Najnowsze posty

bez podziału na kategorie

Lush Botanicals, polskie 100% naturalne kosmetyki z lodówki

Lush Botanicals, polskie 100% naturalne kosmetyki z lodówki

Dziś mam dla Was prawdziwą petardę, która z pewnością zachwyci nie tylko fanki całkowicie naturalnej pielęgnacji, ale wszystkie kobiety lubiące odkrywać nowe, godne uwagi polskie marki, stawiające przede wszystkim na najwyższą jakość swoich produktów, tworzonych z ogromną pasją, zaangażowaniem i bezkompromisowością, bo w Lush Botanicals nie ma mowy o jakichkolwiek kompromisach! Począwszy od selekcji substancji wykorzystanych w produktach,  proces tworzenia, aż po opakowania i nie mniej istotny, świetny kontakt z klientem... wszystko na najwyższym poziomie. 
Czym więc wyróżniają się kosmetyki wytwarzane przez Lush Botanicals? Są absolutnie, w 100% naturalne! Pomyślicie zapewne, że wiele im podobnych znajdziecie na sklepowych półkach... otóż nie, bo produkty tej marki komponowane są z możliwie najświeższych i nieprzetworzonych surowców, pozbawione wszelakich konserwantów, syntetyków i toksyn, tworzone ręcznie w małych partiach, a miejscem gdzie czują się najlepiej jest nasza lodówka. 

"Lush Botanicals to naturalne kosmetyki pielęgnacyjne dla wszystkich, którzy pragną traktować swoją skórę w świadomy i wyjątkowy sposób. To produkty dla tych, którzy wierzą, że dzięki zdrowej i pięknej skórze mogą czuć się lepiej i pełniej. Bez względu na wiek i rodzaj skóry. Pielęgnacja skóry to codzienny szacunek i dbałość o skórę, to słuchanie jej potrzeb, to wybór najlepszego jej odżywienia."

Lush Botanicals, polskie 100% naturalne kosmetyki z lodówki

Lush Botanicals to wyjątkowo świeży pokarm dla naszej skóry, zamknięty w ciemnofioletowym, cennym szkle biotofonicznym Miron Violet Glass, które nie przepuszcza szkodliwych promieni światła widzialnego, niszczącego wartościowe składniki. Oprócz tego, że opakowania spełniają tak ważną funkcję, to są po prostu przepiękne i szalenie eleganckie.

Wśród asortymentu marki znajdziecie nie tylko kremy i sera do twarzy, ale również masło do ciała, masełko do ust, płyn micelarny, tonik, czy serum do dłoni. Lush Botanicals pomyślało także o płci przeciwnej, tworząc męski krem Wild Things. Dla każdego coś dobrego:)

Ja miałam okazję testować dwa produkty - krem ultranawilżający In The Air oraz masełko do ust Luscious. Zapraszam więc na krótką pogadankę, a na końcu czeka na Was mała niespodzianka:)

Lush Botanicals, polskie 100% naturalne kosmetyki z lodówki

Krem ultranawilżający In The Air ( 50ml / 185zł ) to lekki krem skoncentrowany na dogłębnym nawilżeniu skóry każdego rodzaju i w każdym wieku. Pomimo bogatego składu, jego konsystencja jest leciutka i wchłania się błyskawicznie, gasząc pragnienie skóry niczym czarodziejska różdżka. Kompozycja zawiera dużą dawkę kwasu hialuronowego i betainy, antyoksydantów, witamin i minerałów. W składzie znajdziemy takie dobra jak witamina C, E, B5, mnóstwo naturalnych ekstraktów np. z miąższu liści aloesu, z owoców granatu, z pestek grejpfruta, wodę z płatków kwiatu pomarańczy oraz liczne oleje... niektóre doprawdy niespotykane jak chociażby olej z pestek czarnej porzeczki, olej z pestek arbuza, kiwi, czy czereśni. Całość dopełnia energetyczny, orzeźwiający kwiatowo-owocowy aromat różowego lotosu z cytrusową nutą.


Skład:  Citrus Aurantium Amara (Neroli) Flower Water, Aqua, Actinidia Chinensis (Kiwi) Seed Oil, Vitis Vinifera (Grape) Seed Oil, Betaine, Cetearyl Olivate, Sorbitan Olivate, Glycerin, Isostearyl Isostearate, Royal Jelly, Aloe Barbadensis Leaf Juice, Vaccinium Macrocarpon (Cranberry) Seed Oil, Rubus Idaeus (Raspberry) Seed Oil, Ribes Nigrum (Black Currant) Seed Oil, Prunus Avium (Cherry) Kernel Oil, Butyrospermum Parkii (Shea) Fruit Butter, Citrullus Vulgaris (Watermelon) Seed Oil, Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil, Olea Europaea (Olive) Fruit Oil, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Sodium Hyaluronate, Tocopherol, Panthenol, Aloe Barbadensis Leaf Extract, Punica Granatum (Pomegranate) Fruit Extract, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Seed Extract, Vitis Vinifera (Grape) Fruit Extract, Citrus Grandis (Grapefruit) Seed Extract, Nelumbo Nucifera (Pink Lotus) Flower Oil, Citrus Nobilis (Mandarin Orange) Peel Oil, Citrus Aurantium Dulcis (Sweet Orange) Peel Oil, Citrus Limonum (Lemon) Peel Oil, Limonene


Niech Was nie zwiedzie ta bogata kompozycja, bo jedno czego jestem na 100% pewna, to to, że nie obciąży, nie zapcha, nie dokona jakichkolwiek zniszczeń na Waszej skórze. Wszystkie składniki zostały dobrane tak, by wzajemnie się uzupełniać i podkręcać swoje działanie. Ten krem jest lekki niczym piórko, znika ze skóry ekspresowo, przynosząc jej ulgę i znakomity poziom nawilżenia, które nie znika w chwilę po aplikacji. Używam go już ponad miesiąc i wiem, że będzie doskonałą propozycją dla wszystkich rodzajów cer, bo jego działanie jest absolutnie zjawiskowe. Świetnie sprawdza się zarówno pod makijaż, jak i w ciągu dnia, gdy skóra woła pić. Osobiście stosuję go także na noc wymiennie z olejami. Jest niczym odżywczy koktajl, który gasi pragnienie, koi i pielęgnuje jednocześnie. Jednorazowo wystarczą dosłownie dwie, trzy pompki, którymi wysmarujemy twarz, szyję i dekolt. Oprócz cudownego działania, doceniam również orzeźwienie, które jest następstwem przechowywania go w lodówce. Chłód kremu budzi moją skórę i zapewnia jej niezłą porcję energii... taki pielęgnacyjny kopniak:). Nie bez znaczenia jest tu także jego aromat, bajka mówię Wam! 
Pierwsze efekty stosowania pojawiają się dość szybko - wzrasta stopień nawilżenia i sprężystości skóry, która z dnia na dzień odzyskuje jędrność, witalność i zdrowy blask. Nie mogę też nie wspomnieć o zauważalnym rozświetleniu i redukcji drobnych zmarszczek! Ideał? Powiem Wam, że rzadko który kosmetyk wywołuje u mnie taką falę zachwytu, ale w przypadku In The Air inaczej się nie da:)

Podobnie jak i pozostałe produkty z asortymentu Lush Botanicals, został stworzony ręcznie, a na denku znajdziemy datę, do której powinnyśmy go zużyć. Buteleczka z pompką zapewnia komfort stosowania kosmetyku, a sama pompka działa bez zarzutu, dozując małe porcje kosmetyku. Pamiętajcie, że należy go zużyć w ciągu 10 tygodni, jednak jestem pewna, że to nieszczególnie trudne zadanie, bo krem uzależnia.

