New in...kosmetyczne nowości lutego.

W lutym zdecydowanie postawiłam na jakość, nie ilość. Poczyniłam swoje pierwsze zakupy on-line, w sklepach z kosmetykami naturalnymi i ekologicznymi. Nad wyborem odpowiednich długo się nie zastanawiałam, choć muszę przyznać, że  można się w tym gąszczu pogubić. Postawiłam na ugruntowaną pozycję , uznanie w oczach zadowolonych klientów oraz pozytywne opinie. Z podjętej decyzji jestem bardzo zadowolona... doskonały kontakt ze sprzedawcą, expresowa dostawa, znakomicie zabezpieczona przesyłka i ogólne moje wrażenie sprawiają, że z przyjemnością będę do tych sklepów zaglądała częściej. I choć ceny kosmetyków mogą początkowo odstraszyć, to zdecydowanie warto spróbować, aby mieć chociażby porównanie. Osobiście mam pewien patent... zakupy on-line robię na początku miesiąca, gdy konto jeszcze pełne...:). Reszta nowości to biedronkowe zdobycze...

Przejdźmy zatem do konkretów , czyli rzut na całość:




Balm Balm , 100% organiczna złuszczająco-oczyszczająca maseczka do twarzy z hibiskusa
Annemarie Borling, dwufazowy koncentrat rewitalizujący z sycylijskich czerwonych pomarańczy
+
gratis od sklepu kilka próbek 


tutaj skusiłam się na rosyjskie kosmetyki do pielęgnacji włosów; bez parabenów, silikonów, PEG, oparte na naturalnych, organicznych extraktach; zobaczymy, jak te osławione cuda zza wschodniej granicy podziałają na moje włoski

Baikal Herbals, szampon i balsam do włosów cienkich i delikatnych "Objętość i siła"


Pozostała część kosmetyków pochodzi z Biedronki. Wybór artykułów do pielęgnacji ciała był ogromny, jednak wiedziona instynktem samozachowawczym oraz pamiętając o zakupach internetowych, które zrobiłam, skusiłam się tylko na bardzo popularne i zbierające pochlebne opinie produkty:

BeBeauty , płyn micelarny
Garnier, odżywka do włosów z olejkiem z awokado i masłem karite
Perfecta, masło do ciała wygładzające marcepanowe ( cudowny zapach! )
Virtual, lakier do paznokci, niestety numerka brak


Już teraz mogę zdradzić, że mam w tym gronie swoich ulubieńców, którzy zagoszczą u mnie na dłużej. Ciekawi Was coś szczególnie? Na wszystkie pytania, chętnie odpowiem:). A jak tam Wasze nowości?





PILOMAX, maska do włosów z aloesem



Na początek pytanie...czy ktoś mi może powiedzieć ,kiedy wreszcie przyjdzie wiosna??!? Już mam dość tej zimowej aury, a do tego jeszcze teraz wszystko się rozpuszcza, tworząc na chodnikach i ulicach ogromne kałuże, które z kocią zwinnością i niemałą gracją trzeba przeskakiwać.Nie chcemy przecież wyglądać jak ofiary losu, brodzące w wodzie po kostki, niszcząc przy tym swoje piękne zimowe kozaczki. Mam nadzieję, że Pani Wiosna usłyszy moje błagalne nawoływania i ruszy swój szanowny tyłeczek nieco szybciej:). Czekam na nią z utęsknieniem...

Przejdźmy zatem do właściwej treści posta. Co powiecie na recenzję? Chciałabym Wam przedstawić produkt, który wygrałam w konkursie na blogu  MILKY CHOCOLATE . Jest to maska do włosów zniszczonych, cienkich i  przetłuszczających się , zawierająca w swym składzie extrakt z henny i aloesu.

PILOMAX, Maska do włosów z aloesem


Od producenta:



Konsystencja:



Maska nie posiada w swym składzie silikonów, parabenów, ani SLSów. Za to  duży plus. Kilka konserwantów, emolient ( film, którzy tworzy na skórze i włosach zapobiega nadmiernemu odparowywaniu wody z powierzchni; przez swoje pośrednie działanie nawilżające zmiękcza i wygładza skórę i włosy) i wspomniane już przeze mnie extrakty to wszystko co w niej znajdziemy...no i woda oczywiście.


