przekonane o słuszności swych teorii. Tak, Polacy zdecydowanie lubią radzić... tylko czy my te wskazówki bierzemy do serca?, czy je realizujemy. Czy nie jest tak, że do wszystkiego trzeba dojść samemu, rozwijać się własnym tempem i uczyć na błędach? Jak ktoś w dzieciństwie powiedział, żeby nie wkładać palca do gorącej wody, to włożyliście, czy nie? Śmiem sądzić, że tak, bo sami musimy przekonać się z czym wiążą się pewne czyny. A jak mama powtarzała" nie spotykaj się z tym draniem", to rozstawałaś się z danym partnerem, czy spotykaliście się po kryjomu?... tak właśnie myślałam:D


Tak samo jest z prowadzeniem bloga - pewnych kwestii nie da się ominąć - do wszystkiego trzeba dość samemu. Dlaczego ktoś twierdzi, że jasne tło jest lepsze od pstrokacizny skoro dobrze nam w tym wielobarwnym klimacie? Jeśli nie podoba mi się wystrój danego bloga, to zwyczajnie tam nie wchodzę... nie neguję natomiast wyboru autora. Mam mu powiedzieć, żeby skasował tego wyskakującego z rogu zajączka, czy inne zwierzątko?... a czemu?... kto mi dał prawo, by oceniać? Nasz blog to nasze miejsce w sieci i powinnyśmy czuć się w nim dobrze.
To tak samo jakby obca osoba przyszła do naszego domu i stwierdziła, że ta czerwona ściana jest do kitu, bo teraz modne są białe, skandynawskie klimaty. Przecież mi ta ściana się podoba! Nawet nie próbuję zliczyć ile razy zmieniałam szablon bloga, żeby poczuć się tu dobrze i żeby efekt  mnie zadowolił. Może autorzy tych porad powinni nastawić się bardziej na poszerzanie wiedzy potencjalnych odbiorców ich treści i pisać posty w stylu "Jak zmienić tło?", "Jak zrobić udane zdjęcie?", "Jak dodać taki, czy inny gadżet?". Takie posty wetkną w łapę przysłowiową wędkę, a Ci , którzy będą zainteresowani pójdą łowić rybki:D.

Uważam, że rozwój bloga, nawiązywanie udanych współprac i zdobycie czytelników, którzy będą Cię odwiedzali to proces długotrwały, polegający przede wszystkim na systematyczności i szczerości. Osoby goszczące na Twojej stronie w mig wyczują fałsz. Mało jest blogów, które odniosły spektakularny sukces w kilka miesięcy. Na wszystko potrzeba czasu.
Ja sama pamiętam swoje początki - pierwsze posty czytało dosłownie kilka osób. Do wszystkiego dochodziłam swoją ciężką pracą. I gdyby ktoś na początku mi powiedział, "to zrób, a tamtego nie", czy to by coś zmieniło?

Tak na zakończenie... wszyscy udzielają rad, więc i ja to zrobię:
Uśmiechajcie się do Czytelnika i budujcie z nim fajną relację, a efekty przyjdą z czasem...bo to, że przyjdą to jasne jak słońce:) . Pozdrawiam:)



Oddam w dobre ręce, vol.4


Czwarte oddanie- muszę przetrzebić trochę zapasów. Tym razem mam dwa podkłady, jeden bebik i bazę pod makijaż.Tradycyjnie już oddanie jest dla moich obserwatorów, którzy chcieliby przetestować przedstawione produkty. Wszystkie są UŻYWANE ale z jakiś względów mi nie pasują, więc nie ma możliwości, że je zużyję.Mam nadzieję, że szybko znajdą nowy, przytulny domek:D

Nic nie narzucam, nie trzeba linkować, lajkować, klikać, wklejać, czy rysować...trzeba po prostu być moim obserwatorem i zostawić komentarz jasno informujący o chęci zgarnięcia tego zestawu:)

Revlon, colorstay, 300 golden beige; Loreal, true match, d3-w3,golden beige; Essence, BBcream, 02 natural; Dax, baza pod makijaż;

Chciałabym tylko ostrzec, że kolorystyka tych podkładów zdecydowanie nie przypasuje bladziochom, więc osoby o jasnej karnacji nie będą zadowolone.Grupą docelową powinny być osoby o średniej lub oliwkowej lekko opalonej skórze, lubiącej żółtawą tonację podkładów.

Proszę o pozostawianie komentarzy w takiej formie:

zgłaszam się
obserwuję jako:
adres e-mail:

Na zgłoszenia czekam do niedzieli.Wyniki ogłoszę w ciągu 2-3 dni od zakończenia.Wysyłka na mój koszt tylko na terenie PL. Wsio...zapraszam:D







Troszkę nowości


W grudniu nie publikowałam posta z nowościami, ponieważ stwierdziłam, że jest ich zbyt mało, by poświęcać im osobną notkę. Moje założenie by kupować mniej ale lepszej jakości sprawdza się jak widać znakomicie i staram się tego trzymać. Nie ma tu produktów przypadkowych. Wszystkie jak jeden są dokładnie przemyślane i zaplanowane. W większości uzupełniam jedynie aktualne braki, bo zwiększająca się piramida napoczętych i rzuconych w kąt produktów, zaczęła przerażać mnie samą.Plusem takiej strategii zakupowej jest to, że mogę sobie pozwolić na więcej...taki paradoks - im mniej pierdół, tym bardziej wartościowe produkty, które kupuję.

Na pierwszy ogień idą zatem nowości grudnia...malutko ich, bo i miesiąc obfitował w inne wydatki...szał przedświąteczny wyczyści każdy,nawet najgrubszy portfel:D


Dermedic, Hydrain 3 Hialuro, płyn micelarny < recenzja > ; Lactatyd Femina, płyn do higieny intymnej; Green Pharmacy, szampon do włosów przetłuszczających się Nagietek Lekarski < recenzja > ; Pharmaceris T, pianka głęboko oczyszczająca; Dove, Winter Care, balsam, żel pod prysznic i krem do rąk;

 Pora na nowości stycznia...