Lush Botanicals, polskie 100% naturalne kosmetyki z lodówki

Masełko do ust Luscious ( 15ml / 55zł ) to kosmetyk bogaty w cenne oleje i ekstrakty, który pielęgnuje usta i zapewnia im doskonałą ochronę. W składzie znajdziemy olej z monoi, masło shea, masło mango, wosk z jojoba, czy olej rycynowy oraz owocowe ekstrakty - truskawkowy i pomarańczowy. Szalenie apetyczny, słodki zapach zapewnia kwiat gardenii tahitańskiej ( monoi ) oraz owoc pomarańczy.


Skład: Cocos Nucifera (Coconut) Oil, Butyrospermum Parkii (Shea) Fruit Butter, Hydrogenated Vegetable Oil, Simmondsia Chinensis Oil, Mangifera Indica (Mango) Seed Butter, Ricinus Communis (Castor) Seed Oil, Olea Europaea (Olive) Fruit Oil, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Gardenia Tahitensis (Tiare) Flower Extract, Citrus Aurantium Amara (Orange) Fruit Extract, Fragaria Ananassa (Strawberry) Fruit Extract, Tocopherol, Mica, CI 77891 (Titanium Dioxide), Citrus Aurantium Dulcis (Sweet Orange) Peel Oil, Limonene

Cóż pisać? Znów same pochwały! Masełko jest rewelacyjne. Znakomicie odżywia usta, sprawiając że suche skórki, czy inne podrażnienia znikają. Na ustach utrzymuje się wyjątkowo długo... stosowany na noc, rano jest jeszcze wyczuwalne. W dzień wiadomo - zjemy je szybciej, ale za to mamy pewność, że są to same naturalne składniki ;). Masełko ma gęstą, zbitą konsystencję, co uniemożliwia tradycyjne nabranie go ze słoiczka. Najwygodniej potrzeć go palcem, a następnie delikatnie wklepać w usta. Być może taka forma opakowania nie wszystkim będzie odpowiadała, ale u mnie sprawdza się świetnie, tym bardziej że używam go tylko w domu, najczęściej na noc. Jeśli najdzie Was ochota, by zabrać go ze sobą, to śmiało, gdyż tego kosmetyku nie musicie trzymać w lodówce. Czas na jego zużycie to 3 miesiące, chłód lodówki przedłuża jego trwałość do 6 miesięcy. Z masełkiem Luscious zapomnicie co to spierzchnięte i suche usta :)

Lush Botanicals, polskie 100% naturalne kosmetyki z lodówki
Lush Botanicals, polskie 100% naturalne kosmetyki z lodówki

Na koniec obiecana niespodzianka. Razem z Anią, właścicielką marki Lush Botanicals, przygotowałyśmy niespodziankę dla moich Czytelniczek, czyli dla Was, Moje Drogie. Od dziś do 15 lipca możecie kupić wybrane produkty, płacąc 15% mniej za zakupy o wartości powyżej 150zł. Przesyłka oczywiście gratis. Pamiętajcie, by w podsumowaniu wpisać hasło: inspirujemniezycie. Gorąco polecam i zapraszam na zakupy klik klik !


Ufam, że zachęciłam Was do poznania marki. A może miałyście już okazję używać produkty Lush Botanicals? Jeśli tak, to pochwalcie się jakie, a jeśli nie, to napiszcie co szczególnie Was nęci:)




Phenome, Organiczny peeling z płatkami róż

Phenome, Organiczny peeling z płatkami róż

Marka Phenome przyzwyczaiła mnie już do tego, iż niemal każdy produkt, który miałam przyjemność posiadać, staje się moim ulubieńcem. Nie inaczej jest w przypadku Invigorating Body Buff - niezwykłego peelingu do ciała, który Phenome nazywa gęstą, aromatyczną, różaną konfiturą. Nie sposób się nie zgodzić...

Organiczny peeling z płatkami róż ( 200ml / 159zł ) to bogactwo naturalnych drobinek ściernych, organicznych olejów i ekstraktów, wszystkie specjalnie wyselekcjonowane, by w jak najlepszym stopniu zatroszczyć się o nasze ciało. Na próżno szukać w nim minusów... ten produkt po prostu ich nie ma!  

Phenome, Organiczny peeling z płatkami róż
Phenome, Organiczny peeling z płatkami róż

Przepiękny, zielony skład to u Phenome nic nowego. Mamy tu więc produkt pozbawiony chemi wszelakiej, ale również substancji pochodzenia zwierzęcego. Producent zrezygnował także z ciężkiego, masywnego słoja na rzecz bardziej praktycznego plastiku. Marka dba nie tylko o przyjemne dla oka kwestie wizualne... najważniejsze jest to, co ukryto w środku. 

W przypadku tego peelingu moc ścierną oparto na całkowicie naturalnych drobinach, takich jak płatki róż, rozdrobnione łupinki orzechów, pestki truskawki i brązowy cukier, które zatopione są w gęstej mieszance olejów ( kokosowy, jojoba, makadamia ) o właściwościach nawilżających i wzmacniających. Drobinki nie są zbyt duże, ale całość jest tak wspaniale wyważona, że finalnie skóra pozostaje aksamitnie gładka i niewiarygodnie miękka, a ponadto otulona delikatnym filmem ochronnym. Zaskakujące jest to, iż pomimo tak bogatej w oleje konsystencji, nie jest oblepiający, a jedynie, albo aż - przyjemnie lekki. Osobiście po seansie z Invigorating Body Buff rezygnuję z jakicholwiek dodatkowych smarowideł.

Ten peeling lubi wilgotne ciało. Lekko zwilżona skóra pozwala wykonać odprężający masaż, a drobinki pięknie do niej przylegają. Olejowa baza odżywia, a szalenie nasycony, smakowity różany aromat relaksuje i sprawia, że domowe spa staje się przyjemnością. Czegóż chcieć więcej? Ja doprawdy jestem usatysfakcjonowana.