Na początku testów stosowałam ją jako kurację intensywnie regenerującą, a więc mniej więcej co 4-5 dni. Moja skóra głowy i włosy potrzebowały w owym czasie silnego nawilżenia, ponieważ elektryzowały się na potęgę.W żaden sposób nie mogłam ich ujarzmić...zmienna temperatura, ogrzewanie i wiatr robiły swoje - wyglądałam jak porażona prądem. Extrakt z aloesu, który znany jest ze swych właściwości silnie nawilżających , podziałał jak kompres na moje włosy. Przestały się elektryzować, lepiej się układały, były zdyscyplinowane i grzecznie słuchały swej pani. Do tego niesamowita miękkość i połysk, sprawiły że namiętnie bawiłam się włosami i głaskałam je wręcz odruchowo. Nawet mój TŻ zauważył różnicę...stwierdził, że mam super gładkie włosy.
Maska nie powoduje szybszego przetłuszczania się skóry głowy ale też nie mogę jednoznacznie stwierdzić, że je zahamowała. W tym przypadku obietnice producenta są trochę na wyrost. Nie obciąża, fajnie nawilża i odżywia...cóż, jest naprawdę świetna. Do tego ten zapach, którego nie potrafię opisać ale przyznaję, że jest dość intensywny i trwały, czuję go na włosach prawie cały dzień. Konsystencja rzadka ale nie wodnista, nie przecieka nam przez palce, nie ma też problemu z nabraniem odpowiedniej ilości. Jest to też zasługa wygodnego w użyciu plastikowego słoiczka, który znakomicie się sprawdza , szczególnie gdy mamy już końcówkę kosmetyku.
Pomimo tego, iż teraz stosuję ją jako zabieg wzmacniający raz na tydzień, moje włosy nie straciły na wyglądzie. Nadal są w świetnej kondycji, co zresztą mogliście zobaczyć w poście z podsumowaniem akcji zapuszczania...ooo tu .
Reasumując moje wywody, uważam że jest to produkt, który zdecydowanie polecam, a moja końcowa ocena to 5/6. Minus za brak zmniejszenia przetłuszczania się skóry głowy.

Znacie maski firmy Pilomax, czy tak jak dla mnie , są one dla Was nowością?Chciałabym poznać Wasze opinie. Czekam zatem na komentarze...




IVONA poleca..."Call on me", czyli mała muzyczna inspiracja.


Hej:)

Zaczynamy weekend, więc dzisiejszy post będzie należał do tych lżejszych i przyjemnych, w sam raz na piątkowy wieczór. Tradycyjnie posłuchamy trochę muzyki, coby się nieco zrelaksować i odprężyć po długim , pracowitym tygodniu...należy nam się, a co!
Postanowiłam połączyć przyjemne z pożytecznym i przypomnieć Wam kawałek, który kilka lat temu był niemałym hitem i królował na wszystkich tanecznych imprezach.Odnowiłam tą znajomość całkiem niedawno, podczas szukania inspiracji i motywacji do ćwiczeń...kliknęłam i wiecie co?...podziałało, tak samo jak kiedyś, gdy sam widok tych ponętnych tyłeczków ,powodował przyspieszone bicie serca i wzrost endorfin do niebezpiecznie wysokiego poziomu nie tylko u facetów:). Patrząc na te laski aż chce się ćwiczyć!

Pamiętacie to??...wiem, że tak!Zayebisty kawałek, tak pod prawą nóżkę:)Prawda, że sama się rusza?





ŚCISKAM KOCHANI :)


 :)



Mój sposób na mat - puder Rimmel oraz fluid Lirene


Zacznę od tego, że jestem posiadaczką cery wrażliwej, mieszanej, z tendencją do błyszczenia w strefie T. Mam też problem z rozszerzonymi porami, skłonnością do przesuszania, niewielkimi przebarwieniami oraz pojawianiem się różnego typu niespodzianek, zwłaszcza przed miesiączką. Nie jestem zwolenniczką mocno kryjących podkładów, które tworzą u mnie efekt maski oraz podkreślają suche skórki. Preferuję mazidła, które w delikatny , naturalny i niezauważalny sposób uporają się z moim błyszczeniem , a przy okazji zatuszują niedoskonałości. Czy znalazłam swój ideał? Ideał może nie, ale znalazłam duet, który znakomicie się uzupełnia, a jego działanie jak na razie w pełni mnie zadowala.

LIRENE City Matt - fluid matująco-wygładzający 204


"Fluidy nowej generacji City Matt posiadają wspaniałe właściwości wygładzające i matujące. Zawarta we fluidach specjalna formuła Nylon 12, sprawia, że skóra jest jedwabista i doskonale matowa. Zastosowany system mikrogąbeczek pochłania nadmiar sebum. Witaminy E i C doskonalą kondycję skóry twarzy i zachowują jej młody wygląd."

Do wyboru mamy 5 odcieni podkładu, więc myślę że nie powinno być większych problemów z dobraniem odpowiedniego.

poj 30ml; cena ok 22zł

Skład:
Aqua, Cyclopentasiloxane, Polymethyl Methacrylate, Cyclohexasilexane, Glycerin, Cetyl PEG/PPG-10/1 Dimethicone, Nylon-12, Polyglyceryl-4 Isostearate, Cera Alba(Beeswax), Sodium Chloride, Magnesium Sulfate, Tocopheryl Acetate, PEG-8, Isopropyl Titanum Triisostearate, Tocopherol, Ethylhexylglycerin, Ascorbyl Palmitate, Citric Acid, Ascrobic Acid, Phenoxyethanol, Methylparaben, Benzonic Acid, Dehydroacetic Acid, Polyaminopropyl Biguanide, Parfum, Linalool, Hydroxyisohexyl 3-Cyclohexene Carboxaldehyde, Alpha-Isomethyl Inone, Limonene, Benzyl Benzonate, Benzyl Salicylate, Hexyl Cinnamal, Coumarin, Butylphenyl Methylpropional, Geraniol, Hydroxycitronelal, Citronellol, Isoeugenol, Eugenol, Cl 77891, Cl 77492, Cl 77491, Cl 77499, Cl 77489.

