Najnowsze posty

bez podziału na kategorie

5 świetnych olejków do pielęgnacji twarzy i ciała || Kneipp, Nacomi, Trilogy, Lanoline, Nature Queen

5 świetnych olejków do pielęgnacji twarzy i ciała | Kneipp, Nacomi, Trilogy, Lanoline, Nature Queen

Oleje, zarówno te czyste, jak i różnego rodzaju mieszanki, goszczą w mojej pielęgnacji od bardzo dawna. Nie ukrywam, że początkowo obawiałam się reakcji skóry, zwłaszcza twarzy... przypuszczam, że część z Was również podchodzi do tematu olejowania dość sceptycznie, by nie powiedzieć chłodno. Największy problem pojawia się wtedy, gdy cera mocno się przetłuszcza. Jednak spokojnie, moja również należy do tej grupy, dlatego z całą stanowczością mogę stwierdzić, że odpowiednio dobrany olej potrafi zdziałać cuda nawet na problematycznej, skłonnej do trądziku i nadmiernie łojotokowej skórze. Niektóre oleje działają niemal natychmiast, inne potrzebują nawet miesiąca, czy dwóch, ale rezultaty regularnego stosowania mogą zaskoczyć nawet najbardziej nieufne jednostki 😊

Olejki mają to do siebie, że jak żaden inny kosmetyk, są szalenie uniwersalne. Sprawdzą się tak samo dobrze w pielęgnacji twarzy i ciała, ale również możemy je wykorzystać do podratowania zniszczonych włosów oraz kruchych i łamliwych paznokci. Wybór jest doprawdy ogromny i z pewnością każda osoba zainteresowana tematem, znajdzie coś dla siebie. Dziś przedstawię Wam 5 olejków, których aktualnie używam - 2 czyste i 3 mieszanki. Wszystkie świetne i godne uwagi. Zapraszam.

5 świetnych olejków do pielęgnacji twarzy i ciała | Kneipp, Nacomi, Trilogy, Lanoline, Nature Queen

Nacomi, Olej z pestek winogron 

100% naturalny olej z pestek winogron o bardzo różnorodnym zastosowaniu. U mnie aktualnie pełni rolę kosmetyku na okolice oczu, ale wielokrotnie stosowałam go również do olejowania włosów, czy skórek wokół paznokci. Olejek należy do grupy tzw. suchych, ma lekką teksturę, dlatego z powodzeniem sprawdzi się na cerach tłustych i mieszanych, a jeśli nie przesadzimy z ilością, wchłonie się niemal do zera, nie pozostawiając tłustej warstwy. Olej z pestek winogron ma silne właściwości nawilżające, tonizujące, wygładzające i łagodzące podrażnienia. Ponadto jest bogatym źródłem witaminy E oraz zawiera wysoką zgodność z naturalnym sebum skóry, co czyni go wyjątkowo kompleksowym i wszechstronnym. Znakomicie wstrzelił się w potrzeby mojej skóry, zwłaszcza w okolicach oczu. Od pewnego czasu używam tylko jego i naprawdę jestem bardzo zadowolona z efektów. Skóra jest wyśmienicie nawilżona i elastyczna, zauważyłam również subtelne rozjaśnienie oraz wypełnienie, jakby napompowanie drobnych zmarszczek mimicznych. Oczywiście jeśli Waszym problemem są głębokie bruzdy, czy zmarszczki, to sam olej sobie z nimi nie poradzi, ale będzie świetnym pomocnikiem. Zimową porą używałam go również na całą twarz, najczęściej na noc. Nie odnotowałam żadnej niepokojącej reakcji mojej skóry, dlatego śmiem przypuszczać, że sprawdzi się u większości z Was.
Olej Nacomi jest stosunkowo tani, z dostępnością również nie powinnyście mieć problemu. Koszt za 30ml to ok 11zł.


Nature Queen, Olej z pestek śliwki

Jestem pewna, że znaczna część z Was słyszała o bliźniaczym produkcie Ministerstwa Dobrego Mydła. Tak więc w przypadku oleju NQ mamy do czynienia z czymś w ten deseń, z tym że 3 razy tańszym. Testowałam produkt MDM, więc olej z pestek śliwki był mi znany i w zasadzie nie zauważyłam, by jakoś znacząco się od siebie różniły... być może zapach egzemplarza z Ministerstwa jest nieco bardziej... marcepanowy ;)
Olej z pestek śliwki to doskonały olej między innymi dla cer tłustych i zanieczyszczonych. Wyjątkowo łatwo wnika w naskórek, nie pozostawiając przy tym tłustej warstwy. Zawiera witaminę E, antyoksydanty, jest bogaty w kwas oleinowy i linolowy. Świetnie nawilża, koi, odbudowuje uszkodzony naskórek, zmniejsza niedoskonałości, chroni przed utratą wody i działaniem czynników zewnętrznych, zapobiega łuszczeniu i stanom zapalnym. Brzmi jak ideał, prawda?
Podobnie jak i inne oleje może być stosowany wielokierunkowo. W mojej pielęgnacji sprawdził się aplikowany na całą twarz. Skóra po całonocnym wypoczynku jest miękka, elastyczna, a suche skórki pozostają wspomnieniem. Często wykorzystuję go do masażu, ale też zdarzyło się, że posłużył jako pierwszy krok demakijażu i tu także obyło się bez wpadki. Oczywiście posiadaczki tłustej skóry muszą zmyć go delikatnym żelem, ale ta odwdzięcza się promiennym wyglądem i jest dogłębnie oczyszczona.
Cena olejku to ok 16zł za 30ml. Polecam wypróbować, chociażby dla zaspokojenia ciekawości ;)

5 świetnych olejków do pielęgnacji twarzy i ciała | Kneipp, Nacomi, Trilogy, Lanoline, Nature Queen