Phenome; Exfoliating Facial Paste, peeling do twarzy oraz Complete Blemish Cleanser, żel do mycia skóry tłustej;zakupy tych produktów to wstęp do bliższej znajomości, którą to obiecałam sobie na początku roku; jest jeszcze kilka kosmetyków Phenome, które planuję przetestować, dlatego nie wykreślam jeszcze tej firmy z listy marzeń:D


Rimmel, space dust, lakier do paznokci; Auriga, Flavo C Forte < tu opisywałam pierwsze wrażenia >; Neutrogena, skoncentrowany krem do rąk oraz pomadka ochronna- niezastąpiony duet na zimę;


W styczniu rozpoczęłam przygodę z podkładami mineralnymi. Na razie się poznajemy, macamy, obwąchujemy...czy przerodzi się to w dłuższy związek?- zobaczymy. W celu testu zamówiłam kilka próbek na stronie Annabelle Minerals . Jeśli nie macie doświadczenia z sypką, mineralną formą podkładu, polecam zamówić takie właśnie małe ale szalenie wydajne testerki. Kosztują po 7,50zł - niewiele, a można poznać produkt. Do tego firma dorzuca gratisy- ja dostałam dodatkowo jedną próbkę podkładu matującego.


Regenerum, serum regeneracyjne do rąk; Dove, Beauty Blossom, żel pod prysznic; Biovax, intensywnie regenerująca maseczka;

No i dobrnęliśmy do końca. Znacie moje nowości? A Wy poszaleliście z zakupami w styczniu?



Szampon, który zmniejsza przetłuszczanie się włosów; Green Pharmacy z nagietkiem lekarskim


Ostatnio wylałam wszystkie gorzkie żale. Jak zapewne pamiętacie, szampon Goodbye Damage firmy Garnier, kompletnie nie sprawdził się na moich przetłuszczających się włosach.Dlatego dziś- dla zachowania równowagi- opowiem o produkcie, który uważam za ósmy cud w pielęgnacji włosów, dla których głównym problemem jest nadproduktywność gruczołów łojowych.Musicie wiedzieć, że moje włosy naprawdę szybko się przetłuszczają i w zasadzie wystarczył jeden dzień, by straciły swą pierwotną świeżość. Często było tak, że po porannym umyciu, wieczorem były już do niczego. Aż do teraz. Aktualnie moje włosy wytrzymują 2 dni bez mycia, a gdy bezpośrednio po umyciu je związuję- nawet 3. Oto sprawca...tani i dość niepozorny szampon firmy Green Pharmacy z nagietkiem lekarskim . 
  

Wyciąg z nagietka lekarskiego to sprawdzony ludowy środek w profilaktyce problemów z włosami i skórą głowy. Działa przeciwzapalnie, łagodząco, neutralizuje wolne rodniki, wzmacnia naczynka włosowate skóry głowy. Zapobiega łupieżowi i łysieniu, zwłaszcza przy włosach ze skłonnością do przetłuszczania się. Szampon sprawia, że włosy stają się zdrowe, nawilżone, elastyczne i pełne blasku. 

Skład: Aqua, Sodium Myreth Sulfate, Cocamidopropyl Betaine, Lauryl Glucoside, Cocamide DEA, Sodium Chloride, Panthenol, Calendula Officinails, Flower Extract, Polyquaternium-10, PEG-12 Dimethicone, Citric Acid, Parfum, Benzyl Alcohol, Methylchloroisothiazolinone, Methylisothiazolinone, Linalool. 


Od szamponu oczekuję przede wszystkim porządnego oczyszczenia, bez obciążania włosów oraz rozsądnej ceny. Nie musi to być produkt z najwyższej półki. Dlatego, jeśli uda mi się znaleźć taki, który w widoczny sposób służy moim włosom, a do tego kosztuje przysłowiowe grosze, to moja radość jest podwójna.
Cena tego szamponu to niespełna 8zł za 350ml. Za taką kwotę kupujemy produkt o dość rzadkiej konsystencji, pachnący ziołami, co w gruncie rzeczy jest w tym przypadku całkiem oczywiste:D.



Pominę fakt obiecanej przez producenta naturalności ...niby bez SLS ale z SMS, bez parabenów ale z łagodnym, rozpuszczalnym w wodzie silikonem.Zajmę się natomiast działaniem, bo to ono zasługuje na specjalną uwagę. Szampon naprawdę zmniejsza przetłuszczanie się włosów! Każdy, kto boryka się z tym uciążliwym problemem wie, jaka to radość znaleźć produkt, który przedłuży świeżość włosków chociażby o kilka godzin.Ja musiałam myć swoje codziennie- teraz robię to raz na dwa, a nawet trzy dni!Serio:D. Włosy na drugi dzień nie są oczywiście w tak rewelacyjnym stanie jak zaraz po umyciu ale spokojnie można pokazać się ludziom.Dla mnie to naprawdę duże ułatwienie.
Szampon nie pieni się wybitnie, za to doskonale zmywa olej i wszelkie zanieczyszczenia.Jedynym minusem może być fakt, iż nieco plącze włosy ale dla mnie to żaden minus, ponieważ zawsze po myciu nakładam odżywkę lub maskę, które w znacznym stopniu ułatwiają rozczesanie włosów.Po wysuszeniu włosy są miękkie, sypkie i genialnie wręcz odbite u nasady, żadnego przyklapu tu nie uświadczycie.
Używam go regularnie od 3 tygodni i jak do tej pory nie czuję żadnego dyskomfortu...nic nie piecze, nie szczypie, skóra nie swędzi.Dla mnie to naprawdę godny polecenia produkt i warto go wypróbować.Moje włoski są zadowolone, spróbujcie, może Wasze też będą:D





Garnier Fructis, Goodbye Damage, czyli totalna pielegnacyjna klapa


Pomarańczową butlę marki Garnier dość trudno przeoczyć wśród drogeryjnych półek. Ma nas kusić już samym wyglądem- marketingowcy się wykazali, bez dwóch zdań.Mnie też opętał kolor opakowania i bez większego namysłu weszłam w jego posiadanie, dając szamponom Fructis niejako drugą szansę- pierwszy raz spotkałam się z zieloną wersją lata świetlne temu i nie wspominam tego dobrze.Tytuł posta dość jasno określa jak to ponowne spotkanie się zakończyło...przykro to pisać ale miałam powtórkę z wątpliwej jakości rozrywki.