Moja opinia:
Naczytałam się o tym fluidzie samych dobrych rzeczy, opinie były dość pozytywne, więc skusiłam się na jego zakup. Najważniejsze, że się nie zawiodłam.
Podczas pierwszej aplikacji zauroczył mnie jego zapach, dość intensywny jednak bardzo przyjemny, pudrowy. Opakowanie to plastikowa buteleczka, z wygodną w aplikacji pompką, dzięki której ilość nabieranego kosmetyku jest w sam raz...nie za dużo, nie za mało.
Dzięki swej lekkiej strukturze, idealnie stapia się ze skórą, co zresztą doskonale widać na zdjęciach, pozostawiając ją aksamitną w dotyku i rzeczywiście wygładzoną. Nie zauważyłam też aby podkreślał suche skórki, czy rozszerzone pory.
Nie polecam osobom, które od podkładu wymagają mocnego krycia...tu go nie znajdziecie, zresztą producent nam tego nie obiecywał. Jest to raczej delikatne zamaskowanie drobnych niedoskonałości oraz podkreślenie kolorytu cery. Trwałością też nie grzeszy, dlatego mała poprawka w ciągu dnia jest jak najbardziej wskazana. Na mojej skłonnej do błyszczenia się skórze, efekt matujący przy zastosowaniu go solo , utrzymuje się ok 3 h, po tym czasie trzeba nieco przypudrować twarz.
I tu wkracza do akcji...

RIMMEL Stay Matt - puder prasowany 004

poj. 14g ; cena ok 20zł

"Puder nowej generacji zawierający naturalne składniki.
- Bawełna - długotrwale i skutecznie kontroluje błyszczenie się skóry, eliminując nadmiar sebum.
- Rumianek - koi wszelkie podrażnienia i redukuje zaczerwienienia.
- Ogórek - delikatnie odświeża i pomaga zachować czystość porów.
Puder idealny do cery wrażliwej i skłonnej do alergii - nie zawiera tłuszczu, substancji zapachowych, talku ani parabenów."

 SKŁAD:
Talc, Mica, Magnesium Stearate, Polyethylene, Petrolatum, Phenyl Trimethicone, Dimethicone, Polybutene, Isostearyl Neopentanoate, Ethylhexyl, Methoxycinnamate, Tocopheryl Acetate,, Methylparaben, Cocos Nucifera (Coconut) Oil, Paraffinum Liquidum/Mineral Oil/Huile Minerale, Propylparaben, Zinc Oxide, Parfum/Fragrance, Aloe Barbadensis, Polysorbate 20, Bht, Butylphenyl,  Methylpropional, Benzyl Salicylate, Citronellol, Hexyl Cinnamal,Hydroxyisohexyl 3-Cyclohexene, Carboxaldehyde, Linalool, Butylparaben. [May Contain /Peut Contenir /+/-: Titanium Dioxide (Ci 77891), Iron Oxides (Ci 77491, Ci 77492, Ci 77499), Ultramarines (Ci 77007)

?!
No chyba, że ja coś pomyliłam...jeśli tak to proszę poprawcie mnie!
Najlepsze jest to, że producent nie pokusił się o umieszczenie składu pudru na opakowaniu, które nomen omen jest dość tandetne, z plastikowym, skłonnym do pęknięć wieczkiem. Ciekawa byłam dlaczego. Teraz już wiem! Obietnice producenta nijak się mają do stanu faktycznego! Rimmel mógł się bardziej postarać. Na dwóch pierwszych miejscach mamy talk i mikę, które są niestety niezłymi zapychaczami. Mnie na szczęście to ominęło i nie miałam problemów z zapychaniem.
Mam natomiast dobrej jakości puder, o fajnej aksamitnej konsystencji, świetnie matujący nawet do 6h. Często też stosuję go solo i nie zauważyłam wysuszenia. Minusem pudru jest brak lusterka oraz jakiegoś puszku lub gąbeczki do aplikacji. Da się to jednak przeżyć.

W połączeniu z fluidem Lirene tworzy fajną całość. Moja mieszana cera jest temu duetowi bardzo wdzięczna. Na razie pozostanę mu wierna...bo i po co szukać dziury w całym? No chyba , że skusi mnie jakiś bardziej naturalny puder...chodzi mi po głowie Jadwiga...miałyście? Co możecie mi o niej powiedzieć?


A jaki Wy macie sposób na walkę z błyszczącą się strefą T?Piszcie, chętnie poczytam.




Akcja zapuszczania włosów zakończona.