Kneipp, Olejek do ciała Kwiat Migdała

Olejek marki Kneipp kupiłam w Rossmannie w ofercie 'cena na do widzenia', dlatego ciężko mi jednoznacznie stwierdzić, czy akurat ta wersja jest jeszcze dostępna, jednak z łatwością kupicie inne, równie aromatyczne. Zapłaciłam coś ok 11 zł, standardowo jest to ok 30zł za 100ml.
Kwiat Migdała to mieszanka naturalnych olejów, które tworzą cudowną, odżywczą i nieziemsko pachnącą relację. Intensywnie pielęgnujący i bogaty olejek wzmacnia barierę skóry, poprawia elastyczność, działa odbudowująco i wygładzająco. W składzie znajdziemy miedzy innymi olej ze słodkich migdałów, olej z nasion słonecznika, arganowy, pomarańczowy, patchouli oraz ekstrakty z kwiatów migdała. Czego zatem w nim nie ma? Próżno szukać barwników, substancji konserwujących, olejów parafinowych, silikonowych i mineralnych, nie jest również testowany na zwierzętach.
Olejek znakomicie sprawdza się aplikowany na wilgotną, rozgrzaną kąpielą skórę, której niemal natychmiast przynosi odpowiedni poziom nawilżenia i gładkości. Zdradzę Wam w tajemnicy, że ów olejek rewelacyjnie zdaje egzamin podczas masażu. Ciepły, nieco egzotyczny aromat otula i relaksuje, a delikatny masaż odpręża i rozgrzewa nie tylko ciało, ale i atmosferę ;). 


Trilogy, Aromatic Body Oil

Ten olejek, podobnie jak kolejny, który opiszę, udało mi się dorwać w sklepie TK Maxx. Nieczęsto mam tyle szczęścia... Okazuje się jednak, że czasem warto poświęcić dłuższą chwilę na przejrzenie wszystkich półek, bo zazwyczaj wszystko jest w pojedynczych egzemplarzach, nierzadko zmacane przez inne klientki ;) Za 100ml produktu zapłaciłam 49zł. Cena regularna oscyluje w granicach 90-100zł.
Marka Trilogy nie jest w Polsce zbyt popularna, on-line można ją nabyć w drogerii Lavande. Ta nowozelandzka firma tworzy w pełni naturalne, ekologiczne kosmetyki, których najważniejszym składnikiem jest organiczny olejek z dzikiej róży oraz starannie wyselekcjonowane, czyste wyciągi z roślin. Olejek Aromatic Body Oil to mieszanka najbardziej odżywczych olejów roślinnych: ze słodkich migdałów, z nasion słonecznika, ryżowy, z wiesiołka oraz licznych wyciągów, jak chociażby z kwiatów nagietka. Zapach, który wydobywa się z wnętrza buteleczki jest dość intensywny, świeży, pobudzający, z lekką cutrusową nutą. Co ważne, na skórze pozostaje na kilka godzin, dlatego najlepszym rozwiązaniem jest otulić się nim wieczorem. Olejku Trilogy używałam tradycyjnie, aplikując bezpośrednio na ciało, jednak najlepsze efekty dostrzegam dolewając go do kąpieli. Wystarczy niewielka ilość, by skóra odzyskała miękkość, a piękny aromat, który mi towarzyszy, niesamowicie odpręża. 


Lanoline, Rosehip Oil

Kolejna, mało popularna w Polsce nowozelandzka marka i genialny, cudowny olejek do twarzy oparty na trzech składnikach: olejku z dzikiej róży, ze słodkich migdałów i ekstrakcie z liści rozmarynu, który słynie z działania antyoksydacyjnego, przeciwzapalnego i przeciwbakteryjnego. Sama natura w najlepszym wydaniu. Ponadto marka nie testuje na zwierzętach!
Być może zdziwi Was fakt, iż ten olejek doskonale sprawdza się u mnie stosowany na dzień, pod makijaż. Muszę przyznać, że sama jestem zdziwiona;) Najbardziej zaskakujące jest to, że zaaplikowany z umiarem, dosłownie 2-3 kropelki, wchłania się niemal całkowicie, pozostawiając skórę gotową do wykonania makijażu. Nie mogę wyjść z podziwu, jak ta nieskomplikowana mieszanka idealnie przypasowała mojej tłustej skórze. Podkład pięknie się rozprowadza, a ja przez cały dzień nie odczuwam żadnego ściągnięcia, czy braku nawilżenia. Odnotowałam również subtelne rozświetlenie i ujędrnienie oraz ogólne polepszenie stanu mojej cery. 
Być może pisanie o produktach, których dostępność w Polsce jest ograniczona, uważacie za pozbawione sensu, jednak o dobrych kosmetykach należy pisać i tego się trzymam. Aktualnie mam w użyciu trzy produkty z asortymentu marki Antipodes, która jak dwie poprzednie także pochodzi z Nowej Zelandii i wszystko wskazuje na to, że znalazłam trzy kolejne perełki.

5 świetnych olejków do pielęgnacji twarzy i ciała | Kneipp, Nacomi, Trilogy, Lanoline, Nature Queen


Jak podchodzicie do tematu olejków? Stosujecie je na co dzień, czy raczej unikacie ich w swojej pielęgnacji? 



Długotrwałe nawilżenie | Fridge by yDe 1.2 Water Coat

 Fridge by yDe 1.2 Water Coat

Halo, halo, jest tu ktoś jeszcze? Nie jest łatwo wrócić po czteromiesięcznej przerwie i przyznaję rację tym, którzy mówią, że najtrudniej jest w ogóle zacząć... bo czuję się tak, jakbym zaczynała od nowa. Nie będę się tłumaczyła z ciszy, która zapanowała na blogu, bo zakładam, że nikogo to nie interesuje:) Przyjmijmy więc, że potrzebowałam krótkiej przerwy i chwili oddechu. 

Ostatnio dostałam fajną i oczywistą w swej prostocie radę: napisz o czymś fajnym, o czymś, co sprawia Ci przyjemność, coś lekkiego... później będzie z górki. No więc jestem i piszę o produkcie, który pojawił się w mojej pielęgnacji jesienią i stopniowo zaskarbiał zaufanie. Początki nie były obiecujące, jednak dzień po dniu zyskiwał coraz bardziej, by ostatecznie stać się jednym z ulubieńców. Mowa o długotrwale nawilżającym kremie do twarzy marki Fridge - 1.2 Water Coat