Czytając niektóre opisy na opakowaniach, zastanawiam się skąd producenci czerpią takie rewelacje.Powiedzcie mi jak możliwe jest usunięcie wszelkich uszkodzeń włosa w tydzień?Przecież wiadomym jest, że włosy nagle się nie 'skleją', a zniszczone, czy rozdwojone końcówki trzeba po prostu obciąć.Hmm...właściwie to od początku powinno mi się zapalić czerwone światełko alarmujące o zagrożeniu, bo niby po jakiego grzyba w szamponie, który ma nam oczyścić włoski, znajdują się silikony??Moje przetłuszczające się włosy bardzo ich nie lubią, a i wrażliwa skóra głowy nie pała do nich wielką miłością.

Skład: Water, Sodium Laureth Sulphate, Cocamidopropyl Betaine, Sodium Lauryl Sulphate, Glycol Distearate, Sodium Chloride, Amodimethicone, Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Niancinamide, Sugarcane Extract, Sodium Benzoate, Hydrolyzed Vegetable Protein PG-Propyl Silanetriol, Sodium Hydroxide, PPG-5-Ceteth-20, Trideceth-6, Salicylic Acid, Limonene, Camellia Sinensis Leaf Extract, Linalool, Benzyl Salicylate, Benzyl Alcohol, Apple Fruit Extract, Carbomer, Pyridoxine HCI, Citric Acid, Cetrimonium Chloride, Butylphenyl Methylpropional, Lemon Peel Extract, Hexyl Cinnamal, Phyllanthus Emblica Fruit Extract, Fragrance.


Czy prezentowany przeze mnie gagatek ma jakieś plusy? Osobiście dostrzegłam dwa- zapach i opakowanie. Szampon ma naprawdę sympatyczny zapaszek, dzięki czemu czyni moment mycia bardziej przyjemnym. Opakowanie natomiast to standardowa dla Garniera butla ale akurat w tym przypadku nie mam do czego się przyczepić. Konsystencja też na plus- nie za rzadka, nie za gęsta, w sam raz.No ok, jest jeszcze trzeci plus, a mianowicie piana- podczas mycia nie będziecie narzekać na jej brak:D


Pamiętam jak kiedyś dawno temu pojawiły się pierwsze bardziej popularne i reklamowane szampony Garniera, taka zielona seria.Myślę, że kojarzycie i duża część z Was miała okazję ich używać i w mniejszym lub większym stopniu - polubić. Ja polubiłam je w tym mniejszym stopniu...delikatnie mówiąc:). Prawda jest natomiast taka, że to były jedne z najgorszych szamponów, jakie miałam okazję używać.Nie dość, że robiły z moich tłustych włosów siano, to jeszcze powodowały niesamowitą swędziawkę, co w rezultacie prowadziło prostą drogą do łupieżu. Kilka podejść- zawsze ten sam efekt. Łupież! Bez żalu rozstałam się z tymi szamponami na dłłuugi czas...aż do teraz.
Skusiłam się, niech będzie. Wygrała ludzka ciekawość, bo w gruncie rzeczy ta pomarańczowa seria ma różne opinie, często bardzo skrajne- od miłości do nienawiści. Z przykrością stwierdzam, że jestem w tej drugiej grupie.
Dla mnie jest to totalna porażka < na samą myśl o tym szamponie swędzi mnie głowa...serio...właśnie się podrapałam:D >. Po pierwsze kompletnie nie myję, nie radzi sobie z olejami, a i zwyczajnie mocniej przetłuszczone włosy to dla niego nie lada wyzwanie.Po drugie obciąża- włosy po jego użyciu wiszą smętnie jak strąki, zupełnie bez życia. Skóra głowy przetłuszcza się o wiele szybciej...wieczorem były do niczego.No i najgorsze- po kilku użyciach strasznie zaczęła swędzieć mnie głowa, szczególnie na czubku i u nasady grzywki. Pierwsze białe płatki łupieżu pojawiły się bardzo szybko.Odstawiłam szampon- problem znikał, ponowna próba- znów to samo.Sorry ale na dalsze eksperymenty nie mam już ochoty.
Jestem na nie i nie polecam. Zaspokoiłam swoją ciekawość i wiem jedno- to było niepierwsze ale na pewno ostatnie spotkanie z szamponami Garnier.

Znacie tą pomarańczową serię?Lubicie, czy nie?



Moje mniejsze i większe grzeszki urodowe


Teoretycznie wiemy jak dbać o urodę... no właśnie - TEORETYCZNIE. Bowiem z praktyką bywa różnie. Na taki stan rzeczy wpływa mnóstwo czynników, od braku czasu, czy pieniędzy po te najbardziej nam znane, czyli przyzwyczajenia i lenistwo. Ale co ja tam będę się wymądrzać? W końcu to ja pochłaniam niezliczone ilości czekolady, a średnio raz na dwa tygodnie wygrzewam tyłek na solarium, oh well:D. No i co z tego, że jestem świadoma konsekwencji tych moich 'małych' grzeszków? Wiedzieć, a stosować ową wiedzę w praktyce to dwa zupełnie odmienne stany:D


SŁODYCZE

Mam się przyznać? Mam? Ok, mam na imię Iwona i jestem uzależniona od czekolady. Uff... pierwsze koty za płoty. Nie potrafię się opanować, choć wiem jaki ma wpływ na moją figurę i zdaję sobie sprawę z tego, że gdybym nie zajadała się nią w takich ilościach, moja walka ze zbędnymi kg przynosiła by szybsze i bardziej zadowalające efekty. No ale co ja mogę, biedny żuczek jak ona taaaka dobra - niesamowite uczucie, gdy rozpływa się w ustach. A najlepiej jak jest z całymi orzechami...'wyciumkuje" sobie czekoladę, a na koniec zjadam orzeszek:D. Standardowy rytuał. Miałam raz nawet taki zryw, że wytrzymałam miesiąc bez słodyczy, zawzięłam się - do tej pory zastanawiam się jak to zrobiłam. Żebyście mogli lepiej poznać rozmiary mojego uzależnienia dodam tylko, że zjedzenie całej czekolady na raz to dla mnie bułka z masłem... ba! ja kiedyś zjadłam na raz całą podwójną, czyli 200g! No cóż...

WYCISKANIE

Za ten nawyk możecie mnie spokojnie wytrzaskać po łapach. Nie dość, że mam wręcz obsesyjną manię dotykania włosów i twarzy, to niech tylko wyczuję pod palcami coś, co jest na skraju wybuchu, nie mogę się powstrzymać, by tego nie wycisnąć. Teraz zdarza się to już trochę rzadziej, bo i cerę doprowadziłam do ładu ale kiedyś... strzelałam do lustra w łazience jak z porządnego kałasznikowa:). Powiecie pewnie " to zostawia blizny"... zgadzam się ale to jest silniejsze ode mnie. Między innymi dlatego walczę teraz z potrądzikowymi zmianami na twarzy, w postaci mniejszych lub większych przebarwień.