Pamiętacie , jak pisałam o moim zapuszczaniu włosów?Otóż akcja, którą wymyśliła urocza właścicielka bloga  http://frombodytohair.blogspot.com/  , a w której miałam przyjemność brać udział, dobiegła końca.Pokazywałam Wam moje włoski na półmetku akcji...dziś pora na podsumowanie.
Zacznę jednak od tego, co było moim priorytetem. Jeśli myślicie, że maxymalny przyrost to jesteście w błędzie. 

Głównym powodem , dla którego przystąpiłam do akcji była chęć poprawy stanu włosków, odżywienie ich, odpowiednie nawilżenie, zdyscyplinowanie, zmniejszenie przetłuszczania się skóry głowy ale przede wszystkim walka z problemem wypadania włosów, z którym niestety w owym czasie miałam (nie)przyjemność poznać się bliżej. Leciały garściami, zarówno w trakcie ich mycia, jak i w ciągu dnia. Nie wspomnę nawet o dywaniku z włosów, który po każdorazowym suszeniu musiałam zamiatać...tragedia. Zaczęłam szukać ratunku w internecie i tak trafiłam na blogi włosomanniaczek, które pokazywały swoje piękne i wypielęgnowane włosy oraz różne sposoby na osiągnięcie tak wspaniałych efektów. Czytałam, czytałam, czytałam, chłonęłam wszystko niczym gąbka...no i się zaczęło. Szampony, odżywki, maski, oleje, wcierki...istne szaleństwo. Ktoś o zdrowym rozsądku pewnie pomyślałby, że postradałam zmysły...ja jednak uparcie kładłam to wszystko na włosy z nadzieją na zadziwiające efekty. Po ok dwóch miesiącach  tego wariactwa,  trafiłam na wspomnianą akcję zapuszczania, do której postanowiłam dołączyć. To jeszcze bardziej nasiliło moje zapędy do tego, aby stać się rasową włosomanniaczką. Co tu dużo gadać?- zgłupiałam na tym punkcie.Efekty jednak nie były takie, jakich się spodziewałam...po pewnym czasie skóra głowy zaczęła swędzieć...bądź tu teraz człowieku mądry i zgadnij od czego, skoro praktycznie wszystkie produkty były dla mnie nowościami.Błądziłam po omacku, jak ślepiec...nie wiedziałam gdzie tkwi przyczyna i gdzie popełniłam błąd. 

Fakt, na półmetku akcji pokazywałam w widoczny sposób zagęszczone i znacznie dłuższe włosy, pojawiło się też bardzo dużo baby hair, lecz to jeszcze nie było to, czego pragnęłam. Postanowiłam odstawić wszystko, czego do tej pory używałam zewnętrznie. Zostałam jedynie przy piciu jednej filiżanki dziennie naparu z pokrzywy, dalej łykałam skrzyp i robiłam wcierki z olejku rycynowego.Zrezygnowałam nawet z lnianego gluta do picia. Wszystkie szampony, odżywki i maski poszły na bok, wróciłam do starego sprawdzonego zestawu i po kilku dniach skóra głowy się uspokoiła, przestało mnie swędzieć. Dopiero wtedy zaczęłam wprowadzać nowości...powoli i spokojnie. To był strzał w dziesiątkę! Włosy zdecydowanie podziękowały mi za to, że do końca nie zwariowałam i w porę się opamiętałam. Z dnia na dzień stawały się coraz bardziej miękkie, błyszczące, lepiej się układały, przestały się wywijać we wszystkie strony świata , a przede wszystkim przestały wypadać! Przetłuszczanie też się zmniejszyło...nadal myję je codziennie, jednak teraz mogłabym z tego zrezygnować, szczególnie jeśli drugiego dnia związuję włosy.
A co z tym przyrostem??hmm...traktuję go bardziej jak efekt uboczny wzmożonej pielęgnacji:))

Ok...się rozpisałam...mam nadzieję, ze jesteście jeszcze ze mną i nie przysnęłyście w między czasie hehe. Chcecie zobaczyć jak teraz wyglądają moje włosy?Bardzo proszę...dodam tylko, że w lutym podcięłam końcówki, które wręcz mnie o to błagały,w sumie podcięłam ok 3 cm, więc i przyrost od grudnia nie jest imponujący.



Dla ułatwienia każde zdjęcie podpisałam datą...widać różnicę?Prawdę mówiąc, ja dostrzegłam jaka jest ogromna dopiero po obejrzeniu zdjęć.


Ponieważ głównym celem akcji była walka o cm, postanowiłam przedstawić Wam produkty, które w największym stopniu mogły się do tego przyczynić...jednak przypominam, że nie to było moim priorytetem.


skrzyp, pokrzywa, olejek rycynowy - przez cały okres trwania akcji...sumiennie i regularnie;
nafta, olejek łopianowy - druga połowa akcji
siemię - na początku piłam glutka, druga połowa to głównie maski i płukanki z jego użyciem ( choć niewykluczone , że wrócę do picia lnianego wywaru )


Uff...to już koniec...miałam jeszcze napisać o mojej aktualnej pielęgnacji, jednak postanowiłam to przełożyć...nie chcecie przecież czytać tu prawdziwej epopei:). Skupiłam się głównie na podsumowaniu akcji.