 Fridge by yDe 1.2 Water Coat

Przypuszczam, że część z Was zdążyła już poznać markę Fridge by yDe, a przynajmniej o niej słyszała. W ogromnym skrócie chodzi o kosmetyki naturalne, ale Fridge poszło krok dalej i w swoich laboratoriach stworzyło nową kategorię produktów, pozbawionych jakichkolwiek konserwantów i alkoholu, ze składników najwyższej jakości, według receptur wypracowanych podczas wieloletnich badań. Wszystkie kosmetyki powstają w małych ilościach i na zamówienie, opakowania są ręcznie napełniane oraz sygnowane datą i podpisem osoby odpowiedzialnej. Każdy krem zawiera minimum 7 substancji aktywnych, które przenikają przez warstwę naskórka do skóry właściwej, zapewniając tym samym odpowiednie odżywienie tkanek, wydalanie toksyn, stymuluje naturalne procesy odnowy komórkowej i wzmacnia od wewnątrz. Co ważne, wszystkie składniki roślinne pochodzą z ekologicznych upraw, a część z nich, jak chociażby dziką różę, Fridge hoduje na własnej XIII-wiecznej plantacji cysterskiej, Starzyński Dwór. 
Kupując produkty marki Fridge możemy mieć pewność, że zapewniamy naszej skórze najlepszą, naturalną pielęgnację. W tym przypadku nie ma mowy o żadnej ściemie... kosmetyki zachowują swoje właściwości przez 2,5 miesiąca, a miejscem, w którym należy je przechowywać jest lodówka!

 Fridge by yDe 1.2 Water Coat

1.2 Water Coat to długotrwale nawilżający krem stworzony z myślą o skórze normalnej, suchej lub odwodnionej, dlatego będzie dobrym wyborem dla większości cer. Jak wiecie, moja skóra daleka jest od ideału, a codzienna walka z nadmiernym wydzielaniem sebum zdaje się nie mieć końca, aczkolwiek łatwo ulega odwodnieniu, zwłaszcza w okresie letnim i zimowym. Szukając odpowiedniego kremu, skupiłam się głównie na tym, by nie obciążał skóry, nadawał się pod makijaż i porządnie nawilżał. No i tak... 1.2 Water Coat taki właśnie jest. Już sama nazwa kremu pozwala mieć nadzieję ;)

Krem jest niezwykle lekki i początkowo miałam obawy, czy spełni moje oczekiwania. Zupełnie niepotrzebnie, bo z dnia na dzień zaskakiwał coraz bardziej. Kosmetyk znakomicie się wchłania, długotrwale nawilżając i natłuszczając skórę. Codzienna aplikacja zapewnia wzrost napięcia i jędrności skóry, poprawia jej wygląd i kondycję. Ponadto doskonale sprawdza się pod makijaż oraz, co istotne, zawiera naturalne filtry UV, które dodatkowo chronią. Najbardziej zdumiewający jest fakt, iż ten krem naprawdę działa, ale nie od razu, nie od pierwszego użycia... mam wrażenie, że potrzebuje chwili, by nasycić skórę na tyle, by było ono widoczne gołym okiem. 

Fridge by yDe to nie tylko wspaniałe receptury, ale i relaksujące aromaty oraz niewątpliwie urocze, minimalistyczne opakowania, które przyciągają wzrok i gdyby nie konieczność przechowywania ich w lodówce, byłyby prawdziwą ozdobą łazienki. Można dyskutować nad sensem umieszczenia na opakowaniu zawieszki z kryształkiem Swarovskiego, wiadomo, że taki gadżet nie pozostaje bez wpływu na cenę, a ta nie należy do najniższych: za 48g musimy zapłacić 185zł, ale nie można odmówić marce fajnego pomysłu na dopieszczenie swoich klientek ;)


Co myślicie o Fridge? Miałyście przyjemność poznać? 





TOP5 - ulubione kosmetyki ostatnich tygodni + Kod Rabatowy!

Phenome, Grown Alchemist, Wytwórnia Mydła, Golden Rose

Ostatni post z ulubieńcami opublikowałam w sierpniu. Od tego czasu przez moją kosmetyczkę przewinęło się sporo nowości... jedne polubiłam bardziej, inne mniej, ale dziś chciałabym Wam opisać te, które zachwyciły mnie swoimi właściwościami na tyle, że zasłużyły sobie na miano hitu. Zapraszam na TOP5 - ulubione kosmetyki ostatnich tygodni, a na końcu posta czeka na Was mała niespodzianka :) 

Phenome, Grown Alchemist, Wytwórnia Mydła, Golden Rose

Zacznę od polskiej marki, którą zdążyłam już w dużej mierze poznać, a jej asortyment niejednokrotnie pojawiał się na blogu. Mowa oczywiście o Phenome! Przypuszczam, że nazwa jest Wam dobrze znana i nawet jeśli nie miałyście okazji testować kosmetyków, które tworzy, to z całą pewnością o niej słyszałyście. Purifying Hair Mask to mój niekwestionowany ulubieniec w temacie pielęgnacji włosów. Żadna inna nie robi takiego efektu woow:). Działa niczym magiczna różdżka, która w ciągu kilku minut poprawia ich wygląd, ale nie tylko, bo jej właściwości doceni także skóra głowy. Maska miała już na blogu swoje 5, a nawet 10 minut, bo wspominam o niej zawsze, gdy mam zdefiniować produkt, który robi dokładnie to, co obiecuje producent... pojawiła się także w ulubieńcach, więc jeśli chciałybyście zapoznać się z pełną opinią, to odsyłam do szczegółowej recenzji <<KLIK KLIK >>. W wielkim skrócie napiszę, iż jest to oczyszczająca maska do włosów, której bazą jest glinka kaolinowa. Za wspomniane właściwości odpowiadają drobinki z pestek oliwek, które dodatkowo cudownie masują skórę głowy. Maska jest dość gęsta, aczkolwiek bardzo kremowa, co przekłada się na przyjemność podczas aplikacji oraz wysoką wydajność. Od naszego ostatniego spotkania zmieniła się forma opakowania - marka zrezygnowała ze szklanego słoika na rzecz plastiku oraz, niestety, cena, która poszybowała do góry. Nie mniej jednak zachęcam do zakupu, bo wierzę, że pokochacie ją równie mocno, jak ja, tym bardziej, że czasem można trafić na fajny rabat, dzięki któremu cena nie boli aż tak bardzo.
Essential Body Cream to dla mnie nowość i jak zdecydowana większość asortymentu Phenome, szybko uwiódł mnie swoim działaniem. Ponieważ to było nasze pierwsze spotkanie, skusiłam się na mniejszą pojemność 50ml, w cenie 59zł. Myślę, że te mini tubki to świetna opcja, by poznać produkt przed znacznie kosztowniejszym zakupem pełnowymiarowej wersji. Essential Body Cream to bogaty, gęsty kosmetyk, który pięknie nawilża i zmiękcza. Gdy zaczyna się sezon grzewczy, moja skóra dość szybko ulega przesuszeniu, zwłaszcza na łydkach. Niewielka ilość kremu wystarcza, by ją odżywić i pozbyć się łuszczącego się naskórka. Kosmetyk opracowany został na bazie ekologicznych wód roślinnych, organicznych olejów i naturalnych ekstraktów, a delikatny aromat jest zasługą olejku różanego. Jeśli  macie problem z elastycznością i sprężystością skóry ciała, to zerknijcie w jego stronę... gwarantuję, że już pierwsze użycie sprawi, że zapomnicie o jego istnieniu.