SOLARIUM  

Łapiecie się już za głowę? Spokojnie, nie smażę się na skwarkę dwa razy w tygodniu po pół godziny. Moje opalanie ogranicza się do dwóch 10-minutowych seansów w miesiącu. Raka chyba od tego nie dostanę, prawda? Nie dajmy się zwariować. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że nigdy nie opalam twarzy, chroniąc ją dodatkowo kremem z wysokim filtrem, bowiem nie ma dla mnie nic bardziej nieestetycznego niż spalona na heban skóra twarzy. Ani to dodaje uroku, ani urody - moim zdaniem wręcz okrutnie postarza. Lubię natomiast lekko oliwkowe zabarwienie ciała... wampirza bladość nie jest dla mnie. Dlatego właśnie dwa razy w miesiącu mykam na łóżeczko opalające i nie straszę bladością nawet w zimę, a poza tym te krótkie 10 minut fantastycznie poprawia mi humor, czuję się jak na hiszpańskiej plaży. Brakuje tylko muskularnego Hiszpana, ale od czego mamy wyobraźnię:D

NIEREGULARNE BALSAMOWANIE 

W tym przypadku moja pielęgnacja niewiele się różni od meksykańskiej fali - albo smaruję się codziennie przez miesiąc, albo przez miesiąc moja skóra nie uświadczy żadnego smarowidła. Nie potrafię wyrobić w sobie tego nawyku. A moje skóra, zwłaszcza na łydkach nieraz aż piszczy o odrobinę nawilżenia, bo przesusza mi się w tym miejscu niemiłosiernie szybko. Jak już widzę rybią łuskę, to wetrę coś na szybko ale zdecydowanie nie celebruję tej chwili... maznę ją raz dwa i po krzyku. Wiem, że powinnam to zmienić ale cholera, to dosyć trudne jest!

ZANIEDBYWANIE STÓP

Z tym zaniedbywaniem to nie jest tak, że zarosły mi brudem, nie:D. Chodzi o to, że zupełnie mi z tą pielęgnacją nie po drodze. No bo tak... wsmarowując specjalny preparat do stóp w łazience po kąpieli, muszę czekać aż się wchłonie by założy bamboszki i przejść do sypialni. No jakoś tak niefajnie wpychać takie utłuszczone stopy w moje kapciochy. Jest jeszcze możliwość posmarowania stóp w łóżeczku. Ok, wyobraźmy sobie, że to robię... smaruję, smaruję, stopy są piękne i gładkie... odkładam tubkę i co?...i trzeba umyć ręce! No zupełnie mi się to nie klei. Dlatego moja pielęgnacja opiera się na regularnym pedikiurze i peelingu, a do smarowania używam zazwyczaj tego samego specyfiku, który aplikuję przed snem na dłonie. Rączki, stópki, światełko i spać - szybko i bez kłopotu. Wiem, że powinnam się bardziej przyłożyć i pewnie tak będzie, przed okresem letnim, gdy wizja włożenia leciutkich japonek przerazi mnie na tyle, aby wziąć się w garść.


Ciekawa jestem Waszych małych grzeszków. Macie takie? Szybciutko, pisać mi tu jak na spowiedzi:D


Wykreślone z listy marzeń #1 ; Auriga, Flavo C Forte


No dobra, nie będę owijała w bawełnę- zwyczajnie chcę się pochwalić:D. Pamiętacie moje cele zakupowe na 2014 rok? Pisałam wówczas o minimaliźmie zakupowym i spełnianiu swoich marzeń ale tylko tych jasno określonych, o dążeniu do celu, o tym by nie wpadać w zakupową pułapkę nabywając różne produkty jedynie pod wpływem impulsu.Wiem, że to trudne do wykonania, bo pokus jest wiele i zewsząd czają się różne zachcianki i chwilowe zauroczenia...no i mamy jeszcze limitki, które mają określony termin produkcji. Oczywiście jakaś dyspensa nas dotyczy - uleganie nagłym potrzebom jest całkiem fajne i potrafi poprawić nam humor. Ta kwestia nie ulega wątpliwości i nie podlega dyskusji. Jednak lista to lista i ja swoją staram się spełniać.
Tak więc pierwszym produktem, który mogę już wykreślić jest Flavo C Forte, firmy Auriga. Na to serum czaiłam się już dłuższy czas, więc cieszę się, że jest już u mnie:D

Dermedic, Hydrain 3 Hialuro, płyn micelarny H2O


Na płyn micelarny firmy Dermedic skusiłam się dzięki dziewczynom, które na swoich blogach opisywały go w samych superlatywach. Postanowiłam wypróbować to cudo na własnej twarzy i muszę Wam powiedzieć, że to naprawdę wspaniały produkt. Osobiście nie mam żadnych zastrzeżeń, dlatego z przyjemnością dołączam do grona zadowolonych konsumentek. 

Płyn micelarny H2O zmywa makijaż i wszelkie zanieczyszczenia, pozostawiając uczucie świeżości i czystości - micele estrów kwasów tłuszczowych `przyciągają` zanieczyszczenia bez potrzeby nadmiernego tarcia skóry wacikiem.
Nie podrażnia oczu - hypoalergiczny - czystość, jaką daje woda termalna nie powoduje podrażnień.
Nie wysusza skóry - Hyaluronic Acid - kwas hialuronowy, kompleks Hydroveg VV - zmiękczają i utrzymują nawilżenie warstwy rogowej skóry.
Nie zatyka porów. Nie pozostawia filmu na skórze.
Zawiera wodę termalną ze źródeł Uniejowa. 