Dotrwaliście do końca?Jeśli tak, to jestem Wam ogromnie wdzięczna:)))
A jak tam Wasze włoski??Dbacie o nie w jakiś szczególny sposób?Jeśli tak to podzielcie się proszę swoimi sposobami.

Moja rada na koniec - nie popadajcie we włosową paranoję tak, jak ja...powoli , spokojnie i systematycznie wprowadzajcie nowości. Wasze włosy i skóra głowy będą Wam za to wdzięczne:) i odpłacą się zdrowym wyglądem.


BUZIAKI:)




Liebster Blog , czyli uchylam rąbka tajemnicy,part 1.


Hej:)

W ostatnim czasie mój blog został trzykrotnie nominowany. Tak się składa, że wszystkie trzy Tagi są inne,dlatego dziś odpowiem na jeden z nich. Przywędrował do mnie chyba najwcześniej, bo w grudniu. Biję się w pierś za to opóźnienie i szybko nadrabiam  zaległość. 

Za nominację serdecznie dziękuję A.S. , z bloga  http://mojbabilot.blogspot.com/

Nominacja do Liebster Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za " dobrze wykonaną robotę". Jest przyznawane dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje możliwość do rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób ( informujesz ich o tym ) oraz zadajesz 11 pytań.
Nie wolno nominować bloga, który Cie nominował.

PYTANIA:

1. Od kiedy blogujesz ?
 bloga inspirujemniezycie.blogspot.com  założyłam 4 czerwca 2012 roku...wtedy też spłodziłam swój     
 pierwszy wpis:) ; ależ to zleciało, niedługo będę świętować rocznicę...
2. Co sprawiło, że zaczęłaś pisać bloga ?
do tej pory się zastanawiam; a tak na serio to chyba inspiracja innymi blogami, nuda i chwilowy przypływ weny twórczej; nawet nie sądziłam, że tak mnie to wkręci i najzwyczajniej pokocham ten cały blogowy świat:) 
3. Najbardziej miła rzecz jaka spotkała cię podczas blogowania ?
 och, długo by wymieniać ale może skupię się na pierwszej miłej rzeczy, która najbardziej utkwiła mi w pamięci; otóż za jeden z moich postów, zupełnie bezinteresownie zostałam nagrodzona ;chodzi o wpis dotyczący blogosfery właśnie  KLIK , a osobą, która postanowiła w ten właśnie sposób podziękować mi za szczerość była  MALINKA
4. Co najbardziej drażni Ci w "blogo - świecie" ? 
wydaje mi się, że nie będę oryginalna i drażni mnie to samo co większość z Was, czyli brak możliwości nawiązania kontaktu z tzw. pierwszą ligą blogosfery...czasem wydaje mi się, że te dziewczyny nie szanują swoich czytelników; mają już ugruntowaną pozycję i nawet nie pofatygują się o komentarz na blogu szeregowej blogerki...smutne ale niestety prawdziwe; irytuje mnie także słynne już "obserwujemy?"oraz nie czytanie postów ...ale o tym niedawno pisałam
5. Największe marzenie ? 
wycieczka na Kubę i zwiedzenie Hiszpanii...
6. Jeśli mogłabyś zmienić jedną rzecz w swoim wyglądzie ?co by to było ?
jak już dorobię się na blogu :), a na moim koncie pojawi się 7-cyfrowa kasa ze współprac ( ykhmm ) to zrobię sobie cycki...:)))
7. Twój największy atut ? ( oczywiście urodowy :))
lubię swój zadek hah!
8. Masz pupila ? Jakiego ? :)
mam psa rasy Cocer spaniel, czarny-podpalany o imieniu Riko ( imię zaczerpnięte od jednego z pingwinów, z bajki "Pingwiny z Madagaskaru" :DDD) ; wielokrotnie już go pokazywałam...dla tych co nie mieli okazji go zobaczyć...KLIK
9. Ulubiona potrawa ? 
hmm...ruskie pierogi:)
10.Twoja pasja ? Bez której nie wyobrażasz sobie życia ?
muzyka, czego dowodem jest blogowy cykl  IVONA poleca...
11. Co jest dla Ciebie ważne w drugiej osobie ? W wyglądzie i w charakterze ?
jeśli chodzi o wygląd to nie mam ulubionej cechy, po prostu musi mnie coś zainteresować,przyciągnąć mój wzrok i bynajmniej nie mam na myśli nieziemskiej urody; a co do charakteru, to chyba wygrywa poczucie humoru 


To by było na tyle:) Jeszcze raz dziękuję za nominację i oczywiście zapraszam na bloga sprawczyni dzisiejszego posta:). Tag jest dość popularny , więc pozwolę sobie nikogo nie nominować, jednak osoby, które chcą się w to pobawić, zapraszam do odpowiedzi na pytania, na które ja miałam okazję dziś odpowiadać. Czujcie się otagowani:)



BUZIAKI:)