Jednym z przyjemniejszych odkryć ostatnich tygodni okazała się maska głęboko oczyszczająca do twarzy na bazie białej glinki, Deep Cleansing Facial Masque, marki Grown Alchemist, której zadaniem jest intensywna detoksykacja, zwiększenie jędrności i napięcia skóry oraz wspomaganie mechanizmów naprawczych. Maseczka jest u mnie w użyciu od kilku dobrych tygodni i nawet nie zużyłam połowy opakowania, co wróży nam długą i, biorąc pod uwagę genialne działanie, owocną współpracę ;). Ufam, że Was zaciekawiłam, dlatego zachęcam do poczytania recenzji, którą na jej temat opublikowałam << KLIK KLIK >>

Phenome, Grown Alchemist, Wytwórnia Mydła, Golden Rose

Powoli zbliżamy się do końca, jednak zanim to nastąpi pragnę przedstawić ostatnie dwa produkty.
Na zdjęciu widzicie papierek... nie, nie on jest bohaterem wpisu, ale mydełko, które było w niego zawinięte, a które nie doczekało do zdjęć :D. Właściwie ten papierek to taki reprezentant, gdyż obydwa mydła, które miałam przyjemność testować ( drugim było Earl Grey ), okazały się być genialnymi produktami. O swoich nowościach z Wytwórni Mydła pisałam tutaj KLIK, w podlinkowanym poście zobaczycie jak prezentowały się na początku. Zarówno Konopne, jak i wspomniane Earl Grey to wspaniałe, w pełni naturalne artykuły, będące efektem pracy i pasji niezwykle przedsiębiorczej kobiety. Obydwa skierowane są do posiadaczek cery tłustej i problematycznej, ale moim zdaniem ich właściwości docenią także inne typy skóry. Mydła świetnie się zmydlają, nie miękną i nie rozpadają się do ostatniej, maleńkiej końcówki, a piana, którą wytwarzają jest niezwykle kremowa, treściwa i nie znika podczas mycia. Bajka!

And the last but not least jedyny kosmetyk kolorowy, a mianowicie matowa pomadka Golden Rose, w odcieniu 02, czyli zgaszony, mocno przybrudzony brązem fiolet, który ostatnio mocno eksploatuję. Te pomadki mają ogromne grono zwolenniczek, dlatego nie będę się zbytnio rozwodziła. Jak dla mnie to jedne z lepszych i do tego przyjemnie tanich pomadek. Na moich ustach spokojnie wytrzymują ok 5 godzin, ładnie i estetycznie znikają z ust, pozostawiając delikatne zabarwienie. W swoich zbiorach mam jeszcze energetyczną i wyrazistą 04, jednak ostatnio zakochałam się w tym jesiennym 'brudasku', co zresztą widać po startych napisach... na szczęście sztyft jest trwalszy, niż opakowanie :D

Phenome, Grown Alchemist, Wytwórnia Mydła, Golden Rose

Na koniec obiecana niespodzianka. Wiem, że zainteresowanie asortymentem Wytwórni Mydła było dosyć spore i kilka z Was skusiło się na zakupy, korzystając z kodu rabatowego, który mogłyście znaleźć na moim blogu, dlatego Kasia postanowiła przedłużyć jego aktywność aż do 20 grudnia! Jeśli zastanawiacie się nad prezentami gwiazdkowymi, chciałybyście zrobić niespodziankę komuś bliskiemu lub sobie, to teraz macie ku temu świetną okazję. Wystarczy w podsumowaniu koszyka wpisać hasło inspirujemniezycie, a jego wartość automatycznie obniży się o 10%. Naturalnie zachęcam do skorzystania, wszystkie produkty obejrzycie w sklepie on-line <<KLIK KLIK >>


Ściskam :)



Instagram mix | Październik 2016

Witajcie w listopadzie! Zanim na dobre pochłonie nas melancholijny, listopadowy nastrój, przypomnijmy sobie wspólnie miniony miesiąc. Pomimo, że październik pogodą nie zachwycił, to dla mnie był wyjątkowo miły. Zapraszam :)

 1. Tup, tup 2. Popołudniowa kawa 3. Detale dnia 4. Chwila dla siebie

 5. Ulubiony magazyn 6. Poranek 7. Jesiennie z Miss Sporty 8. Prezent

 9. Cebulowa z grzankami 10. Nowość w szafie 11. Jesiennie 12. Lubię to!

 13. Ałtfit of de dej :) 14. Spacerowo 15. Krem z dyni 16. Taka ja

17. Ciągle pada 18. Przytulaski 19. Selfie 20. Jesienne detale

 Nowości października: 21. Lancome 22. Phenome 23. Urodzinowo z Sephora



Posty, które pojawiły się na blogu w październiku:




Jaki był Wasz październik? Wydarzyło się coś fajnego?

Buziaki :)



Mój makijaż kiedyś i dziś - jak zmieniał się na przestrzeni lat?

Mój makijaż kiedyś i dziś - jak zmieniał się na przestrzeni lat?

No i stało się, dziś obchodzę kolejne urodziny. Mam wrażenie, że po przekroczeniu magicznego progu trzech dziesiątek, wskazówki zegara z roku na rok biegną coraz szybciej. Nie to, że się martwię, ale mogłyby trochę zwolnić:). Jako, iż to wyjątkowy dla mnie dzień, ten post również będzie nieco inny.
Ostatnio przeglądałam swoje zdjęcia z przeszłości... to były jeszcze te czasy, kiedy klisza w aparacie miała 36 klatek i żeby obejrzeć, co się napstrykało, trzeba było je wywołać. Młodsze z moich Czytelniczek zastanawiają się pewnie... ale jak to? A ja Wam powiem, że to miało nawet swój urok. Teraz zdjęcia zalegają wszędzie, tylko nie tam, gdzie ich miejsce, czyli w albumach, a to dzięki nim można w każdej chwili wrócić wspomnieniami do wyjątkowych chwil, powspominać stare czasy, ewentualnie pośmiać się z tego, jak się wyglądało :D

Mój makijaż kiedyś i dziś - jak zmieniał się na przestrzeni lat?