Historia pewnej miłości, z książką w roli głównej


Chciałabym Wam opowiedzieć pewną historię - historię miłości dość nietypowej i trwającej już mniej więcej < z naciskiem na więcej > 20 lat. Jaki był jej początek?
Przenoszę się wstecz i widzę małą dziewczynkę, która uwielbiała chodzić z mamą na zakupy. Mama jak to mama - targała mnie ze sobą wszędzie, by nie zostawiać mnie w domu samopas. Mama będąca typową kobietą, uwielbiała ploty ze swoimi psiapsiółkami i chętnie swoim uwielbieniom dawała upust. Zakupy przeważnie kończyły się u jednej takiej, która miała swoją księgarnię. Pochłonięte piciem kawy i dyskusji 'kto z kim', zupełnie nie zwracały uwagi na dziewczę pałętające się między regałami. Wyprzedzając sugestie jakobym była zaniedbywana, muszę się przyznać, że ta samowolka była mi jak najbardziej na rękę:D - mogłam do woli buszować po wszystkich półkach, w poszukiwaniach ciekawej lektury.
Wyjaśniam pewną kwestię... czytać nauczyłam się bardzo wcześnie i było to jeszcze przed pójściem do szkoły.
Kontynuując, wizyty takie kończyły się zazwyczaj kolejną przeczytaną na szybko pozycją. Oczywiście nie były to trzytomowe sagi, ale małe, dziecięce książeczki, a wiadomo jak takie książeczki wyglądają- 3/4 obrazków, 1/4 literek. No ale zawsze to coś, prawda? Chłonęłam je jedna po drugiej, a gdy poszłam do szkoły, odkryłam pewne miejsce, które było dla mnie prawdziwym eldorado. Mowa oczywiście o bibliotece:D.

Tak mijały kolejne miesiące i lata, biblioteka szkolna przestała mi wystarczać, więc zapisałam się do tej miejskiej. Możecie wyobrazić mnie sobie jako dziewczynę wiecznie obładowaną stertą książek. Ja się wręcz zaczytywałam i sprawiało mi to nie lada frajdę, odwrotnie proporcjonalną do zadowolenia mojej mamy, którą to ciągle męczyłam o kolejne egzemplarze.
Potem nastał okres liceum, w dużym stopniu dyktowany przez typowy, nastoletni bunt. Odbiło się to echem także na mojej pasji. Książki poszły w odstawkę, lektury to było najgorsze zło, jedyne co czytałam w tamtym czasie to streszczenia. W duchu szczerze dziękowałam tym, którzy je wymyślili:D. Liceum to było coś - zupełnie inny wymiar i inne priorytety. Większość dziewczyn odkrywało wówczas swoją kobiecość i ważniejszy był nowy ciuch, nowy chłopak, nowa fryzura, niż taki banał jak książka. Phh...książka??...a co to w ogóle jest?! Na palcach jednej ręki mogę policzyć te, które przeczytałam w liceum. I bynajmniej nie było to dla mnie przyjemnością .A potem studniówka, matura i koniec... weszliśmy w dorosłość:D. Wtedy też zrozumiałam wszystko, co powtarzała mi bezustannie mama. Jeszcze dziś mam w głowie jej głos " zobaczysz jak to jest, życie wcale nie jest takie łatwe i różowe jak Wam - małolatom się wydaje; jeszcze zatęsknisz za tą beztroską"...teraz wiem, że miała rację.
Ale wracając do tematu.
Pamiętam moment, który dziś uważam za przełomowy. Szwendając się bezczynnie po mieszkaniu i nudząc jak mops, mój wzrok padł na domową biblioteczkę. Były w niej różne pozycje, od Iliady poprzez wszystkie książki Sienkiewicza, na tych kucharskich kończąc. Typowy zbiór różności. Wzięłam do ręki pierwszą z brzegu... była to Lalka. Uśmiechnęłam się pod nosem na wspomnienie, jak jeszcze w Liceum broniłam się przed nią rękami i nogami...a poza tym czytałam streszczenie, so?! "czym możesz mnie zaskoczyć?"- pomyślałam...i z nudów zaczęłam czytać...pierwsza strona, druga, setna...koniec. To był moment.
...i się zaczęło...moja pasja powróciła ze zdwojoną siłą.
Przeczytałam większość domowych książek, po drodze były także znienawidzone lektury. Postanowiłam ponownie zapisać się do biblioteki. Lata mijały, a ja czytałam i czytałam.Wypożyczałam z różnych bibliotek, pożyczałam od brata, znajomych, kupowałam nowe. Taki stan rzeczy trwa do dzisiaj. Po drodze wiele się zmieniło, chociażby połączono nas ze światem za pomocą Internetu. Mogłam buszować po wirtualnych księgarniach do woli. Wierzcie mi kochani < zwracam się do młodszych czytelników >, dla nas 'staruchów po 30-stce' Internet nie był taką oczywistością jak dla Was, więc i radość odkrywania była większa:D
A jak jest teraz?
No cóż - nadal czytam i robię to z prawdziwą rozkoszą. Dobra lektura potrafi zupełnie oderwać mnie od rzeczywistości, wtapiam się w nią i trwam tak do ostatniego słowa. Czytam wszystko, nie mam swojego ulubionego gatunku, ponieważ w każdym z nich są pozycje wartościowe i godne polecenia. Mam natomiast ulubionych pisarzy i tematy, które mnie interesują bardziej niż inne. Bez opamiętania zaczytuję się w thrillerach, szczególnie tych prawniczych, kocham kryminały, a i dobrą literaturą typowo kobiecą nie pogardzę. Bez wątpienia moimi faworytami są John Grisham, Robert Ludlum, Dan Brown, Lisa See oraz wielu, wielu innych znakomitych pisarzy.
Książki kupuję wręcz nałogowo. Często korzystam z księgarni internetowych, ze względu na liczne promocje i ogromny wybór. Dla mnie jest to niewątpliwie ułatwienie, bo wchodząc np. do takiego molocha jak Empik dostaję oczopląsu i całkowicie baranieję. Nie potrafię się odnaleźć, wszystko mnie kusi, wszystko jest ciekawe i najchętniej wykupiłabym większość wolumenu. Natomiast buszując on-line, mam niesamowity komfort psychiczny - siedzę sobie z kawką, przeglądam, wybieram spokojnie i bez pośpiechu. Plusem jest też możliwość podejrzenia recenzji i opinii innych. Najczęściej kupuję w Weltbild, gdzie jako stały klient mam mnóstwo rabatów i promocji. A takie okazje kuszą, oj kuszą:D. W nowe egzemplarze zaopatruję się także w księgarniach stacjonarnych, a moim absolutnym ulubieńcem jest biblioteczka biedronkowa. Można tam znaleźć naprawdę interesujące tytuły po bardzo korzystnych cenach. W tej chwili większość moich książek kupuję właśnie w ichniejszych promocjach, które najczęściej oscylują w granicach 10zł za sztukę.
Moje zbiory powiększają się w zastraszającym tempie, a moim największym marzeniem jest posiadać prywatną biblioteczkę, z regałami pod sam sufit, najchętniej zajmującej osobne pomieszczenie. 
A żeby nie było, że jestem gołosłowna...i mój elaborat nie ma większego sensu...
  