ZIAJA Sopot Spa, peeling myjący z mikrogranulkami



Moje wymagania co do peelingu są jasno określone- ma dobrze złuszczać, dobrze się zmywać i lepiej żeby nie pozostawiał na skórze żadnej tłustej powłoki. Czy wymagam tak wiele?...no chyba tak, ponieważ znaleźć peeling idealny , to jak szukanie igły w stogu siana.Miałam już wiele ździeraków, Wy zapewne tak samo ale dotąd nie znalazłam takiego, który sprawiłby , że chciałam kupić go ponownie. I tu pojawia się pytanie. Czy to ja pragnę zbyt wiele, czy po prostu peeling idealny nie istnieje?Czy zawsze po użyciu musi pojawić się myśl "no niby fajny, ALE..." ?. Dziś przedstawię Wam produkt, któremu w gruncie rzeczy nie mam nic do zarzucenia, jednak na kolana mnie nie powalił i nie sprawił, że moja fascynacja sięgnęła zenitu. Ot, taki sobie zwykły zwyklaczek, bez ochów i achów.

poj 200 ml; cena ok 12 zł


"receptura młodości: solanka sopocka, hydro-retinol, Porphyra umbilicalis, Enteromorpha compressa, Laminaria digitata hydromasaż spa nieregularne kształty mikrogranulek 
DZIAŁANIE: * Delikatnie myje i masuje skórę. * Złuszcza zrogowaciałą warstwę naskórka. * Pobudza krążenie dotleniając komórki skóry. * Przywraca skórze naturalną gładkość i miękkość. SPOSÓB UŻYCIA: Peeling nanieść na zwilżoną skórę ciała, następnie kolistymi ruchami masować ciało. Spłukać ciepłą wodą, stosować 2-3 razy w tygodniu. Polecany szczególnie przed stosowaniem preparatów wyszczuplających lub brązujących."

 Moja opinia:

Naprawdę lubię firmą Ziaja, co wielokrotnie na blogu pisałam. Uważam , że są to naprawdę świetne kosmetyki, w bardzo przystępnych cenach. Jednak tym razem przyznaję, że odrobinę się zawiodłam. Wiedziona instynktem i silną potrzebą posiadania, skusiłam się na produkt, który teoretycznie powinien przynieść mi satysfakcję i zadowolenie. No właśnie...czy tak się stało?...niezupełnie.
Zacznę jednak od początku. Opakowanie- takie, jakie lubię najbardziej, czyli odkręcany, plastikowy słoiczek o ubogiej, aczkolwiek przyciągającej wzrok szacie graficznej. Błękitny kolor, przynajmniej w moim przypadku, przywodzi na myśl słoneczne, letnie niebo...stąd pewnie i jego nazwa : Sopot Spa.Ja bynajmniej nie poczułam się jak w ekskluzywnym, nadmorskim kurorcie...a może moja wyobraźnia szwankuje?hmm...Peeling zabezpieczony jest dodatkowo sreberkiem, dzięki czemu mamy pewność, że nikt nie macał go przed nami. Według mnie to duży plus, bo akurat w tym przypadku stare, mądre powiedzenie , że "towar macany należy do macanta", nie ma zastosowania.Po zerwaniu owej części zabezpieczającej , ukazuje nam się iście niebiański widok lekko błękitnej substancji , okraszonej sporą ilością niebieskich, malutkich granulek. Kolejny ważny element to zapach. Mnie nie zachwycił, lekko chemiczny, mdły i mydlany...tyle w temacie. I tu przechodzimy do punktu kulminacyjnego, czyli działania.
 Jeśli szukacie porządnego kopa, to zdecydowanie nie jest dla Was. Jest to produkt bardzo delikatny, przez co i efekt wygładzenia znikomy. Moim zdaniem bardziej przypomina żel peelingujący pod prysznic...wiecie...taki do codziennego użytku, aniżeli konkretny i silnie zdzierający kosmetyk. Konsystencja to gęsta, glutowata, ciągnąca się maź, która po nałożeniu na wybraną partię ciała, zostaje tam niemalże na stałe, co znacznie utrudnia rozsmarowanie, a co za tym idzie, późniejsze spłukanie specyfiku.Co do wydajności, to rewelacji nie ma...trzy razy na całe ciało i znika, można by rzec w tempie expresowym. Co mam jeszcze napisać?...ja wolę mocniejsze peelingi, dlatego na ponowny zakup na pewno się nie skuszę ale dla fanek łagodnych, delikatnych scrubów będzie w sam raz. No cóż...nie pozostaje mi nic innego jak szukać dalej mojego ulubieńca. A może mi coś polecicie? najlepiej aby był mocny, ładnie pachniał i w przystępnej cenie...za dużo?...do wytrwałych świat należy hehe.





Spalił się mój dom..."świetny blog, obserwujemy?"...


No po prostu cycki opadają...

Sorrki, gdzie moje wychowanie?, zapomniałam się przywitać...