Skład: Sucrose**, Dicaprylyl Carbonate**, Polyglyceryl-4-Caprate**, Butyrospermum Parkii (Shea Butter) Extract*, Cocos Nucifera (Coconut) Oil*, Orbingnya Oleifera Seed Oil*, Trihydroxystearin**, Steralkonium Hectorite**, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Shell Powder**, Macadamia Ternifolia Seed Oil / Macadamia Integrifolia Seed Oil*, Hydrogenated Vegetable Oil*, Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil*, Fragaria Vesca (Strawberry) Seed**, Shorea Stenoptera Seed Butter*, Euphorbia Cerifera (Candelilla) Wax**, Glyceryl Caprylate*, Tocopherols**, Parfum**, Propylene Carbonate, Dehydroacetic Acid, Glycerin**, Rosa Rugosa Flower**, Sodium Stearoyl Glutamate**, Aqua**, Mauritia Flexuosa (Buriti) Fruit Oil**, Rose Oil***, Citrus Paradisi (Grapefruit) Fruit Extract**, Ananas Sativus (Pineapple Plant) Fruit Extract**, Hibiscus Sabdariffa Flower Extract**, Iris Florentina Root Extract**, Panax Ginseng Root Extract **, Vitis Vinifera (Grape) Leaf Extract**, Benzyl Alcohol, Sodium Phytate**, Caramel**, Linalool***, Citronellol***, Geraniol***
*Certified Organic, **Natural Raw Materials, ***Components of Natural Essential Oils

Phenome, Organiczny peeling z płatkami róż

Luksus, jakim niewątpliwie jest różany peeling, to przyjemność dość droga, jednak i na to znajdzie się sposób, ponieważ marka nie szczędzi rabatów. Ponadto asortyment Phenome znajdziecie też w perfumeriach Douglas, a tu jak wiemy, akcje promocyjne pojawiają się stosunkowo często.

Tak swoją drogą, polecam zajrzeć na stronę Phenome... aktualnie wybrane produkty kupicie 50% taniej!




O trzech maseczkach, idealnych dla cery tłustej | Evree, Antipodes, Grown Alchemist

Maseczki dla cery tłustej, Evree Antipodes Grown Alchemist

Nigdy nie ukrywałam, że kilkunastominutowy seans z maseczką na twarzy, to jeden z moich ulubionych rytuałów pielęgnacyjnych. Uwielbiam na tyle, że radośnie aplikuję je nawet kilka razy w tygodniu. Według mnie jest to jeden z lepszych sposobów na ekspresową poprawę stanu skóry. W moich zbiorach zawsze znajduje się kilka różnych wariantów, o odmiennych właściwościach, jednak ze względu na to, iż moja cera nie należy do najłatwiejszych, prym wiodą maseczki oczyszczające. 
Jeśli tak jak ja lubicie maseczki, na co dzień walczycie z nadmiernym przetłuszczaniem się skóry, która dodatkowo bywa kapryśna, to mam dla Was trzy idealne propozycje. 

Maseczki dla cery tłustej, Evree Antipodes Grown Alchemist

Evree, Black Rose, Detoksykująca czarna maska do twarzy  ( 75ml / ok 25zł )

Black Rose to jedna z dwóch maseczek Evree, które swą premierę miały dosłownie chwilę temu. Dzięki uprzejmości marki, miałam możliwość przetestowania obydwu i to Czarna Róża zdecydowanie skradła moje serce. Stworzona z myślą o cerach tłustych i mieszanych, zawiera między innymi regulujący wydzielanie sebum kaolin, węgiel z japońskiego drzewa ubame, który działa detoksykująco i mineralizująco oraz łagodzący i nawilżający ekstrakt z róży damasceńskiej. Głównym zadaniem maski jest głębokie oczyszczenie, usunięcie zaskórników i toksyn, zmniejszenie widoczności porów, zbalansowanie oraz odprężenie naszej skóry. Maska jest czarna niczym węgiel i ma bardzo komfortową konsystencję - nie spływa podczas nakładania, nie zastyga na twarzy na skorupę i całkiem nieźle, jak na czarną maskę, zmywa się ze skóry. Producent zaleca, by trzymać ją ok 15 minut... ja standardowo ten czas nieco wydłużam do nawet pół godzinki. Chwilkę po nałożeniu odczuć można delikatne, ale naprawdę delikatne szczypanie, które nie jest uciążliwe, a już na pewno bolesne, czy nieprzyjemne. Pamiętajcie tylko, że ja mam odporną na takie atrakcje skórę... nie daję gwarancji, że osobom posiadającym suchą lub mocno wrażliwą, nie da popalić ;). U mnie działa jak marzenie. W zasadzie spełnia wszystkie obietnice producenta - pięknie oczyszcza, dodaje blasku, rozjaśnia i nawilża. Dodatkowo stanowi fajną atrakcję dla otoczenia... szczególnie dla kuriera, który zapuka znienacka ;). Moim zdaniem Black Rose jest ciekawą i niedrogą alternatywą dla osób, które od maski oczekują przede wszystkim widocznych efektów zastosowania. Bez problemów kupicie ją w drogeriach typu Rossmann, a czas na jej zużycie to 6 miesięcy.


Antipodes, Aura Manuka Honey Mask  ( 75ml / ok 130zł )

Produkt legenda. Sztandarowy kosmetyk nowozelandzkiej marki Antipodes, która specjalizuje się w tworzeniu produktów naturalnych, o bajecznych składach, z najwyższej jakości surowców. Nie jest to pielęgnacja tania, jednak zapewniam, że warta każdej złotówki. Nie ukrywam, że przeczesując Internet w poszukiwaniu opinii, nie natknęłam się na żadną niepochlebną, co przełożyło się na mocno wywindowane oczekiwania. Pierwsze, co mnie zaskoczyło tuż po otwarciu, to zapach. Jeśli stosujecie pielęgnację naturalną, to z pewnością zgodzicie się ze mną, że często jest on daleki od ogólnych wyobrażeń. Nieczęsto przypomina aromaty kojarzące się z ukwieconą łąką ;) W przypadku maski Aura Manuka, zapach to tylko jeden z walorów, stanowiących o jej wartości. Cudowny, lekko waniliowy aromat z cytrusową nutą - szalenie odprężający i kojący. Prosta tuba skrywa aksamitną maskę o kremowej konsystencji, której głównym składnikiem jest drogocenny miód manuka, ale znajdziemy tu także olej avokado, winogrona, czy egzotyczny kwiat pohutukawy, będący źródłem przeciwutleniaczy. Maska Aura to prawdziwa petarda! Nie jest to typowa maska oczyszczająca, a i efekty są zgoła odmienne. Działa niczym kompres, nawilża i karmi skórę, która absorbuje taką ilość maski, jakiej akurat potrzebuje. Zawsze unikałam tak bogatych, kremowych formuł, ale w tym konkretnym przypadku nie ma opcji, by zrobić sobie krzywdę. A musicie wiedzieć, że stosuję ją na noc, pozostawiając w formie kremu. Rano skóra jest gładka, lśniąca, zmiękczona, a wszelkie niespodzianki ukojone. Właśnie to było największym zaskoczeniem... ona naprawdę wpływa na poprawę stanu skóry, szczególnie w przypadku, gdy naszym zmartwieniem są mniejsze lub większe wypryski. Długotrwale i dogłębnie nawilża, stanowiąc doskonałą propozycję dla skór odwodnionych, suchych i wrażliwych. Co ważne, nawilżenie nie znika po zmyciu maski, a każda kolejna aplikacja potęguje jej cudowne, kojące działanie.
Maska nie należy do najtańszych, ale jestem pewna, że efekty wynagrodzą poniesione koszty. Do tego jest szalenie wydajna... wystarczy na minimum pół roku. Serdecznie polecam.