to są książki kupione w ciągu ostatnich dwóch miesięcy...cały czas zachodzę w głowę, czy zebrałam je do zdjęcia wszystkie:D

Zastanawiacie się pewnie czemu mają służyć te moje wynurzenia. Otóż potraktujcie je proszę jako wstęp do moich postów książkowych. Jest mi bardzo miło, że tak chętnie zaakceptowaliście mój pomysł. Postanowiłam więc zrobić mały prolog, abyście mogli lepiej zrozumieć moją pasję. Bo temat książek to nie jest jakiś tam pomysł na kolejny post... książki to lwia część mojego życia i doprawdy nie wiem czemu tak długo z tym zwlekałam:D

Kończę już... co słabsi pewnie dawno już odpadli, mam jednak nadzieję, że ktoś dotarł do szczęśliwego zakończenia tej opowieści:D


5 filmów, które mogłabym oglądać non stop


Dalszy ciąg tytułu powinien brzmieć... i nigdy mnie nie nudzą. Przypuszczam, że każdy ma swoją listę hitów filmowych, oglądanych setki razy i wciąż odkrywanych na nowo. Dziś podzielę się swoją ulubioną piątką filmów, które zawsze obejrzę z największą przyjemnością, które zawsze zadziałają jak najlepszy opatrunek na kiepski nastrój, które powodują poprawę humoru lub wręcz przeciwnie... gdy mam ochotę popłakać, dzielnie mi w tym pomagają. Są to propozycje wywołujące u mnie bardzo pozytywne emocje, bez względu na ilość odtworzeń. Ok, zaczynamy. Kolejność nie ma w tym przypadku żadnego znaczenia.


1. "Dirty Dancing" 1987

Pamiętam, gdy jako nastolatka, a w zasadzie niespełna 10-letnia smarkula < rany, kiedy to było? > obejrzałam ten film po raz pierwszy. Historia roztańczonej miłości dziewczyny z bogatego domu- Frances 'Baby' i przystojnego nauczyciela tańca o imieniu Johnny, którego genialnie zagrał młody jeszcze wówczas i nieziemsko przystojny Patrick Swayze. Ten film przenosił mnie w zupełnie inny wymiar. Zresztą jest tak za każdym razem gdy go oglądam, a z całą pewnością było to więcej niż 30 razy:D. Znam na pamięć każdą scenę, każdy dialog, każde mrugnięcie aktorów.



2. "Footloose"  1984

Kolejny film taneczny. Nawet nie potrafię sobie przypomnieć ile razy go oglądałam. Historia zbuntowanego nastolatka, który sprawił, że miasteczko ożyło muzycznie. Mamy tu wszystko, co lubię - taniec, muzykę,gdzieś tam w tle przewija się też wątek miłosny. Główną rolę zagrał Kevin Bacon, który moim zdaniem idealnie do niej pasuje... taki niegrzeczny chłopak z rozwianą grzywą:D. Ale ale, w filmie tym zagrała także młodziutka Sarah Jessica Parker, która zasłynęła potem z roli w serialu "Seks w wielkim mieście".


3. "Pearl Harbor" 2001

Muszę Wam się do czegoś przyznać-zawsze płaczę na tym filmie. Ile razy bym go nie widziała, potok łez mam jak w banku. Niesamowita opowieść o przyjaźni, miłości i trudnych decyzjach z wojną w tle. Dwóch facetów, jedna kobieta... niby banalne, ale ta historia opowiedziana jest w sposób szczególny. Zapierające dech w piersiach i niezwykle realistyczne efekty specjalne, znakomicie dobrana muzyka i przepiękne zdjęcia na długo zostają w pamięci i sprawiają, że film ten może być świetną rozrywką podczas długich zimowych wieczorów. 


4. "Miś" 1981

Myśląc o Misiu nie umiem powstrzymać niekontrolowanych napadów śmiechu. Co tu dużo mówić... Miś to kultowa komedia polska, która jak dla mnie jest najlepszym dziełem Barei. W groteskowy i prześmiewczy sposób opisuje rzeczywistość u schyłku PRL-u, a niektóre cytaty zagościły już w nas na stałe. Któż nie zna tekstu "zima jest, to musi być zimno. Takie są odwieczne prawa natury"...rany, mogłabym tak wymieniać godzinami:), "panie!to nie jest salon damsko-męski! to jest kiosk ruchu - ja tu mięso sprzedaję!" , "z twarzy podobny zupełnie do nikogo" albo "przepraszam, o której odlatuje dzisiaj ten do Londynu 11:05?; - a skąd ja mam wiedzieć?chyba o pierwszej! " . Uwielbiam .


5. "Kogel-mogel" 1988

Ostatnia moja propozycja jest kolejną znakomitą, polską komedią, która niezmiennie od lat poprawia mi humor. Perypetie Kasi chyba nigdy mnie nie znudzą.
Edit: Dzięki Ironii, która wyprowadziła mnie z błędu <dzięki kochana:D > wiem już, że Piotrusia nie zagrał Michał, tylko Maciek Koterski- stryjeczny brat Miśka:DD
Tak jak w przypadku Misia, mamy tu prawdziwą kopalnię ponadczasowych zwrotów, jak ten babci Wolańskiej "cioteczny wuj szwagra mojego drugiego męża" albo matki Piotrusia "przyjechałam JAKBY taksówką". W ogóle to matka Piotrusia rozwala system, dla mnie to najfajniejsza postać, do tego genialnie wykreowana przez Ewę Kasprzyk. Jeśli nie widzieliście, w co szczerze wątpię, to koniecznie musicie nadrobić... zresztą co ja gadam... czy to możliwe, żeby ktoś nie oglądał tego filmu?? Chociaż z drugiej strony "nie ma takiej możliwości, która by była niemożliwa" :D


Tworząc tę listę zdałam sobie sprawę z tego, że spokojnie mogłabym wymienić jeszcze kilka innych tytułów. Z założenia jednak miało być pięć i te, które podałam przyszły mi na myśl jako pierwsze. Ciekawa jestem Waszych hitów filmowych, takich najukochańszych, które od lat cieszą tak samo. Macie takie? A może zechcecie się nimi podzielić? Chętnie poczytam.