Co widzę na zdjęciach?

Dziewczynę bez brwi ;D.

Serio.

Moje naturalne są jasne, a do tego dość rzadkie, dlatego niemal niewidoczne dla postronnego obserwatora. Kiedy miałam naście lat modnym wówczas było albo przerysowane podkreślenie czarną kredką, w czym mistrzyniami były starsze panie, albo nadmierne wyskubywanie, w wyniku czego twarz nabierała wiecznie zdziwionego wyrazu. Dam sobie rękę uciąć, że większość z Was miała w przeszłości burzliwy romans z pęsetą. Ja również, na szczęście udało mi się wyrwać z tego toksycznego związku. Gdy odkryłam, że pełniejsze brwi są ładniejsze od niepozornego szlaczka z kilku włosków, zaczęło się mozolne doprowadzanie ich do stanu wyjściowego. Aktualnie nie wyobrażam sobie makijażu bez podkreślenia brwi i nie ukrywam, że duży wpływ na tę zmianę miały blogi kosmetyczne. To tam odkryłam, że twarz z brwiami wygląda lepiej, niż bez nich :D. 

Jako nastolatka nie miałam większych problemów z cerą. Gehenna zaczęła się krótko po odstawieniu antykoncepcji hormonalnej, co zresztą opisywałam na blogu <<o tutaj>>. Za młodu prawie w ogóle nie używałam podkładu, a jeśli nawet, to musiał być mocno matujący, bo błysk jest ble i przynajmniej dwa tony za ciemny, standard ;). Jak sobie teraz przypominam, to chyba była i zresztą nadal jest, cecha większości młodych dziewcząt... dobrać za ciemny podkład, żeby ukryć drobne mankamenty. No tak, wiadomo przecież, że twarz w kolorze dojrzałej pomarańczki jest mniejszą niedoskonałością i zdecydowanie mniej rzuca się w oczy, niż pryszcz na czole ;D.
Jak jest teraz? Odkąd stan mojej cery uległ znacznej poprawie, idealny podkład to ten, którego nie widać... dosłownie. Nie znoszę mocno kryjących, matujących formuł. Najchętniej decyduję się na te, które tylko delikatnie wyrównają koloryt i strukturę. Dość długo romansowałam z podkładami mineralnymi, ale ostatnio coraz częściej wybieram te tradycyjne, kremowe. I oczywiście w odpowiednim kolorze... jeśli mam ochotę na brąz, używam do tego pudru, nigdy podkładu ;)

A wracając do błysku... bo to chyba największa metamorfoza, o której muszę tu wspomnieć. Gdyby ktoś jeszcze kilka lat temu powiedział mi, że nie dość że polubię lekkie podkłady, które nie zrobią mi na twarzy maski, to jeszcze kupię! kosmetyk przeznaczony do nadania dodatkowego blasku, pomyślałabym, że co najmniej postradał zmysły. Ale to prawda i co więcej, naprawdę doceniam to, co robi z moją twarzą rozświetlacz... a jeśli do tego ma piękne, cieszące oczy tłoczenie, to przechodzę w wyższy stan świadomości, występujący po zażyciu jakiejś używki, czyt. jestem na kosmetycznym haju :)

Na koniec zostawiłam kosmetyk, do którego dojrzewałam najdłużej. Pomadka, bo o niej mowa, najlepiej w intensywnym kolorze, to obecnie moje małe uzależnienie. Nie tylko lubię jej używać ale, przede wszystkim, kupować. I nie ważne, że mam 10 w odcieniu różu, 11-sta ma nieco inny. I jest mi potrzebna. Najlepiej na już. Ot, kobiece fanaberie ;) Tak że ten...

Mój makijaż kiedyś i dziś - jak zmieniał się na przestrzeni lat?
Mój makijaż kiedyś i dziś - jak zmieniał się na przestrzeni lat?


Pośmiałyśmy się, a teraz na poważnie. Otóż, dorastałam w czasach, gdy większość kosmetycznego asortymentu, jaki można było znaleźć w sklepach, należał do marek Celia, Lirene, Constance Carroll... ktoś pamięta jeszcze Constance Carroll?? Ostatnio ponownie natknęłam się na tę markę, ponoć nadal funkcjonuje i ma się świetnie! Nie znałam wielkich i popularnych firm, ani perfumerii. Ba, ja nawet Internetu nie miałam. W moim rodzinnym domu nigdy się nie przelewało, dlatego jedynymi kosmetykami, do jakich miałam swobodny dostęp, były kosmetyki mojej mamy, a i tu nie było szerokiego wyboru. Między innymi dlatego szanuję teraz każdą złotówkę, a kosmetyki, na które mnie stać i które kupuję, mają dla mnie wartość nie tylko materialną. Przyznaję, że trochę zachłysnęłam się tym dobrobytem, wciąż chciałam więcej i więcej. Na szczęście w porę przyszło opamiętanie, przewartościowałam priorytety... są rzeczy ważne i ważniejsze, aczkolwiek jestem wdzięczna losowi, że mogę pozwolić sobie na spełnianie kosmetycznych zachcianek. Dziękuję też za ludzi, których spotkałam na swojej drodze, dziękuję za zrozumienie i wsparcie, które od nich otrzymuję, dziękuję za wszystko, co dla mnie robią. Bez nich, nie byłabym tym, kim jestem i nie miałabym tego, co mam. Dziękuję!


Mój makijaż kiedyś i dziś - jak zmieniał się na przestrzeni lat?