Cześć:)

Rozumiem, że niektórzy traktują napisanie komentarza jak swoistą reklamę swojego bloga ale na miłość boską - trochę zrozumienia i szacunku dla autora posta!Jak widzę komentarz w stylu "świetny blog, zajrzyj do mnie" lub słynne "obserwujemy?" , pod postem, w którym autorka pisze o swojej walce z kilogramami, o przeszłości, w której borykała się z problemem anoreksji, to nasuwa mi się tylko jedna myśl:


Czy przeczytanie ze zrozumieniem to naprawdę taki ogromny wysiłek?Litości...przecież po stokroć jest tak, że zdjęcia nie są dokładnym odzwierciedleniem treści. Ile razy widziałam posty podszyte nutką ironii, prześmiewcze lub opisujące jakiś problem , z którym boryka się jego autorka...na koniec dodaje swoje zdjęcie z kotem np. A jaki jest komentarz osoby, która nie pofatygowała się żeby ów post przeczytać?..."pięknego masz kota. obserwujemy?"...nieważne, że autorka pisała, że jej ukochany pupil właśnie...zdechł!
Osobiście wolę nie pisać nic, niż dodać coś w stylu..."fajny blog", no bo co taki komentarz wnosi?...w zasadzie niewiele.Uzasadnijmy dlaczego jest fajny i co sprawia, że go lubimy, że chętnie wracamy...to tak niewiele, a sprawi tyle radości autorowi. I -Bóg mi świadkiem- zawsze czytam, by nie palnąć jakiegoś głupstwa.Staram się nie traktować czyjegoś bloga ,jakby to była darmowa powierzchnia reklamowa. Naprawdę na palcach można policzyć sytuacje, w których zdarzyło mi się zaprosić w komentarzu na swojego bloga, przyznaję się bez bicia ...jednak były to błędy początkującej blogerki i przestałam to robić.Szanuję trud, jaki włożył autor w napisanie nowego posta, ile czasu i pracy go to kosztuje...sama piszę,więc wiem. Oczywiście są posty, gdzie krótki, zwięzły i treściwy komentarz jest jak najbardziej na miejscu, a zwyczajne "gratuluję" napisane 40 razy sprawia, że robi się ciepło na sercu i radość niezwykła przepełnia autora.

Trochę mnie poniosło ale kipi we mnie złość ogromna, czego efektem jest ten post.Drażliwa jestem...są dwie przyczyny, które mogły to spowodować...albo przesilenie zimowe i brak słońca...albo...okres się zbliża:). Na koniec mojego expose mała prośba...czytajmy! Dziękuję.
To mówiłam ja...IVONA.


POZDRAWIAM:)


p.s dziś tłusty czwartek...ile pączków zjecie?ja nie zamierzam rezygnować z tego przyjemnego zwyczaju...tradycji musi stać się zadość:) 


aż ślinka cieknie...







IVONA ćwiczy i jest fit


Zauważyłam coś dziwnego. Ja, która nigdy nie byłam zwolenniczką przemęczania się, ja, dla której wszelakie przejawy aktywności fizycznej kończyły się szybciej niż się zaczęły, ja, u której lenistwo i kanapowo - hamburgerowy tryb życia były zupełną normą...otóż ta sama ja ale jakby odmieniona...piszę teraz post o życiu fit. Ależ to wszystko bywa przewrotne...czasem zaskakuję samą siebie. Powiem Wam tylko jedno, naprawdę to lubię i nie trzeba dużo, aby zmienić swoje przyzwyczajenia.

Jeśli i Wy Moi Drodzy czujecie silną potrzebę zmian i chęć poprawy własnego ciała, to do roboty! Nie ma co odkładać tego na jutro, za tydzień, po świętach, czy na ...jeszcze zdążę.
Czas wytoczyć ciężkie działa i podjąć ten trud, aby być w pełni usatysfakcjonowanym i patrzącym w lustro z podniesionym czołem człowiekiem.


Największą motywacją jak dla mnie jest oczywiście Ewa Chodakowska, ponieważ to ona zmobilizowała mnie do podniesienia tyłka z kanapy. Jej trzecia płyta, zwana potocznie "petardą" naprawdę daje w kość. Nie wierzycie? Tak wyglądałam po wczorajszym treningu...



pot się leje strumieniami...

Niestety "Turbo" to jedyna płyta , jaką udało mi się zdobyć. Dla przypomnienia, wszystkie cztery wyglądają następująco:


I tu pytanie, a raczej prośba do Was...jeśli ktoś z Was ma , a jest mu zbędna druga część treningu, tzw. "killer"...będę bardzo wdzięczna za sygnał. Niestety ceny tej płyty na Allegro zwalają z nóg, a bardzo ale to bardzo chciałabym ją mieć. Wiem, że na stronie Ewy można pobrać ten trening za free, jednak mam jakiś problem z aktualizacją wtyczki i nie mogę tego zrobić, a poza tym lubię odpalić sobie trening w salonie, gdzie mam dużo miejsca.