Kosmetyczni ulubieńcy grudnia;Clinique, Organic Therapy, Maybelline, Lirene, Cosmatrade


Jako, że grudzień już za nami, pora na jego podsumowanie i wytypowanie kilku ulubieńców, których używałam niemal codziennie...mało tego- sprawiało mi to niezwykłą przyjemność.Kosmetyków, które z całą pewnością zasłużyły sobie na to miano jest 5. Zapraszam więc na moją złotą piątkę grudnia. Może znajdziecie wśród tego grona również swoich ulubieńców?


1. Maybelline, Color Tattoo 24HR, 40-Permanent Taupe - cień legenda, bardzo popularny,powszechnie lubiany i niesamowicie trwały. Jest to jeden z tych kosmetyków, które pozwalają zrobić świetny makijaż oczu, bez użycia innych cieni szybko i bez większych problemów.Znakomity do podkreślenia samego załamania powieki ale też do rozcierania na całą jej powierzchnię.Prostota jego aplikacji przydaje się szczególnie podczas porannego makijażu, gdy liczy się każda minuta:D. Genialnie współgra z innymi cieniami, zarówno tymi kremowymi jak i pudrowymi. Mogłabym tak wymieniać jego zalety bez końca...jedno jest pewne- po wypróbowaniu słynnej 40-stki, mój apetyt na pozostałe odcienie wzrósł do niebezpiecznych rozmiarów.Kolejny będzie zapewne brązik, może pokuszę się też o fiolet?Znajdziecie go w większości drogerii w cenie ok 25zł.
Jeśli macie ochotę zobaczyć jaki makijaż udało mi się nim zmalować, zapraszam  <<TUTAJ>>

2. Lirene, Glam&Matt Duo Effect, fluid matująco-rozświetlający do twarzy; ten podkład kupiłam z czystej ciekawości, no bo jak to?- matowienie i rozświetlenie jednocześnie?!?Propozycja Lirene bardzo przypadła mi do gustu z dwóch powodów, których zawsze szukam w tego typu produktach i które przesądzają o ich późniejszym 'być albo nie być'. Po pierwsze jest niezwykle lekki, nie robi nam na twarzy maski i nie podkreśla porów oraz wszelakich suchości tylko ładnie stapia się ze skórą. Po drugie spełnia obietnice producenta jeśli chodzi o zmatowienie i jednoczesne rozświetlenie twarzy. Skóra nam się nie błyszczy ale nie jest to tępy, płaski mat- fluid nadaje jej fajnego, naturalnego błysku. Wkrótce postaram się opublikować jego pełną recenzję, więc poznacie go bliżej. Na dzień dzisiejszy jestem z niego bardzo zadowolona i używam go niemal codziennie.Cena ok 40zł.

3. Clinique, Blushing Blush Powder Blush, 114 Iced Lotus, róż prasowany - myśląc o tym różu nasuwa mi się tylko jedna myśl.G E N I A L N Y . Potrzebujecie jeszcze jakiś wyjaśnień? Bardzo proszę. Produkt o niesamowitym kolorze mroźnego, chłodnego różu ze srebrzystą poświatą. Tworzy na policzku piękną taflę idealnie podkreślając kości policzkowe. Efekt jest niezwykle subtelny i elegancki.Nadaje fajnego, 'zimowego looku'...no wiecie o co chodzi...taki jakby oszroniony policzek:). Do tego wszystkiego jest pierońsko trwały.Często jest tak, że po podkładzie nie ma już śladu, a ten skubaniec trzyma się dzielnie na policzku cały dzień. Kosztuje ok 120zł ale zdecydowanie jest wart swojej ceny. Jeśli będziecie miały okazję przetestowania go w drogerii, polecam skorzystać z tej możliwości- jestem pewna, że się w nim zakochacie. Poczytajcie o nim na Wizażu...ma tam bardzo wysokie notowania.

4. Organic Therapy, Diamont Face Pell, diamentowy peeling do twarzy z organicznym ekstraktem z grejpfruta i diamentowym pudrem - <strasznie długa nazwa:D>. Produkt, który przywędrował do mnie od  << ANI >>. Używany był w grudniu z prawdziwą przyjemnością. Cenię go za skuteczność działania oraz za to, że nie podrażnia pomimo całej swojej mocy. Więcej o moim peelingowaniu ogólnie oraz o tym konkretnie produkcie przeczytacie << TUTAJ >> .

5. Cosmatrade, Vital Skin, olej arganowy - olej, który w mojej kosmetyczce zagościł już na stałe, jednak do tej pory kupowałam go przez internet. Podczas grudniowej wizyty w drogerii Natura okazało się, że jest dostępny również stacjonarnie. Ten konkretny osobnik dystrybuowany jest przez firmę Cosmatrade. Olej arganowy służy mi niemal do wszystkiego- olejuję nim włosy, twarz, paznokcie, dłonie, stopy; dodaję do kąpieli, do masek. Jest to bardzo wszechstronny kosmetyk i prawdę mówiąc gdybym miała wybrać jednego ulubieńca minionego roku, byłby to właśnie olej arganowy:D. Nie wyobrażam sobie, że mogłoby go u mnie zabraknąć. Jeśli jeszcze go nie znacie, polecam się poznać...być może przerodzi się to w długi i owocny związek, tak jak jest w moim przypadku.
Cena ok 40zł, poj 55ml.


*****


Dziś rano spotkała mnie wspaniała niespodzianka...zobaczcie, co udało mi się uchwycić w panelu nawigacyjnym bloga < można powiększyć >


100 000 wyświetleń!
Myśli krążą jak szalone, a na usta ciśnie się tylko jedno słowo...
DZIĘKUJĘ!!