Korzystając z okazji, chciałabym również podziękować Wam, za to, że ze mną jesteście, za wszystkie pogawędki, wiadomości prywatne, inspirujące i motywujące komentarze. Ściskam ;)



Grown Alchemist, Deep Cleansing Facial Masque

Grown Alchemist, Deep Cleansing Facial Masque

Wypielęgnowana i promienna skóra jest naszą największą ozdobą, dlatego każda chwila, którą jej poświęcamy, nie jest chwilą straconą.  Moja, jak wiecie, jest mocno problematyczna, ale robię co w mej mocy, by dbać o nią najlepiej jak umiem, czego konsekwencją jest systematyczna, ponadprogramowa  pielęgnacja w postaci maseczek. Staram się, by były zróżnicowane pod względem właściwości i żongluję sobie nimi, w zależności od potrzeb mojej skóry. Jako, iż w moich zbiorach zabrakło ukierunkowanej na oczyszczanie, skusiłam się na Deep Cleansing Facial Masque, australijskiej marki Grown Alchemist, znanej z produkcji kosmetyków organicznych, o precyzyjnie dobranych składach bazujących na ekstraktach roślinnych. 

Grown Alchemist, Deep Cleansing Facial Masque

Deep Cleansing Facial Masque (75 ml/139 zł) to  oczyszczająco - ujędrniająca maska na bazie białej glinki. Jej działanie ukierunkowane jest na intensywną detoksykację, zwiększenie jędrności i napięcia skóry, przywracanie utraconych wartości odżywczych oraz wspomaganie mechanizmów naprawczych. Dzięki zawartości wyciągu z ginko biloby, wykazuje silne działanie przeciwstarzeniowe i regenerujące. Formuła maseczki zawiera ponadto bogaty w antyoksydanty wyciąg z nasion żurawiny, wyciąg z wąkroty azjatyckiej zwiększający gęstość tkanki skórnej, wyciąg z kiełków pszenicy, czyli nieocenione źródło witamin A, E, D i nienasyconych kwasów tłuszczowych, odpowiadających za przywrócenie skórze elastyczności i nawilżenia oraz oczywiście drobno zmieloną glinkę białą, która ma działanie oczyszczające, ściągające, zwężające pory i ujędrniające.


Maseczka zamknięta jest w aluminiowej tubie, z zamykaniem na klik. Konsystencją przypomina typowe kosmetyki na bazie glinki, tak więc mamy tu białą, gęstą masę o dość przyjemnym aromacie. Jeśli używacie maseczek, w których pierwsze skrzypce gra glinka, to z pewnością wiecie w jaki sposób zastygają na twarzy. Najczęściej po kilku minutach tworzy się na naszej buzi charakterystyczna skorupa uniemożliwiająca chociażby swobodną komunikację :D. Zawsze w takich przypadkach ratuję się spryskując twarz hydrolatem lub wodą termalną. W przypadku maski Grown Alchemist sprawa wygląda tak, że owszem zastyga, ale zupełnie inaczej. Początkowo jest biała, a w miarę upływu czasu zmienia się w niemal przeźroczystą i na pierwszy rzut oka niewidoczną. Stopień zestalenia nie jest tak uciążliwy, buzia nie sztywnieje nam na kamień :). Maseczka nie kruszy się i świetnie się zmywa. Zazwyczaj używam jej dwa razy w tygodniu, na ok 20 minut. 

Grown Alchemist, Deep Cleansing Facial Masque

Markę Grown Achemist dopiero poznaję. Na początku września skusiłam się na małe zamówienie, a na pierwszy ogień poszły szampon i odżywka do włosów oraz maseczka do twarzy. Na temat zestawu do pielęgnacji moich kosmyków niewiele jeszcze mogę powiedzieć, bo w użyciu jest od niedawna, ale maskę zdążyłam już całkiem dobrze przetestować i co najważniejsze! bardzo polubić. Każde kolejne użycie generuje zadowolenie i utwierdza mnie w przekonaniu, że dokonałam dobrego wyboru. Nie bez powodu  maska Deep Cleansing Facial Masque okrzyknięta została mianem hitu, z pewnością na to zasłużyła.

Po spłukaniu jej z twarzy moim oczom ukazuje się wyraźnie jaśniejsza i cudnie odświeżona skóra. Jestem zachwycona tym, w jaki sposób działa, bo to, że działa, nie ulega wątpliwości. Skóra jest gładsza, świetnie oczyszczona, jędrniejsza, a jej koloryt delikatnie wyrównany. Wygląda tak, jakby w ciągu tych kilkunastu minut, ubyło jej kilkanaście lat - zero zmarszczek, zero przebarwień, zero podrażnień, a wszelkie niedoskonałości zniwelowane. Efekt jest spektakularny. Szkoda, że moja skóra nie wygląda tak zawsze, aczkolwiek pozostaje mi wierzyć, że regularne seanse, pozwolą nieco zbliżyć się do ideału :). Na ten moment jestem totalnie oczarowana. 

Grown Alchemist, Deep Cleansing Facial Masque

Maseczkę kupiłam on-line na stronie Pell.pl, gdzie oprócz asortymentu Grown Alchemist znajdziecie takie marki jak Alpha-h, Alterna, Rodial, czy The Different Company, także warto zerknąć.


Jak często sięgacie po maseczki? Używacie, czy zapominacie o tym kroku?



Estée Lauder, Pure Color Envy Sculpting Gloss - 350 Tempting Melon

Estée Lauder, Pure Color Envy Sculpting Gloss - 350 Tempting Melon

Nie jestem 'błyszczykowa'. Zdecydowanie bardziej gustuję w tradycyjnych pomadkach, a jeśli mają matowe wykończenie, to jestem w raju. No ale kobieta, jak to kobieta... lubi mieć wybór, zwłaszcza w kwestii makijażu, dlatego ochoczo z niego korzystam. Błyszczyki mają tę przewagę, że są mało kłopotliwe w aplikacji, nie wymuszają użycia konturówki, a umalowanie ust zajmuje kilka sekund. Co więcej, pięknie wyglądają solo, ale też mogą służyć do podbicia koloru pomadki. 