Grown Alchemist, Deep Cleansing Facial Masque  ( 75ml / 139zł )

Jedna z lepszych masek oczyszczających, jaką kiedykolwiek stosowałam! Niestety maseczka pozostaje już jedynie wspomnieniem, aczkolwiek nie wykluczam powrotu. Mocno sfatygowane opakowanie pozostawiłam specjalnie z myślą o napisaniu tego artykułu... wówczas nie wiedziałam jeszcze, jakie będzie miała towarzystwo;)
Absolutne wybitne działanie oczyszczająco - ujędrniające, rozjaśniające i odświeżające oraz piękny, naturalny skład, czyni z niej maseczkę doskonałą. Kilka miesięcy temu opublikowałam na jej temat oddzielny post, dlatego nie będę się powtarzała... zerknijcie TUTAJ

Maseczki dla cery tłustej, Evree Antipodes Grown Alchemist
Maseczki dla cery tłustej, Evree Antipodes Grown Alchemist

Co sądzicie o moich propozycjach? Która z masek wydała Wam się najbardziej interesująca?




5 świetnych olejków do pielęgnacji twarzy i ciała || Kneipp, Nacomi, Trilogy, Lanoline, Nature Queen

5 świetnych olejków do pielęgnacji twarzy i ciała | Kneipp, Nacomi, Trilogy, Lanoline, Nature Queen

Oleje, zarówno te czyste, jak i różnego rodzaju mieszanki, goszczą w mojej pielęgnacji od bardzo dawna. Nie ukrywam, że początkowo obawiałam się reakcji skóry, zwłaszcza twarzy... przypuszczam, że część z Was również podchodzi do tematu olejowania dość sceptycznie, by nie powiedzieć chłodno. Największy problem pojawia się wtedy, gdy cera mocno się przetłuszcza. Jednak spokojnie, moja również należy do tej grupy, dlatego z całą stanowczością mogę stwierdzić, że odpowiednio dobrany olej potrafi zdziałać cuda nawet na problematycznej, skłonnej do trądziku i nadmiernie łojotokowej skórze. Niektóre oleje działają niemal natychmiast, inne potrzebują nawet miesiąca, czy dwóch, ale rezultaty regularnego stosowania mogą zaskoczyć nawet najbardziej nieufne jednostki 😊

Olejki mają to do siebie, że jak żaden inny kosmetyk, są szalenie uniwersalne. Sprawdzą się tak samo dobrze w pielęgnacji twarzy i ciała, ale również możemy je wykorzystać do podratowania zniszczonych włosów oraz kruchych i łamliwych paznokci. Wybór jest doprawdy ogromny i z pewnością każda osoba zainteresowana tematem, znajdzie coś dla siebie. Dziś przedstawię Wam 5 olejków, których aktualnie używam - 2 czyste i 3 mieszanki. Wszystkie świetne i godne uwagi. Zapraszam.

5 świetnych olejków do pielęgnacji twarzy i ciała | Kneipp, Nacomi, Trilogy, Lanoline, Nature Queen

Nacomi, Olej z pestek winogron 

100% naturalny olej z pestek winogron o bardzo różnorodnym zastosowaniu. U mnie aktualnie pełni rolę kosmetyku na okolice oczu, ale wielokrotnie stosowałam go również do olejowania włosów, czy skórek wokół paznokci. Olejek należy do grupy tzw. suchych, ma lekką teksturę, dlatego z powodzeniem sprawdzi się na cerach tłustych i mieszanych, a jeśli nie przesadzimy z ilością, wchłonie się niemal do zera, nie pozostawiając tłustej warstwy. Olej z pestek winogron ma silne właściwości nawilżające, tonizujące, wygładzające i łagodzące podrażnienia. Ponadto jest bogatym źródłem witaminy E oraz zawiera wysoką zgodność z naturalnym sebum skóry, co czyni go wyjątkowo kompleksowym i wszechstronnym. Znakomicie wstrzelił się w potrzeby mojej skóry, zwłaszcza w okolicach oczu. Od pewnego czasu używam tylko jego i naprawdę jestem bardzo zadowolona z efektów. Skóra jest wyśmienicie nawilżona i elastyczna, zauważyłam również subtelne rozjaśnienie oraz wypełnienie, jakby napompowanie drobnych zmarszczek mimicznych. Oczywiście jeśli Waszym problemem są głębokie bruzdy, czy zmarszczki, to sam olej sobie z nimi nie poradzi, ale będzie świetnym pomocnikiem. Zimową porą używałam go również na całą twarz, najczęściej na noc. Nie odnotowałam żadnej niepokojącej reakcji mojej skóry, dlatego śmiem przypuszczać, że sprawdzi się u większości z Was.
Olej Nacomi jest stosunkowo tani, z dostępnością również nie powinnyście mieć problemu. Koszt za 30ml to ok 11zł.