Dziś jednak chciałabym Wam przedstawić jeszcze jedną Panią...dość popularną, nie tylko w świecie fitness. Chodzi mi o Mel B i jej słynne 10-minutowe treningi na poszczególne partie mięśni. Uwielbiam ją tak samo jak Ewę...mało tego...śmiem twierdzić, że motywacja, jaką nam daje jest ciut bardziej mobilizująca. No i ten głos...mogłaby pracować na jakiejś infolinii. Zobaczcie jaki wycisk daje mięśniom brzucha...


Pamiętajcie, że ładny brzuch to kwestia nie tylko estetycznego wyglądu. Dobra ich forma przydaje się np. kobietom, które planują ciążę...szczególnie w ostatniej fazie porodu, kiedy to musimy pomóc naszemu dziecku w przyjściu na świat.

Dlatego właśnie przygotowałam dla Was kilka żelaznych zasad, którymi należy się kierować, jeśli naszym celem jest mocny i umięśniony brzuch.


  1. WYPROSTUJ SIĘ. Zawsze i wszędzie...ściągnij łopatki, unieś głowę, napnij pośladki...sylwetka nabierze lekkości, a brzuch będzie mniej widoczny.
  2. POŻEGNAJ SIĘ Z CUKRAMI. Zamiast tego tylko naturalna słodycz, zawarta w owocach, czy miodzie.
  3. PIJ NA ZDROWIE. Pamiętajmy, że bez odpowiedniej ilości wody ( najlepiej niegazowanej ) nasze nerki, które odpowiadają za prawidłowe oczyszczanie organizmu, nie mogą pracować wydajnie. Metabolizm słabnie, a tłuszcz nie jest należycie spalany. Pij więcej wody, aby naładować się energią.
  4. STOP WĘGLOWODANOM. Staraj się unikać białego pieczywa, makaronu, ryżu, ziemniaków...wybieraj za to pełnoziarniste ich wersje. Nie żałuj sobie natomiast wszelkiego rodzaju surówek i sałatek, pamiętając by tłuste sosy i majonez zastąpić np. oliwą z oliwek.
  5.  RUSZAJ SIĘ. To powinna być zasada nr.1, ponieważ żadna dieta bez odpowiedniej dawki sportu, nie przyniesie pożądanych efektów. Pamiętaj jednak, aby oprócz mięśni prostych brzucha, ćwiczyć też skośne. Wybierajmy trening, który uwzględni wszystkie partie mięśni brzucha.

Wiem , że to nie wszystko, jednak starałam się wybrać te najważniejsze zasady. Jeśli macie inne, sprawdzone pomysły, zapraszam do dyskusji, chętnie poczytam:)

Na koniec kilka inspiracji...



Pamiętajcie!Nie ma wymówek!



IVONA poleca...Eros Ramazzotti.



Hej :)



 No Kochani, przyznać mi się tu...ile osób się uśmiechnęło??Ja ,jak to zobaczyłam ,przeglądając smętnie internetowe strony, zrobiłam to odruchowo i zupełnie bezwiednie :). Wreszcie weekend i wreszcie wolne!Cieszycie się?Jakie macie plany na te dwa, a może i trzy wieczory, bo przypuszczam , że część z Was już dziś zacznie balować?Czas się odstresować i porzucić wszystkie smutki, które zdążyły się nagromadzić w ciągu całego ciężkiego i pracowitego tygodnia.
A co oznacza piątek na blogu u IVONY? Tak, tak...pora na kolejną dawkę muzyki...uwielbiam to!. Moja dzisiejsza propozycja to w zasadzie nowość, która już zdążyła skutecznie zaprzątnąć moje myśli. Przyczepiła się cholerka...tak, to dobre określenie...przyczepiła się i mam nadzieję, że zostanie ze mną, wcale nie mam zamiaru z tym walczyć, tym bardziej, że język w którym jest śpiewana jest według mnie najpiękniejszym językiem świata, a Pan, który ją wykonuje to całkiem niezłe ciacho. Uwielbiam taki typ męskiej urody...surowy, to chyba najlepsze określenie.Ogólnie rzecz biorąc to chyba mam jakieś spaczenie na tym punkcie, ponieważ moim ideałem nie są typowi przystojniacy , z twarzami jak przysłowiowe lalki Barbie...lubię, jak mężczyzna pozostaje mężczyzną, ze wszystkimi swoimi wadami, z dwudniowym zarostem,bez ogolonej klaty...zadbany ale nie spędzający więcej czasu przed lustrem niż ja:). Uwielbiam charakterystyczne twarze, nie straszny mi tzw.orli nos, powiem więcej...wszystkie niedoskonałości są u mnie mile widziane.Oczywiście nie mam na myśli jakiejś karykatury, która wyglądem jest podobna zupełnie do nikogo, chodzi mi po prostu o to coś...coś, co przyciągnie moją uwagę, zaintryguje i sprawi, że moje oko zawiśnie na tym osobniku na dłużej.
A Wy dziewczyny?Jaki typ urody u faceta preferujecie?

 Zostawiam Was z porządną dawką włoskich emocji...boski Eros i jego " Anioł leżący w słońcu"...


Eros Ramazzotti - Un Angelo Disteso Al Sole



POZDRAWIAM:)