Pure Color Envy Sculpting Gloss to wiosenna nowość koncernu Estée Lauder. Po ogromnym sukcesie Pure Color Envy Sculpting Lipstick, marka poszła krok dalej, tworząc gamę delikatnych błyszczyków i trwałych lakierów do ust, zaprojektowanych do samodzielnego stosowania lub na pomadkę. Ta nowość wyjątkowo zwróciła moją uwagę... i nie bez znaczenia były szalenie eleganckie, kobiece opakowania, bez przepychu, a jednak z klasą. Dbałość o detale zawsze przyciąga wzrok :)

Estée Lauder, Pure Color Envy Sculpting Gloss - 350 Tempting Melon
Estée Lauder, Pure Color Envy Sculpting Gloss - 350 Tempting Melon

Modelujący usta błyszczyk zamknięty został w smukłej fiolce o pojemności 5,8 ml. Spośród dostępnych opcji wykończenia, znajdziecie zarówno kremowe, jak i błyszczące, a nowa ulepszona formuła dzięki zastosowaniu ekskluzywnego kompleksu nawilżającego i kwasu hialuronowego, wygładza, zmiękcza i pielęgnuje usta niczym balsam. Wygodna struktura współgra z naturalnym kształtem ust, optycznie go modelując, a precyzyjny aplikator w formie łopatki zapewnia równomierną aplikację.

Odcień 350 Tempting Melon to przepiękny brzoskwiniowo - różowy błyszczyk, pozbawiony jakichkolwiek drobinek, niezwykle komfortowy w noszeniu i łatwy w obsłudze. Na plus świetny aplikator, który dzięki niewielkiemu zagłębieniu na środku, pozwala na regulowanie ilości i koloru, a wąska końcówka umożliwia dokładne obrysowanie konturu ust. Konsystencja gęsta, kremowa, ale nie musicie obawiać się nadmiernej lepkości. Błyszczyk cudownie nawilża usta, co odczuwam nawet, gdy kolor zupełnie zniknie, choć ten jest wyjątkowo, jak na ten rodzaj kosmetyku, trwały. Spokojnie wytrzyma 2 godziny, natomiast w miarę upływu czasu po prostu blednie i traci początkowy blask. Bezpośrednio po aplikacji wygląda niesamowicie - usta są lśniące, pokryte wielowymiarowym kolorem i obłędnie gładkie. Bajka :)

Estée Lauder, Pure Color Envy Sculpting Gloss - 350 Tempting Melon
Estée Lauder, Pure Color Envy Sculpting Gloss - 350 Tempting Melon

Błyszczyk Pure Color Envy Sculpting Gloss bardzo szybko zaskarbił sobie moją sympatię i często gości na ustach. Pokochałam ten lustrzany blask, który w subtelny i elegancki sposób sprawia, że wyglądają niezwykle apetycznie :)



Aktualna pielęgnacja cery, cz.2 - wieczór | Mokosh, Resibo, Mincer Pharma, Organique, Sylveco, Mixa, Sephora

Aktualna pielęgnacja cery, cz.2 - wieczór | Mokosh, Resibo, Mincer Pharma, Organique, Sylveco, Mixa, Sephora

Tak jak obiecałam, zapraszam Was na kolejny wpis poświęcony mojej aktualnej pielęgnacji. W poprzednim opisywałam produkty, których używam rano <<KLIK KLIK>>, natomiast dziś przybliżę kosmetyki, które dbają o moją skórę wieczorem. Z uwagi na fakt, że mam skórę mocno przetłuszczającą się, najwięcej uwagi skupiam na dokładnym oczyszczeniu. Między innymi dlatego zdecydowałam się na wieloetapowy demakijaż, który pozwala utrzymać skórę w ryzach. Zastosowanie kilku produktów daje mi pewność, że na twarzy nie będą zalegały pozostałości makijażu, czy innych zanieczyszczeń. Ponadto dbam o odpowiednie nawilżenie, odżywienie oraz, z racji na wiek, prewencyjne działania opóźniające efekty starzenia się skóry. Przede wszystkim zależy mi na tym, by kosmetyki które stosuję, miały wartościowe składy, a ich działanie nie było zbyt agresywne. Zestaw, którego aktualnie używam w większości składa się z produktów, które znam i chętnie do nich wracam, ale znajdzie się też kilka świeżynek :) Zapraszam.

Aktualna pielęgnacja cery, cz.2 - wieczór | Mokosh, Resibo, Mincer Pharma, Organique, Sylveco, Mixa, Sephora

Wieczorna pielęgnacja zawsze zaczyna się od oczyszczenia skóry. Na początek demakijaż oczu. Bardzo długo stosowałam jedynie płyn micelarny, ale ostatnio skusiłam się na małą buteleczkę dwufazowego płynu do demakijażu Sephora i muszę przyznać, że zrobił na mnie ogromne wrażenie. Czytałam, że dziewczyny są z niego zadowolone, dlatego musiałam sama sprawdzić, czy zauważę różnicę. Z racji tego, że mój codzienny makijaż nie jest szczególnie mocny, zazwyczaj wystarczał mi micel, ale ciekawość wzięła górę :D. I tak, z całą pewnością warto zwrócić na niego uwagę, zwłaszcza jeśli lubicie dwufazówki lub mocno malujecie oczy. Ten płyn zmyje wszystko za jednym pociągnięciem, bez pocierania. Pięknie rozpuszcza makijaż. Pozostawia delikatną oleistą powłokę, ale co istotne, nie szczypie w oczy!, więc o żadnym dyskomforcie nie ma mowy. Ten płyn kupicie w dwóch pojemnościach, więc na początek można spróbować tej mniejszej, tym bardziej, że kosztuje naprawdę niewiele, a działaniem wyróżnia się na tle innych jemu podobnych.

Po zmyciu oczu przystępuję do demakijażu całej twarzy. Tu, już od wielu, wielu miesięcy, wkracza do akcji płyn micelarny Mixa, aktualnie jest to Optymalna Tolerancja, ale miałam chyba już wszystkie rodzaje i wszystkie świetnie wywiązują się z powierzonej im roli. Jak pisałam wyżej, długo stosowałam go także do oczu i nigdy mnie nie podrażnił, nie uczulił, oczy nie szczypały. Jak używać micel wie każda kobieta, więc nie napiszę nic odkrywczego. Po prostu wylewam go na wacik kosmetyczny i przecieram twarz do momentu, w którym wacik pozostaje czysty. Najczęściej wystarczają dwa. Płyn micelarny Mixa to mój zdecydowany ulubieniec i już nie wyobrażam sobie nie mieć go w zapasie. Cenię go za doskonałą jakość i przystępną cenę. Robi świetną robotę, nie wysusza skóry i cudnie domywa skórę, dlatego w zasadzie nie szukam niczego innego. Gorąco polecam :)