Nature Queen, Olej z pestek śliwki

Jestem pewna, że znaczna część z Was słyszała o bliźniaczym produkcie Ministerstwa Dobrego Mydła. Tak więc w przypadku oleju NQ mamy do czynienia z czymś w ten deseń, z tym że 3 razy tańszym. Testowałam produkt MDM, więc olej z pestek śliwki był mi znany i w zasadzie nie zauważyłam, by jakoś znacząco się od siebie różniły... być może zapach egzemplarza z Ministerstwa jest nieco bardziej... marcepanowy ;)
Olej z pestek śliwki to doskonały olej między innymi dla cer tłustych i zanieczyszczonych. Wyjątkowo łatwo wnika w naskórek, nie pozostawiając przy tym tłustej warstwy. Zawiera witaminę E, antyoksydanty, jest bogaty w kwas oleinowy i linolowy. Świetnie nawilża, koi, odbudowuje uszkodzony naskórek, zmniejsza niedoskonałości, chroni przed utratą wody i działaniem czynników zewnętrznych, zapobiega łuszczeniu i stanom zapalnym. Brzmi jak ideał, prawda?
Podobnie jak i inne oleje może być stosowany wielokierunkowo. W mojej pielęgnacji sprawdził się aplikowany na całą twarz. Skóra po całonocnym wypoczynku jest miękka, elastyczna, a suche skórki pozostają wspomnieniem. Często wykorzystuję go do masażu, ale też zdarzyło się, że posłużył jako pierwszy krok demakijażu i tu także obyło się bez wpadki. Oczywiście posiadaczki tłustej skóry muszą zmyć go delikatnym żelem, ale ta odwdzięcza się promiennym wyglądem i jest dogłębnie oczyszczona.
Cena olejku to ok 16zł za 30ml. Polecam wypróbować, chociażby dla zaspokojenia ciekawości ;)

5 świetnych olejków do pielęgnacji twarzy i ciała | Kneipp, Nacomi, Trilogy, Lanoline, Nature Queen

Kneipp, Olejek do ciała Kwiat Migdała

Olejek marki Kneipp kupiłam w Rossmannie w ofercie 'cena na do widzenia', dlatego ciężko mi jednoznacznie stwierdzić, czy akurat ta wersja jest jeszcze dostępna, jednak z łatwością kupicie inne, równie aromatyczne. Zapłaciłam coś ok 11 zł, standardowo jest to ok 30zł za 100ml.
Kwiat Migdała to mieszanka naturalnych olejów, które tworzą cudowną, odżywczą i nieziemsko pachnącą relację. Intensywnie pielęgnujący i bogaty olejek wzmacnia barierę skóry, poprawia elastyczność, działa odbudowująco i wygładzająco. W składzie znajdziemy miedzy innymi olej ze słodkich migdałów, olej z nasion słonecznika, arganowy, pomarańczowy, patchouli oraz ekstrakty z kwiatów migdała. Czego zatem w nim nie ma? Próżno szukać barwników, substancji konserwujących, olejów parafinowych, silikonowych i mineralnych, nie jest również testowany na zwierzętach.
Olejek znakomicie sprawdza się aplikowany na wilgotną, rozgrzaną kąpielą skórę, której niemal natychmiast przynosi odpowiedni poziom nawilżenia i gładkości. Zdradzę Wam w tajemnicy, że ów olejek rewelacyjnie zdaje egzamin podczas masażu. Ciepły, nieco egzotyczny aromat otula i relaksuje, a delikatny masaż odpręża i rozgrzewa nie tylko ciało, ale i atmosferę ;). 


Trilogy, Aromatic Body Oil

Ten olejek, podobnie jak kolejny, który opiszę, udało mi się dorwać w sklepie TK Maxx. Nieczęsto mam tyle szczęścia... Okazuje się jednak, że czasem warto poświęcić dłuższą chwilę na przejrzenie wszystkich półek, bo zazwyczaj wszystko jest w pojedynczych egzemplarzach, nierzadko zmacane przez inne klientki ;) Za 100ml produktu zapłaciłam 49zł. Cena regularna oscyluje w granicach 90-100zł.
Marka Trilogy nie jest w Polsce zbyt popularna, on-line można ją nabyć w drogerii Lavande. Ta nowozelandzka firma tworzy w pełni naturalne, ekologiczne kosmetyki, których najważniejszym składnikiem jest organiczny olejek z dzikiej róży oraz starannie wyselekcjonowane, czyste wyciągi z roślin. Olejek Aromatic Body Oil to mieszanka najbardziej odżywczych olejów roślinnych: ze słodkich migdałów, z nasion słonecznika, ryżowy, z wiesiołka oraz licznych wyciągów, jak chociażby z kwiatów nagietka. Zapach, który wydobywa się z wnętrza buteleczki jest dość intensywny, świeży, pobudzający, z lekką cutrusową nutą. Co ważne, na skórze pozostaje na kilka godzin, dlatego najlepszym rozwiązaniem jest otulić się nim wieczorem. Olejku Trilogy używałam tradycyjnie, aplikując bezpośrednio na ciało, jednak najlepsze efekty dostrzegam dolewając go do kąpieli. Wystarczy niewielka ilość, by skóra odzyskała miękkość, a piękny aromat, który mi towarzyszy, niesamowicie odpręża. 


Lanoline, Rosehip Oil

Kolejna, mało popularna w Polsce nowozelandzka marka i genialny, cudowny olejek do twarzy oparty na trzech składnikach: olejku z dzikiej róży, ze słodkich migdałów i ekstrakcie z liści rozmarynu, który słynie z działania antyoksydacyjnego, przeciwzapalnego i przeciwbakteryjnego. Sama natura w najlepszym wydaniu. Ponadto marka nie testuje na zwierzętach!
Być może zdziwi Was fakt, iż ten olejek doskonale sprawdza się u mnie stosowany na dzień, pod makijaż. Muszę przyznać, że sama jestem zdziwiona;) Najbardziej zaskakujące jest to, że zaaplikowany z umiarem, dosłownie 2-3 kropelki, wchłania się niemal całkowicie, pozostawiając skórę gotową do wykonania makijażu. Nie mogę wyjść z podziwu, jak ta nieskomplikowana mieszanka idealnie przypasowała mojej tłustej skórze. Podkład pięknie się rozprowadza, a ja przez cały dzień nie odczuwam żadnego ściągnięcia, czy braku nawilżenia. Odnotowałam również subtelne rozświetlenie i ujędrnienie oraz ogólne polepszenie stanu mojej cery. 
Być może pisanie o produktach, których dostępność w Polsce jest ograniczona, uważacie za pozbawione sensu, jednak o dobrych kosmetykach należy pisać i tego się trzymam. Aktualnie mam w użyciu trzy produkty z asortymentu marki Antipodes, która jak dwie poprzednie także pochodzi z Nowej Zelandii i wszystko wskazuje na to, że znalazłam trzy kolejne perełki.

5 świetnych olejków do pielęgnacji twarzy i ciała | Kneipp, Nacomi, Trilogy, Lanoline, Nature Queen


Jak podchodzicie do tematu olejków? Stosujecie je na co dzień, czy raczej unikacie ich w swojej pielęgnacji? 