Ostra Heidi marki Astor


Color Last Vip marki Astor to trwała szminka do ust zaprojektowana przez Heidi Klum, której celem podczas tworzenia tej kolekcji było wydobycie najpiękniejszych cech kobiety. Kolekcja liczy sobie 5 kolorów, od delikatnego nudziaka po ostry, ciężki do zdefiniowania odcień fioletu, z fuksjowymi i bordowymi tonami, który zmienia się niczym kameleon w zależności od światła.Bohaterem dzisiejszego posta będzie właśnie odcień 008 Spicy- trudny do okiełznania, choć niewątpliwie uroczy kolor.

pomadka Astor

Pomadka umieszczona została w plastikowym, aczkolwiek eleganckim opakowaniu w kolorze złota i czerni.Osobiście bardzo sobie cenię minimalizm, więc ten design jak najbardziej do mnie przemawia.Nie jest zbyt krzykliwe, choć posiada wszystkie atrybuty które lubię...a i dla sroczek będzie w sam raz:D.


Kremowa konsystencja i trwała formuła to jej ogromne atuty. Pomadka zachowuje się niczym mocny tint- po zjedzeniu starciu się warstwy wierzchniej, wciąż pozostaje delikatne zabarwienie, które jest całkiem trwałe i nie pozbędziemy się go tak szybko.Wtapia się w usta jak farbka i zostaje na nich dość długo. Pomadka nie ma żadnych drobinek, jest całkowicie kremowa i bardzo przyjemna w aplikacji. Pomimo tej wydawałoby się- topornej konsystencji, gładko sunie po ustach, nie pozostawiając smug, prześwitów, czy innych kwiatków. Nie zbiera się w załamaniach, nie migruje- trwa niezmiennie tam, gdzie ją nałożyłyśmy. To naprawdę mocny zawodnik:D


Pomimo jej wszystkich walorów, kolor Spicy jest dla mnie dość kłopotliwy.Chyba go jeszcze do końca nie oswoiłam, choć miałam już do niego kilka podejść. Ciężko mi określić jego barwę ostateczną- w zależności od natężenia światła, potrafi całkowicie zmienić się na ustach. W świetle dziennym jest to głęboka fuksja z winnymi akcentami, natomiast w pomieszczeniu, gdzie mamy sztuczne oświetlenie zmienia się w ciemny, bordowy fiolet. Doprawdy dziwny z niej osobnik:D.
Dziewczyny lubiące takie głębokie tony będą z niej zapewne zadowolone, ja nie czuję się w niej komfortowo i niestety nie stanie się moją ulubienicą.Mam wrażenie, że wydobywa ze mnie taką trupią bladość, choć zdaje sobie sprawę, że tak właśnie działają zimne, bordowe pomadki.


Jak Wam się podoba?Pomimo całej sympatii do jej walorów estetycznych, jakości wykonania i świetnej trwałości, nie mogę się do niej przekonać. Jeśli jednak lubicie takie kolory, to szczerze polecam, warto zapoznać się z propozycją Heidi, tym bardziej że nie należy ona do najdroższych.Ja swój egzemplarz wygrałam w rozdaniu u Joasi ale kupicie ją już za ok 25zł, często znajduję się też w promocjach.

*****

Mam pytanie. Czy bylibyście zainteresowani tematyką książkową?Mam na myśli cykliczne posty < np. raz w miesiącu lub raz na dwa miesiące >z krótkim opisem przeczytanych przeze mnie książek. Często zdarza mi się trafić na prawdziwe perełki i chciałabym podzielić się z Wami moimi wrażeniami ale nie wiem, czy taka tematyka by Was zainteresowała. Co sądzicie?Z góry dziękuję za Wasze opinie:)



Tanie nie znaczy złe, czyli sukieneczka za grosze i małe podsumowanie ubiegłego roku


Rok 2013 to już przeszłość.Wypadałoby go jakoś podsumować, jednak nie chce zanudzać Was swoimi wywodami. Powiem tylko, że był to dla mnie rok udany pod każdym względem, zarówno osobistym, jak i zawodowym. Cele, które postawiłam przed sobą w styczniu 2013 roku w większości udało mi się zrealizować. Najważniejszym była chęć zrzucenia zbędnego balastu tu i ówdzie.Mogę się pochwalić, że to wyzwanie zakończyłam sukcesem, choć walka trwa nadal. Doszłam do takiego momentu, że pozbycie się każdego kolejnego kilograma to nie lada wyczyn.Wydaje mi się jednak, że -12kg to i tak niezły wynik:D.Jeśli chcecie poczytać o moich zmaganiach z wagą i wyniku jaki osiagnęłam w połowie roku, zapraszam TUTAJ .
W życiu prywatnym wszystko po staremu, choć w tej kwestii nie potrzebuję zmian.Udany związek oraz stała praca dają mi poczucie stabilizacji.Czy mam jakieś plany na ten rok?Oczywiście, któż ich nie ma. Postawiłam przed sobą kilka mocno sprecyzowanych wyzwań i postaram się dążyć do ich realizacji.Jednym z nich jest zakupowy minimalizm, który opisywałam TUTAJ. Kolejne to samodoskonalenie i walka z wrodzonym pesymizmem. Obiecałam sobie, że będę się częściej uśmiechać i  spróbuję bardziej zaufać innym, bez doszukiwania się drugiego dna w każdej sytuacji.Miejmy nadzieję, że za rok o tej porze spojrzę za siebie bez poczucia, że mogłam coś zrobić lepiej albo inaczej.
Jeśli chodzi o bloga- chciałabym by w dalszym ciągu się rozwijał, byście odwiedzali mnie równie chętnie jak do tej pory, byście znaleźli na nim interesujące Was treści.Ufam, że tak będzie:). Dziękuję za mnóstwo pozytywnych komentarzy, za wszystkie miłe słowa, za wszystkie wiadomości prywatne, które od Was otrzymuję. Jesteście dla mnie niemałym wsparciem i motywacją. Już niedługo blog będzie miał 100tyś odsłon- niewiarygodna ilość. W najśmielszych marzeniach nie sądziłam, że to się stanie.Specjalne podziękowania dla tych z Was, którzy postanowili mój blog zaobserwować, przyczyniając się tym samym do stworzenia wspaniałej społeczności, na którą w każdej chwili mogę liczyć. Buziak:D

*****

Dziś w roli głównej wystąpi sukieneczka, którą udało mi się dorwać w Pepco, w zawrotnej kwocie 39zł:D.Uwielbiam takie okazje, a tej zdecydowanie nie mogłam przegapić.Sukieneczka jest na tyle urocza, że nie potrzebuje specjalnej oprawy. Jedyną ozdobą jest złoty zegarek. A Wy co sądzicie o tym zakupie?




sukienka - Pepco
buty - LubieButy.pl
zegarek - Geneva


ŚCISKAM:)