Po wstępnym oczyszczeniu twarzy, pora na produkt, który zadziała gruntownie. Tu, w zależności od potrzeb, zamiennie stosuję dwa kosmetyki, o zgoła odmiennej konsystencji. Pierwszym jest mydło Savon Noir, Organique, a drugim Tymiankowy żel, Sylveco. Obydwa to stali bywalcy mojej łazienki, obydwa pojawiły się już na blogu. Nazwy są podlinkowane, więc wystarczy kliknąć, by przeczytać pełną recenzję. Używam ich od bardzo dawna i niech to będzie najlepszą rekomendacją. Czasem skuszę się na jakąś nowość, ale ostatecznie i tak wracam do tego duetu. Mydło Organique to dość nietypowe myjadło, któremu warto dać szansę szczególnie jeśli szukacie mało agresywnego, acz skutecznego oczyszczenia skóry. Długofalowe efekty są zachwycające, cera jest jaśniejsza, nieskalana zaskórnikami, czy nadmiernie rozszerzonymi porami. Używany regularnie działa niczym peeling enzymatyczny. Bajka :) Natomiast żel Sylveco to taniutki, naturalny produkt, który nie wysusza, nie podrażnia, świetnie oczyszcza. Bardzo lubię i chętnie wracam. 

Na koniec procesu oczyszczania tonizuję skórę. Rano służy mi do tego tonik Yonelle, natomiast wieczorem spryskuję twarz hydrolatem marki Mokosh - Werbena, który przeznaczony jest dla skór tłustych, mieszanych z tendencją do niedoskonałości. Stworzony na bazie krystalicznej wody źródlanej nawilża i odświeża skórę. Buteleczka zawiera atomizer... według mnie mgiełka jest zbyt obfita, ale nie leje się strumieniem :). Jak na razie jestem na tak. Hydrolat stosuję także do rozcieńczenia glinkowych maseczek, a jeśli aplikuję gotowce, których kluczowym składnikiem jest glinka, spryskuję nim twarz, by nie zastygła na skorupę. Świetnie sprawdza się też do odświeżenia skóry w ciągu dnia. Produkt, jak widać, wielofunkcyjny :)

Aktualna pielęgnacja cery, cz.2 - wieczór | Mokosh, Resibo, Mincer Pharma, Organique, Sylveco, Mixa, Sephora

Dokładnie oczyszczona skóra jest idealnie przygotowana do kolejnego etapu wieczornej pielęgnacji, a mianowicie kremy i sera. Tak na marginesie, bardzo lubię ten moment i naprawdę cały rytuał sprawia mi ogromną przyjemność. W przeciwieństwie do poranka, który często oznacza pośpiech i mocno okrojony czas, wieczorem można na spokojnie zająć się potrzebami swojej skóry. Dlatego bez wyrzutów sumienia zamykam się w łazience i ochoczo wcieram, wklepuję i smaruję. :)

Wracając do meritum.

Pod oczy ląduję Korygujący krem marki Mokosh - Zielona herbata. Używam go od niedawna, dlatego moja opinia to tylko wstępne odczucia, ale zapowiada się naprawdę dobrze. Najważniejsze, że nie jest to leciutki kremik, gdyż zdecydowanie preferuję bardziej odżywcze formuły. Po aplikacji pozostaje delikatna, lekko tłusta warstwa, która pielęgnuje tę wrażliwą okolicę twarzy. Oprócz uroczego opakowania, ma też rewelacyjny skład oparty na wyciągu z alg, kofeinie, ekstrakcie z zielonej herbaty i olejach: sezamowym, arganowym i kokosowym. Zarówno konsystencja, jak i zapach bardzo na plus, dlatego jestem dobrej myśli. Na pewno wrócę z pełną recenzją.

Twarz pielęgnuję dwoma produktami. Przez ostatnie dwa miesiące używałam serum z witaminą C, Mincer Pharma, który miał rozjaśnić i ożywić poszarzałą i zmęczoną skórę. Szykuję dla Was opis całej serii VitaC Infusion, dlatego nie zdradzę wszystkiego... napiszę tylko, że jeśli Wasza skóra lubi kosmetyki z witaminą C i dobrze na nią reaguje, to z pewnością warto zainteresować się tym produktem. Początkowo nie zachwycił mnie jakoś szczególnie, ale w miarę upływu czasu, dostrzegłam pozytywny wpływ na skórę, która wygląda po prostu lepiej i bardziej promiennie. W trakcie testowania tego serum ograniczyłam nieco stosowanie innych produktów, czasem wspomagałam je kremem lub serum Resibo, jednak ostatnio poczułam, że pora wrócić do niego na dobre, gdyż właściwości nawilżające i odżywcze serum Mincer Pharma były już niewystarczające. Ogrzewanie i zmienne warunki atmosferyczne robią swoje :). Serum Naturalnie Wygładzajace, marki Resibo to wyjątkowo skoncentrowane, oleiste serum do każdego typu cery, w tym normalnej, dojrzałej oraz z problemami trądzikowymi. Tak wszechstronne zastosowanie możliwe jest dzięki wyjątkowemu składowi, opartemu na specjalnie wyselekcjonowanych komponentach. Jest to produkt z gatunku tych działających od razu. Już pierwsze zastosowanie przynosi spektakularne efekty, a im dalej, tym lepiej. Skóra jest niesamowicie miękka, sprężysta, świetlista i cudownie nawilżona. Ponadto zauważyłam, że serum wpływa na przyspieszenie gojenia drobnych ranek, czy krostek i zapobiega powstawaniu nowych. Cudo, mówię Wam <3

Aktualna pielęgnacja cery, cz.2 - wieczór | Mokosh, Resibo, Mincer Pharma, Organique, Sylveco, Mixa, Sephora

Oprócz opisanej porannej i wieczornej pielęgnacji podstawowej, stosuję również produkty, które mają ją wspomóc, jak chociażby maseczki i peelingi, ale to już temat na odrębny wpis. Na co dzień używam zestawu, który miałyście okazję poznać i na chwilę obecną jestem zadowolona. Zastanawiam się jedynie nad jakimś bardziej odżywczym kremem dziennym, ale nie ma pośpiechu. W razie potrzeby ratuję się kropelką serum Resibo i też daje radę. Mocno kusi mnie także słynny olejek do demakijażu Resibo i wiem, ze prędzej czy później w końcu się spotkamy :/D


Co myślicie na temat zaprezentowanego zestawu? Mocno różni się od Waszego? Jakich produktów używacie podczas wieczornej pielęgnacji?