Długotrwałe nawilżenie | Fridge by yDe 1.2 Water Coat

 Fridge by yDe 1.2 Water Coat

Halo, halo, jest tu ktoś jeszcze? Nie jest łatwo wrócić po czteromiesięcznej przerwie i przyznaję rację tym, którzy mówią, że najtrudniej jest w ogóle zacząć... bo czuję się tak, jakbym zaczynała od nowa. Nie będę się tłumaczyła z ciszy, która zapanowała na blogu, bo zakładam, że nikogo to nie interesuje:) Przyjmijmy więc, że potrzebowałam krótkiej przerwy i chwili oddechu. 

Ostatnio dostałam fajną i oczywistą w swej prostocie radę: napisz o czymś fajnym, o czymś, co sprawia Ci przyjemność, coś lekkiego... później będzie z górki. No więc jestem i piszę o produkcie, który pojawił się w mojej pielęgnacji jesienią i stopniowo zaskarbiał zaufanie. Początki nie były obiecujące, jednak dzień po dniu zyskiwał coraz bardziej, by ostatecznie stać się jednym z ulubieńców. Mowa o długotrwale nawilżającym kremie do twarzy marki Fridge - 1.2 Water Coat

 Fridge by yDe 1.2 Water Coat

Przypuszczam, że część z Was zdążyła już poznać markę Fridge by yDe, a przynajmniej o niej słyszała. W ogromnym skrócie chodzi o kosmetyki naturalne, ale Fridge poszło krok dalej i w swoich laboratoriach stworzyło nową kategorię produktów, pozbawionych jakichkolwiek konserwantów i alkoholu, ze składników najwyższej jakości, według receptur wypracowanych podczas wieloletnich badań. Wszystkie kosmetyki powstają w małych ilościach i na zamówienie, opakowania są ręcznie napełniane oraz sygnowane datą i podpisem osoby odpowiedzialnej. Każdy krem zawiera minimum 7 substancji aktywnych, które przenikają przez warstwę naskórka do skóry właściwej, zapewniając tym samym odpowiednie odżywienie tkanek, wydalanie toksyn, stymuluje naturalne procesy odnowy komórkowej i wzmacnia od wewnątrz. Co ważne, wszystkie składniki roślinne pochodzą z ekologicznych upraw, a część z nich, jak chociażby dziką różę, Fridge hoduje na własnej XIII-wiecznej plantacji cysterskiej, Starzyński Dwór. 
Kupując produkty marki Fridge możemy mieć pewność, że zapewniamy naszej skórze najlepszą, naturalną pielęgnację. W tym przypadku nie ma mowy o żadnej ściemie... kosmetyki zachowują swoje właściwości przez 2,5 miesiąca, a miejscem, w którym należy je przechowywać jest lodówka!

 Fridge by yDe 1.2 Water Coat

1.2 Water Coat to długotrwale nawilżający krem stworzony z myślą o skórze normalnej, suchej lub odwodnionej, dlatego będzie dobrym wyborem dla większości cer. Jak wiecie, moja skóra daleka jest od ideału, a codzienna walka z nadmiernym wydzielaniem sebum zdaje się nie mieć końca, aczkolwiek łatwo ulega odwodnieniu, zwłaszcza w okresie letnim i zimowym. Szukając odpowiedniego kremu, skupiłam się głównie na tym, by nie obciążał skóry, nadawał się pod makijaż i porządnie nawilżał. No i tak... 1.2 Water Coat taki właśnie jest. Już sama nazwa kremu pozwala mieć nadzieję ;)

Krem jest niezwykle lekki i początkowo miałam obawy, czy spełni moje oczekiwania. Zupełnie niepotrzebnie, bo z dnia na dzień zaskakiwał coraz bardziej. Kosmetyk znakomicie się wchłania, długotrwale nawilżając i natłuszczając skórę. Codzienna aplikacja zapewnia wzrost napięcia i jędrności skóry, poprawia jej wygląd i kondycję. Ponadto doskonale sprawdza się pod makijaż oraz, co istotne, zawiera naturalne filtry UV, które dodatkowo chronią. Najbardziej zdumiewający jest fakt, iż ten krem naprawdę działa, ale nie od razu, nie od pierwszego użycia... mam wrażenie, że potrzebuje chwili, by nasycić skórę na tyle, by było ono widoczne gołym okiem. 

Fridge by yDe to nie tylko wspaniałe receptury, ale i relaksujące aromaty oraz niewątpliwie urocze, minimalistyczne opakowania, które przyciągają wzrok i gdyby nie konieczność przechowywania ich w lodówce, byłyby prawdziwą ozdobą łazienki. Można dyskutować nad sensem umieszczenia na opakowaniu zawieszki z kryształkiem Swarovskiego, wiadomo, że taki gadżet nie pozostaje bez wpływu na cenę, a ta nie należy do najniższych: za 48g musimy zapłacić 185zł, ale nie można odmówić marce fajnego pomysłu na dopieszczenie swoich klientek ;)


Co myślicie o Fridge? Miałyście przyjemność poznać? 





TOP5 - ulubione kosmetyki ostatnich tygodni + Kod Rabatowy!

Phenome, Grown Alchemist, Wytwórnia Mydła, Golden Rose

Ostatni post z ulubieńcami opublikowałam w sierpniu. Od tego czasu przez moją kosmetyczkę przewinęło się sporo nowości... jedne polubiłam bardziej, inne mniej, ale dziś chciałabym Wam opisać te, które zachwyciły mnie swoimi właściwościami na tyle, że zasłużyły sobie na miano hitu. Zapraszam na TOP5 - ulubione kosmetyki ostatnich tygodni, a na końcu posta czeka na Was mała niespodzianka :) 

Phenome, Grown Alchemist, Wytwórnia Mydła, Golden Rose

Zacznę od polskiej marki, którą zdążyłam już w dużej mierze poznać, a jej asortyment niejednokrotnie pojawiał się na blogu. Mowa oczywiście o Phenome! Przypuszczam, że nazwa jest Wam dobrze znana i nawet jeśli nie miałyście okazji testować kosmetyków, które tworzy, to z całą pewnością o niej słyszałyście. Purifying Hair Mask to mój niekwestionowany ulubieniec w temacie pielęgnacji włosów. Żadna inna nie robi takiego efektu woow:). Działa niczym magiczna różdżka, która w ciągu kilku minut poprawia ich wygląd, ale nie tylko, bo jej właściwości doceni także skóra głowy. Maska miała już na blogu swoje 5, a nawet 10 minut, bo wspominam o niej zawsze, gdy mam zdefiniować produkt, który robi dokładnie to, co obiecuje producent... pojawiła się także w ulubieńcach, więc jeśli chciałybyście zapoznać się z pełną opinią, to odsyłam do szczegółowej recenzji <<KLIK KLIK >>. W wielkim skrócie napiszę, iż jest to oczyszczająca maska do włosów, której bazą jest glinka kaolinowa. Za wspomniane właściwości odpowiadają drobinki z pestek oliwek, które dodatkowo cudownie masują skórę głowy. Maska jest dość gęsta, aczkolwiek bardzo kremowa, co przekłada się na przyjemność podczas aplikacji oraz wysoką wydajność. Od naszego ostatniego spotkania zmieniła się forma opakowania - marka zrezygnowała ze szklanego słoika na rzecz plastiku oraz, niestety, cena, która poszybowała do góry. Nie mniej jednak zachęcam do zakupu, bo wierzę, że pokochacie ją równie mocno, jak ja, tym bardziej, że czasem można trafić na fajny rabat, dzięki któremu cena nie boli aż tak bardzo.
Essential Body Cream to dla mnie nowość i jak zdecydowana większość asortymentu Phenome, szybko uwiódł mnie swoim działaniem. Ponieważ to było nasze pierwsze spotkanie, skusiłam się na mniejszą pojemność 50ml, w cenie 59zł. Myślę, że te mini tubki to świetna opcja, by poznać produkt przed znacznie kosztowniejszym zakupem pełnowymiarowej wersji. Essential Body Cream to bogaty, gęsty kosmetyk, który pięknie nawilża i zmiękcza. Gdy zaczyna się sezon grzewczy, moja skóra dość szybko ulega przesuszeniu, zwłaszcza na łydkach. Niewielka ilość kremu wystarcza, by ją odżywić i pozbyć się łuszczącego się naskórka. Kosmetyk opracowany został na bazie ekologicznych wód roślinnych, organicznych olejów i naturalnych ekstraktów, a delikatny aromat jest zasługą olejku różanego. Jeśli  macie problem z elastycznością i sprężystością skóry ciała, to zerknijcie w jego stronę... gwarantuję, że już pierwsze użycie sprawi, że zapomnicie o jego istnieniu.

Jednym z przyjemniejszych odkryć ostatnich tygodni okazała się maska głęboko oczyszczająca do twarzy na bazie białej glinki, Deep Cleansing Facial Masque, marki Grown Alchemist, której zadaniem jest intensywna detoksykacja, zwiększenie jędrności i napięcia skóry oraz wspomaganie mechanizmów naprawczych. Maseczka jest u mnie w użyciu od kilku dobrych tygodni i nawet nie zużyłam połowy opakowania, co wróży nam długą i, biorąc pod uwagę genialne działanie, owocną współpracę ;). Ufam, że Was zaciekawiłam, dlatego zachęcam do poczytania recenzji, którą na jej temat opublikowałam << KLIK KLIK >>

Phenome, Grown Alchemist, Wytwórnia Mydła, Golden Rose

Powoli zbliżamy się do końca, jednak zanim to nastąpi pragnę przedstawić ostatnie dwa produkty.
Na zdjęciu widzicie papierek... nie, nie on jest bohaterem wpisu, ale mydełko, które było w niego zawinięte, a które nie doczekało do zdjęć :D. Właściwie ten papierek to taki reprezentant, gdyż obydwa mydła, które miałam przyjemność testować ( drugim było Earl Grey ), okazały się być genialnymi produktami. O swoich nowościach z Wytwórni Mydła pisałam tutaj KLIK, w podlinkowanym poście zobaczycie jak prezentowały się na początku. Zarówno Konopne, jak i wspomniane Earl Grey to wspaniałe, w pełni naturalne artykuły, będące efektem pracy i pasji niezwykle przedsiębiorczej kobiety. Obydwa skierowane są do posiadaczek cery tłustej i problematycznej, ale moim zdaniem ich właściwości docenią także inne typy skóry. Mydła świetnie się zmydlają, nie miękną i nie rozpadają się do ostatniej, maleńkiej końcówki, a piana, którą wytwarzają jest niezwykle kremowa, treściwa i nie znika podczas mycia. Bajka!

And the last but not least jedyny kosmetyk kolorowy, a mianowicie matowa pomadka Golden Rose, w odcieniu 02, czyli zgaszony, mocno przybrudzony brązem fiolet, który ostatnio mocno eksploatuję. Te pomadki mają ogromne grono zwolenniczek, dlatego nie będę się zbytnio rozwodziła. Jak dla mnie to jedne z lepszych i do tego przyjemnie tanich pomadek. Na moich ustach spokojnie wytrzymują ok 5 godzin, ładnie i estetycznie znikają z ust, pozostawiając delikatne zabarwienie. W swoich zbiorach mam jeszcze energetyczną i wyrazistą 04, jednak ostatnio zakochałam się w tym jesiennym 'brudasku', co zresztą widać po startych napisach... na szczęście sztyft jest trwalszy, niż opakowanie :D

Phenome, Grown Alchemist, Wytwórnia Mydła, Golden Rose

Na koniec obiecana niespodzianka. Wiem, że zainteresowanie asortymentem Wytwórni Mydła było dosyć spore i kilka z Was skusiło się na zakupy, korzystając z kodu rabatowego, który mogłyście znaleźć na moim blogu, dlatego Kasia postanowiła przedłużyć jego aktywność aż do 20 grudnia! Jeśli zastanawiacie się nad prezentami gwiazdkowymi, chciałybyście zrobić niespodziankę komuś bliskiemu lub sobie, to teraz macie ku temu świetną okazję. Wystarczy w podsumowaniu koszyka wpisać hasło inspirujemniezycie, a jego wartość automatycznie obniży się o 10%. Naturalnie zachęcam do skorzystania, wszystkie produkty obejrzycie w sklepie on-line <<KLIK KLIK >>


Ściskam :)



Instagram mix | Październik 2016

Witajcie w listopadzie! Zanim na dobre pochłonie nas melancholijny, listopadowy nastrój, przypomnijmy sobie wspólnie miniony miesiąc. Pomimo, że październik pogodą nie zachwycił, to dla mnie był wyjątkowo miły. Zapraszam :)

 1. Tup, tup 2. Popołudniowa kawa 3. Detale dnia 4. Chwila dla siebie

 5. Ulubiony magazyn 6. Poranek 7. Jesiennie z Miss Sporty 8. Prezent

 9. Cebulowa z grzankami 10. Nowość w szafie 11. Jesiennie 12. Lubię to!

 13. Ałtfit of de dej :) 14. Spacerowo 15. Krem z dyni 16. Taka ja

17. Ciągle pada 18. Przytulaski 19. Selfie 20. Jesienne detale

 Nowości października: 21. Lancome 22. Phenome 23. Urodzinowo z Sephora



Posty, które pojawiły się na blogu w październiku:




Jaki był Wasz październik? Wydarzyło się coś fajnego?

Buziaki :)



Mój makijaż kiedyś i dziś - jak zmieniał się na przestrzeni lat?

Mój makijaż kiedyś i dziś - jak zmieniał się na przestrzeni lat?

No i stało się, dziś obchodzę kolejne urodziny. Mam wrażenie, że po przekroczeniu magicznego progu trzech dziesiątek, wskazówki zegara z roku na rok biegną coraz szybciej. Nie to, że się martwię, ale mogłyby trochę zwolnić:). Jako, iż to wyjątkowy dla mnie dzień, ten post również będzie nieco inny.
Ostatnio przeglądałam swoje zdjęcia z przeszłości... to były jeszcze te czasy, kiedy klisza w aparacie miała 36 klatek i żeby obejrzeć, co się napstrykało, trzeba było je wywołać. Młodsze z moich Czytelniczek zastanawiają się pewnie... ale jak to? A ja Wam powiem, że to miało nawet swój urok. Teraz zdjęcia zalegają wszędzie, tylko nie tam, gdzie ich miejsce, czyli w albumach, a to dzięki nim można w każdej chwili wrócić wspomnieniami do wyjątkowych chwil, powspominać stare czasy, ewentualnie pośmiać się z tego, jak się wyglądało :D

Mój makijaż kiedyś i dziś - jak zmieniał się na przestrzeni lat?

Co widzę na zdjęciach?

Dziewczynę bez brwi ;D.

Serio.

Moje naturalne są jasne, a do tego dość rzadkie, dlatego niemal niewidoczne dla postronnego obserwatora. Kiedy miałam naście lat modnym wówczas było albo przerysowane podkreślenie czarną kredką, w czym mistrzyniami były starsze panie, albo nadmierne wyskubywanie, w wyniku czego twarz nabierała wiecznie zdziwionego wyrazu. Dam sobie rękę uciąć, że większość z Was miała w przeszłości burzliwy romans z pęsetą. Ja również, na szczęście udało mi się wyrwać z tego toksycznego związku. Gdy odkryłam, że pełniejsze brwi są ładniejsze od niepozornego szlaczka z kilku włosków, zaczęło się mozolne doprowadzanie ich do stanu wyjściowego. Aktualnie nie wyobrażam sobie makijażu bez podkreślenia brwi i nie ukrywam, że duży wpływ na tę zmianę miały blogi kosmetyczne. To tam odkryłam, że twarz z brwiami wygląda lepiej, niż bez nich :D. 

Jako nastolatka nie miałam większych problemów z cerą. Gehenna zaczęła się krótko po odstawieniu antykoncepcji hormonalnej, co zresztą opisywałam na blogu <<o tutaj>>. Za młodu prawie w ogóle nie używałam podkładu, a jeśli nawet, to musiał być mocno matujący, bo błysk jest ble i przynajmniej dwa tony za ciemny, standard ;). Jak sobie teraz przypominam, to chyba była i zresztą nadal jest, cecha większości młodych dziewcząt... dobrać za ciemny podkład, żeby ukryć drobne mankamenty. No tak, wiadomo przecież, że twarz w kolorze dojrzałej pomarańczki jest mniejszą niedoskonałością i zdecydowanie mniej rzuca się w oczy, niż pryszcz na czole ;D.
Jak jest teraz? Odkąd stan mojej cery uległ znacznej poprawie, idealny podkład to ten, którego nie widać... dosłownie. Nie znoszę mocno kryjących, matujących formuł. Najchętniej decyduję się na te, które tylko delikatnie wyrównają koloryt i strukturę. Dość długo romansowałam z podkładami mineralnymi, ale ostatnio coraz częściej wybieram te tradycyjne, kremowe. I oczywiście w odpowiednim kolorze... jeśli mam ochotę na brąz, używam do tego pudru, nigdy podkładu ;)

A wracając do błysku... bo to chyba największa metamorfoza, o której muszę tu wspomnieć. Gdyby ktoś jeszcze kilka lat temu powiedział mi, że nie dość że polubię lekkie podkłady, które nie zrobią mi na twarzy maski, to jeszcze kupię! kosmetyk przeznaczony do nadania dodatkowego blasku, pomyślałabym, że co najmniej postradał zmysły. Ale to prawda i co więcej, naprawdę doceniam to, co robi z moją twarzą rozświetlacz... a jeśli do tego ma piękne, cieszące oczy tłoczenie, to przechodzę w wyższy stan świadomości, występujący po zażyciu jakiejś używki, czyt. jestem na kosmetycznym haju :)

Na koniec zostawiłam kosmetyk, do którego dojrzewałam najdłużej. Pomadka, bo o niej mowa, najlepiej w intensywnym kolorze, to obecnie moje małe uzależnienie. Nie tylko lubię jej używać ale, przede wszystkim, kupować. I nie ważne, że mam 10 w odcieniu różu, 11-sta ma nieco inny. I jest mi potrzebna. Najlepiej na już. Ot, kobiece fanaberie ;) Tak że ten...

Mój makijaż kiedyś i dziś - jak zmieniał się na przestrzeni lat?
Mój makijaż kiedyś i dziś - jak zmieniał się na przestrzeni lat?


Pośmiałyśmy się, a teraz na poważnie. Otóż, dorastałam w czasach, gdy większość kosmetycznego asortymentu, jaki można było znaleźć w sklepach, należał do marek Celia, Lirene, Constance Carroll... ktoś pamięta jeszcze Constance Carroll?? Ostatnio ponownie natknęłam się na tę markę, ponoć nadal funkcjonuje i ma się świetnie! Nie znałam wielkich i popularnych firm, ani perfumerii. Ba, ja nawet Internetu nie miałam. W moim rodzinnym domu nigdy się nie przelewało, dlatego jedynymi kosmetykami, do jakich miałam swobodny dostęp, były kosmetyki mojej mamy, a i tu nie było szerokiego wyboru. Między innymi dlatego szanuję teraz każdą złotówkę, a kosmetyki, na które mnie stać i które kupuję, mają dla mnie wartość nie tylko materialną. Przyznaję, że trochę zachłysnęłam się tym dobrobytem, wciąż chciałam więcej i więcej. Na szczęście w porę przyszło opamiętanie, przewartościowałam priorytety... są rzeczy ważne i ważniejsze, aczkolwiek jestem wdzięczna losowi, że mogę pozwolić sobie na spełnianie kosmetycznych zachcianek. Dziękuję też za ludzi, których spotkałam na swojej drodze, dziękuję za zrozumienie i wsparcie, które od nich otrzymuję, dziękuję za wszystko, co dla mnie robią. Bez nich, nie byłabym tym, kim jestem i nie miałabym tego, co mam. Dziękuję!


Mój makijaż kiedyś i dziś - jak zmieniał się na przestrzeni lat?


Korzystając z okazji, chciałabym również podziękować Wam, za to, że ze mną jesteście, za wszystkie pogawędki, wiadomości prywatne, inspirujące i motywujące komentarze. Ściskam ;)